ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach czerwiec 2022 nr 290

Pro Medico • czerwiec 2022 14 Alicja van der Coghen rzecznikprasowy Śląskiej IzbyLekarskiej Podczas kwietniowego Zjazdu Lekarzy w Katowicach najważniejszym wyróżnieniem Śląskiej Izby Lekarskiej – Wawrzynem Lekarskim – uhonorowano dr. hab. n. med. Eugeniusza Fojta. Doktor Fojt, niezależnie od pra- cy naukowej w Klinice, współpracował z wieloma ośrodkami naukowymi, badając m.in. oddziaływanie metali zawartych w pyle węglowym na stan zdrowia górników, a także zajmując się medycyną sportową i dopingiem. Był,między innymi, członkiemKomisji do ZwalczaniaDopinguprzyUrzędzie Kultury Fizycznej i SportuwWarsza- wie, członkiemKomisji Kontroli Antydopingowej KolarskiegoWyścigu Pokoju Praga – Berlin –Warszawa i człon- kiemKomisji ds. Farmakoterapii Naczelnej IzbyLekarskiej. Pełnił funkcjęprodziekanaWydziałuPielęgniarskiego, a takżeWydziału Lekarskiego Śląskiej Akademii Medycznej. Sztuka przetrwania W specjalnie udzielonym wywiadzie z cyklu„Dziedzictwo Hippokratesa”dr hab. n. med. Eugeniusz Fojt opowiedział o swo- jej 60-letniej przygodzie z medycyną. Poni- żej zamieszczamy fragment tej opowieści. – Prawdę mówiąc, moje zainteresowa- nie medycyną zaczęło się dość wcześnie, bo w latach powojennych, w harcerstwie. Zdobywając sprawności ratownika i sama- rytanina, nie tylko nauczyłem się opa- trywać rany i bandażować je, ale czułem, że zaraziłem się medycyną i że to może być moja droga życiowa. Kiedy po liceum, w szpitalu na Francuskiej w Katowicach, pracowałem jako wolontariusz – salowy, zobaczyłem tę drugą twarz medycyny, tzw. brudną z basenami, krwotokami, cier- pieniem pacjentów – i jakże wówczas czę- stą – bezradnością lekarzy, już wiedziałem, że będę lekarzem na dobre i na złe. Wcześniej i trochę przypadkowo wplą- tałem się w politykę. Razem z kolegami z liceum może zbyt głośno i frywolnie śmialiśmy się z ludzi, którzy chodzi- li w pochodzie pierwszomajowym. Nie miało to nawet kontekstu politycznego, a bardziej humorystyczny, ale zrobił się z tego ogromny skandal. Wkrótce zjawił się u mnie ubek i proponował zostanie konfidentem szkolnym, w ten sposób mia- łem się zrehabilitować za ten pierwszoma- jowy dowcip. Odmówiłem bez wahania i wtedy usłyszałem, że już partia zadba o to, abym nie zdał matury i nie studio- wał. Sprawa była poważna, bo na Śląsku wtedy przy zdawaniu matury, każdy absol- went musiał złożyć świadectwo lojalno- ści wobec ówczesnej władzy. Bałem się, że będą się mścili i uciekłem doWrocławia, gdzie byłem anonimowy. Tam dostałem się na medycynę, ale i tu wydział lekarski był upolityczniony. Każdego roku nama- wiali mnie do wstąpienia do partii. Gdy konsekwentnie odmawiałem, odbierano mi część stypendium. Wtedy grałem zawodowo w piłkę noż- ną w drużynie z klasy B. Czasem za mecz dostawaliśmy obiad albo jakieś nieduże pieniądze. Rzecz jasna, to nie wystarczało i, żeby móc kupić podręczniki, zostałem krwiodawcą. W związku z moimi zaintere- sowaniami podjąłem równolegle z medy- cyną studia wWyższej SzkoleWychowania Fizycznego. Sport z pewnością ukształ- tował mój charakter, nauczył bycia kon- sekwentnym i dążenia do wyznaczonych celów. Po trzecim roku medycyny mogłem jako tzw. lekarz – p.o. pracować w pogoto- wiu na terenie Dolnego Śląska, wówczas w tamtym rejonie był permanentny niedo- bór lekarzy. Praca w pogotowiu była szko- łą życia – wypadki, zgony, samobójstwa, konieczność podejmowania szybkich decyzji. Ciągnęło mnie jednak do królowej medy- cyny, jaką jest interna. I trafiłem, znów jako wolontariusz, do III Katedry Chorób Wewnętrznych we Wrocławiu, którą kiero- wał prof. Edward Szczeklik. Tamdocentem, a zarazem moim nauczycielem akade- mickim, był Kornel Gibiński. Po ukończe- niu studiów znów upomniała się o mnie polityka, dostałem skierowanie do pracy w Świdnicy tak, żeby mnie zmarginalizo- wać. Myślę, że za tym stali ci, którzy nie chcieli, abym studiował. Na nic były moje argumenty, że na Śląsku zostali starzy i schorowani rodzice, że mam zaświadcze- nie, że zatrudnią mnie jako lekarza medy- cyny sportowej. Nie mogłem odpuścić. Pojechałem więc do Ministerstwa Zdrowia i miałem szczęście trafić na dobrych ludzi. Pozwolili mi wrócić na Śląsk. Wróciłem do Katowic, najpierw pra- cowałem w poradni sportowej, wkrót- ce na chirurgii w szpitalu w Boguci- cach, a potem trafiłem do upragnionej interny i zostałem specjalistą I stopnia. Wtedy postanowiłem pogłębić swoją wie- dzę w warunkach klinicznych. Profesor Kornel Gibiński już wtedy kierował Kliniką Chorób Wewnętrznych w Bytomiu. Po pół roku wolontariatu w jego Klinice dosta- łem etat. Mogłem za przyzwoleniem Pro- fesora jednocześnie kontynuować moją pracę w medycynie sportowej. Zresztą prof. Gibiński wspierał mnie w tym, bo sam był aktywnym sportowcem. Zostałem więc opiekunem polskiej kadry lekkoatle- tycznej, która na mistrzostwach w Sztok- holmie zdobyła osiem złotych medali. Dwudziestoletnia współpraca z Profeso- rem to bardzo ważny etap mojej zawodo-

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5