ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach maj 2021 nr 280

Pro Medico • czerwiec 2021 22 Nie było„klimatu” do pijaństwa, nauki i zajęć dużo. Karol, Mieciu i Idzi – jak się okazało, byli członkami partii. Karol, rzeczowy i „chodzący po ziemi”, często mówił: „ja, chłopy, trzeba się uczyć, a nie pier...lić głodnych kawałów” i, paląc kolejnego papierosa, zabierał się do nauki. STUDIA – CZYLI DLACZEGOODBYT NIE ZNAJDUJE SIĘWPIĘCIE Na I roku wykłady rano, po południu ćwi- czenia (do 20) – chemia, fizyka, anatomia, biologia, lektorat do wyboru: angielski, niemiecki lub francuski, oraz obowiązkowe łacina i rosyjski dla tych, którzy nie mieli stopni na świadectwie maturalnym. Jeden dzień w tygodniu ćwiczenia wojskowe. Zajęcia od poniedziałku do soboty. Ksią- żek i podręczników brakowało, do naszej dyspozycji pozostawały wykłady i skrypty odbijane na powielaczu. Na szczęście obok była biblioteka, wertowaliśmy niemieckie i angielskie atlasy anatomii (polskich nie było), na II roku pojawił się, znacznie gorszej jakości, atlas Sinielnikowa (z Kraju Rad). Imponował nam prof. Stanisław Preben- dowski swoją wiedzą, spokojem i spra- wiedliwym traktowaniem studentów. Na egzaminie z chemii organicznej, patrząc na mój indeks, zadowolony z odpowiedzi, wpisywał dobrą ocenę, uśmiechając się przyjaźnie, powiedział: kolega mógłby być synem niektórych studentów. Fizykę wykła- dał flegmatycznie, spokojny, jowialny, stale z papierosem w ustach prof. Marian Puchalik. Bardzo sympatyczny prof. Sta- nisław Kohman swoim żywym tempera- mentem i gestykulacją starał się uatrakcyj- nić nudne wykłady z anatomii. Posługiwał się planszami i bardzo obrazowymprzeka- zem, np. używał fartucha i ręki, naśladując pokrywanie przez otrzewną narządów jamy brzusznej. Ćwiczenia z anatomii odbywaliśmy w suterenach, tam panował trupi smród i w oczy szczypała formalina. Atmosfera przypominała opis trupiarni doktora Judyma z Ludzi bezdomnych Ste- fana Żeromskiego. Na zajęciach z biologii słyszeliśmy o przo- dującej medycynie i odkryciach uczonych ZSRR, szczególnie podkreślano teorie radzieckiej genetyki i nauki. Żywiołowe i pełne ekspresji wykłady prof. Ryszarda Wróblewskiego budziły zainteresowanie. Szeroko komentował odkrycia paleoar- cheologii i prezentował poglądy teleolo- giczne (celowości) w teorii Darwina, inte- resująco wyjaśniał, dlaczego odbyt u czło- wieka nie znajduje się w pięcie tylko tam, gdzie jest. To budziło skrywane uśmiechy. Na II roku ciekawe były zajęcia z fizjolo- gii. Interesowały mnie bardzo. Nie mia- łem oporów przed braniem żaby do ręki i na życzenie koleżanek nożyczkami robi- łem dekapitacje. Wykłady mówiącego ściszonym głosem i chyba schorowanego prof. Bronisława Zawadzkiego nie cieszyły się popularnością. Chemia fizjologiczna miała bardzo przystojnego kierownika katedry, prof. Stanisława Juźkiewicza. Ten wysoki, elegancki, szpakowaty o fryzurze z falującymi włosami, miał dostojne ruchy, głos i nienaganną dykcję, był obiektem westchnień studentek; można powie- dzieć, że sposób przekazu, „maniery” i zachowanie były godne naśladowania. Wzięciem cieszyły się wykłady prof. Tade- usza Pawlikowskiego, za katedrą chodził sprężystym krokiem, wyprostowany jak struna, donośny głos i gesty wzbudzały szacunek do tej postaci – mówiono – był oficeremw wojsku. Okrasą życia studenckiego pierwszych dwóch lat były potańcówki w żeńskim akademiku i występy „Satyromycyny”, kabaretu, w którym rej wodzili studenci starszych lat, a wśród nich (Marek?) Bro- nikowski i Marek Pawlikowski. Niedzie- le