ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach czerwiec 2022 nr 290

Pro Medico • czerwiec 2022 24 – Ta moja największa pasja zaczęła się w Cieszynie. Mój dziadek był tam przed wojną szefem Straży Granicznej, emeryto- wanym pułkownikiem pułku ułanów i lubił rzeźbić. Robił figury szachowe, szachow- nice. Pierwszy komplet dłutek dostałem od niego i pierwsze rzeźby zrobiłemwłaśnie nimi. Potemw liceum zacząłem robić pierw- sze nieśmiałe figurki, a na studiach coraz większe rzeźby, aż przeszedłemnamateriały ciężkie, jak kamień czy metal. Robiłem też świątki, kapliczki i wcale się tego nie wsty- dzę. Taki miałem wtedy etap. Teraz tworzę wizerunki twarzy, postaci, zwierząt, stwo- rów. Bardzo lubię rzeźby abstrakcyjne, które swoim światłem, kształtem i barwą potrafią zachwycić, choć nie przedstawiają nicze- go konkretnego. Są też rzeźby filozoficzne. Zrobiłem na przykład płaskorzeźbę „Trzy najpiękniejsze rzeczy na świeciewedług Bal- zaca”, czyli kobieta w tańcu, koń w galopie i statek pod pełnymi żaglami. Ta praca, choć powstała 30 lat temu, wisi cały czas wmoim domu. – Inspirują pana pacjenci, zwłaszcza pacjentki? Może dlatego w pańskim ogrodzie tyle wizerunków pięknych kobiet i ich ciał? – To jedna z ważniejszych dla mnie inspira- cji. Szukam w nich piękna, harmonii, jakiejś tajemnicy. Niektóre pacjentki przychodzą do mnie ze zdjęciami aktorek lub mode- lek i proszą, żeby je tak wyrzeźbić. Na 100 procent zwykle się to nie udaje, bo w pracy z ludzkim ciałem trzeba dbać o indywidu- alne proporcje. Nie można zrobić niczego wydumanego. Myślę, że artystyczne pre- dyspozycje do szukania piękna pozwalają mi dostrzec, co można, a czego nie można zrobić w ludzkim ciele, choćby pacjentka tego chciała. Ale fakt, czasemkanony piękna z sali operacyjnej zdarza mi się powtórzyć wpracowni rzeźbiarskiej. – A skąd się wziął pomysł zrobienia olbrzymiej dłoni pokazującej środkowy palec? W dodatku to rzeźba pływająca i obracająca się, pokazująca „fuck” – no właśnie komu? – Każdy człowiek ma swoje rzeczy, sprawy, ludzi, którym chce pokazać środkowy palec. Może dlatego ta rzeźba cieszy się taką popu- larnością i wielu chciałoby ją kupić. Dlamnie, jak pamiętam, to był „fuck” dla ówczesnego ministra zdrowia i jego kolejnych reform, ale już nawet nie pamiętam, który to był mini- ster. Niechwięc pozostanie jakouniwersalne przesłanie. – Widziałem, że na pana wystawy ciągną tłumy ludzi. To znaczy, że sztuka rzeźbie- nia znów staje się modna? Czego ludzie szukająwpańskich rzeźbach? – Na pewno sztuka ta jest dziś bardziej popularna niż 20 lat temu. Może dlatego, że w komunie nie było gdzie stawiać rzeźb, bo wielu ludzi mieszkało w ciasnych miesz- kaniach. Żeby kupić sobie rzeźbę, trzeba mieć gdzie ją postawić, mieć duży salon albo ogród, by rzeźba mogła w przestrzeni zaistnieć. I rzeźba, aby być kupiona, musi nas czymś zauroczyć, przyciągnąć, zawołać do nas. Po ostatniej wystawie pani dyrek- tor z Warszawy podeszła do mnie i mówi: muszę mieć tę rzeźbę, bo przed naszą firmą sprzedającą protezy piersi będzie idealna. Tak samo znajoma z Australii, której moja rzeźba słońca przyozdobiła taras. Sądzę więc, że koneserzy rzeźb poszukują cze- goś, z czym mogliby się zidentyfikować, czegoś, co pasowałoby do ich otoczenia. Tylko że ja się przyzwyczajam emocjonal- nie do moich prac i z trudem się ich pozby- wam. Sprzedaję może jedną, może dwie na rok. Część rzeźb rozeszła się po świecie, czy to do znajomych lub została sprzedana. Są we Francji, Niemczech, Holandii, nawet do Japonii jakaś trafiła. – Wniektórychpańskichpracachznaleźć można fragmenty narzędzi chirurgicz- nych czy ortopedycznych. To z oszczęd- ności, czy i tomoże być inspiracją? – Często używam bolców ze stali nie- rdzewnej, które służą do przekłuwania ciała i przeprowadzania drenów przez skórę. One są jednorazowego użytku, a ja je zbieram i wykorzystuję w tworzeniu rzeźb. Czasa- mi też proszę moich przyjaciół ortopedów, by zostawiali dla mnie zużyte protezy sta- wów. Oni to wyrzucają, a dla mnie proteza po przeróbce może być ciekawa w rzeź- bie. Zresztą tak było od początku, że sta- rałem się wykorzystywać materiały, które są wpobliżu. – Dla lekarza – rzeźbiarza tworzenie wkamieniu,metalu czy szkle tobyćmoże trochę jak dążenie do zrobienia czegoś nieśmiertelnego. Nawet najlepsza rzeźba w ciele człowiekama przecież swój czas. – To taka zabawa w Boga. Faktycznie pra- gnę zostawić po sobie coś, conie zniknie, nie zniszczy się, nie rozleci. Może to nielekarskie myślenie, a bardziej artystyczne. – Wiem, że marzy pan o stworzeniu w naszych miastach monumentalnych rzeźb. Czy to realne? – Kiedyś zaproponowałem, że chętnie podaruję Katowicom rzeźbę dwóch pły- wających ptaków. Mogłyby pływać przed budynkiem NOSPR-u, ale usłyszałem od ówczesnej dyrektor, że Katowice to nie Rzym, ani Paryż, żeby tu jakieś rzeźby stały. Zrobiło mi się smutno. Fajnie byłoby oży- wiać tę przestrzeń sztuką, ale nie ma takiej tradycji i kultury. Szkoda. Bardzo lubię jeź- dzić do Monachium, do Pragi, do Wiednia, gdzie w zasadzie na każdej ulicy jest coś innego, ciekawego, co można podziwiać i dotknąć. Jestem Ślązakiem, moi przod- kowie też byli. Chciałbym tu zostawić coś po sobie. Marzy mi się zrobienie w Kato- wicach pięknej fontanny z bohaterami ślą- skich legend – utopcami, bebokami, strzy- gami. Nie mówię, że to ma być katowicka di Trevi, ale coś, co na przykład w przestrzeni obok Spodka umiliłoby nam czas. – Panie doktorze, niech pan szczerze mi powie, po co pan rzeźbi? – Bo lubię. To kawałek mojego życia i wiel- ka pasja. Przy rzeźbieniu świetnie odre- agowuję stres lekarski i czuję, że robię coś, co po mnie zostanie. Już jestem na eme- ryturze, mam swoich młodych następ- ców. Operuję mniej i chciałbym swej pasji poświęcać więcej czasu. Po prostu lubię codziennie otaczać się moimi rzeźbami. Gdy jestem wWiedniu, Barcelonie, Madry- cie, Londynie, zawsze trafiam do tamtej- szych galerii i podziwiam sztukę, której jestem pasjonatem. Lubię się nią ocieplać i doładowywać swoje akumulatory. Fot. Piotr Biernat

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5