to msza św. w kościele w Rokitnicy i czasem kino. W kościele nie widać było studentów w białych czapkach, dumnie noszonych przy innych okazjach. W kinie królowały filmy radzieckie, większość trak- towała o minionej wojnie i sławiła giero- jów Związku Radzieckiego. Odbywały się okazałe pochody pierwszomajowe, rocz- nice rewolucji październikowej, te pierwsze z czerwonymi szturmówkami i gremialnym uczestnictwem studentów w zielonych strojach ZMP. STUDIAWCIĄGŁEJ PODRÓŻY – POCZU- ŁEMWSTRĘTDOPOŁOŻNICTWA Od III roku zajęcia odbywaliśmy w szpita- lach klinicznych w Zabrzu, a potem także w Biskupicach, Bytomiu i Lublińcu. Łatwiej było o podręczniki; wykłady i ćwiczenia związane z zawodem stały się ciekawsze, bo związane z chorymi. Wykłady nieobli- gatoryjne, ale też i wykładowcy nie zawsze spełniali nasze oczekiwania. Ćwiczenia obowiązkowe, asystenci zajęci opieką nad chorymi i administracją często ograniczali kontakt do sprawdzenia listy obecności, przydzielenia chorego, po czym znikali i zja- wiali się na koniec zajęć. Kontakt ze szpita- lami, mimo przykrych zapachów i widoku cierpienia chorych, był bardzo interesujący, a nauka fizykalnego badania i kliniczne róż- nicowanie chorób z biegiem czasu dawały satysfakcję. Pouczające zajęcia z anatomii patologicznej i techniki sekcyjnej w Zabrzu u prof. W. Nie- połomskiego kontrastowały z teoretyczny- mi wykładami fizjologii patologicznej nie- spokojnego prof. B. Narbutta. Interesująca medycyna sądowa prof. S. Pragłowskiego miała sporą publikę, podobnie neurolo- gia u jąkającego się prof. W. Chłopickiego. W klinice chorób zakaźnych przypadki cho- roby Heinego-Medina z porażeniemmięśni oddechowych i stosowaniem „żelaznych płuc” były zimnym prysznicem dla tryska- jących optymizmem studentów, mających w pamięci niedawno wysyłane kosmiczne rakiety i lot Łunnika na księżyc. Nadal do Rokitnicy dojeżdżamy tramwajem na ciekawe zajęcia z mikrobiologii i wykła- dy flegmatycznego prof. F. Milgroma, dość nudne z higieny porywczego doc. Ciubry, i raz w tygodniu z medycyny wojskowej, prowadzone głównie przez energicznego lekarza, kapitana Jana Ornowskiego. STAŻNAPOŁOŻNICTWIE 22MARCA 1958 R. Skoszarowani. W ciągu doby kilkanaście porodów, obserwowałem kilka. Szyłem pęknięte krocze. Nauczyłem się robić zastrzyki, kroplówki, wyciągać szwy, kilka- krotnie zanurzałempalcew sromie, badając ginekologicznie. Po raz pierwszy asystowa- łemdo operacji (zabiegWertheima, opero- wał doc. Głowiński, asystowali m.in. Stoch i Waroński). Zważywszy smród, krzyk rodzących, ból, wygląd części rodnych czuję wstręt do położnictwa. Ostatnie zajęcia w czerwcu 1959 r. Po sze- ściotygodniowym poligonie wojskowym odbytym w lipcu i sierpniu przyszedł czas na złożenie dyplomowych egzami- nów z interny, chirurgii, pediatrii i gine- kologii z położnictwem. Po ich złożeniu możliwy staż tzw. przeddyplomowy. Staż ten rozpocząłem 1 października 1959 r. w Sosnowcu. Odrabiając staż, można było zdawać pozostałe egzaminy dyplomo- we. Ostatni egzamin złożyłem we wrze- śniu 1960 r. Dyplom lekarza otrzymałem 10 czerwca 1961 r. z rąk dziekana wydziału prof. Witolda Niepołomskiegowobecności JM Rektora prof. Witolda Zahorskiego. Roz- poczęte w 1954 roku studia bez przerwy trwały lat siedem. Fragment opracowania opartego na zapiskach autora, prowadzonych od 1957 roku, poświęco- ny pamięci przyjaciół, lekarzy: śp. śp. Andrzeja Kowala, Zbigniewa Króla i Bogusława Kołocha. Skróty i śródtytuły pochodzą od redakcji.

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5