ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach czerwiec 2023 nr 300

Pro Medico czerwiec 2023 17 – Czy pamięta pan profesor ten moment, gdy w 1994 roku odbierał dyplom lekarza? Co pan wtedy myślał? – Myślałem wtedy, żeby stanąć moc- no na własnych nogach, a jednocześnie kontynuować działalność naukową. Planowałem już, że wybiorę specjaliza- cję z pediatrii i immunologii klinicznej, a z drugiej strony chciałem za granicą szukać miejsca, gdzie mógłbym się dalej kształcić, rozwijać naukowo i potem wró- cić do Polski. – A gdy po 26 latach od tego momen- tu wszedł pan do swojego gabinetu rektora tej uczelni, czuł pan profesor, że jest we właściwym miejscu? Jakie uczucia panu towarzyszyły? – Bycie rektorem to nie tylko grono- staje i prestiż, ale przede wszystkim zarządzanie bardzo dużą uczelnią. Wcze- śniej zarządzałem relatywnie niewiel- kim zespołem, zarówno klinicznym, jak i naukowym, a zatem przede wszystkim myślałem, czy podołam takiemu wyzwa- niu. Z drugiej strony, czy uda mi się zosta- wić po sobie dobry ślad, na czym zależy przecież każdemu, kto rozpoczyna kie- rowanie takim organizmem, jakim jest uniwersytet. A zatem zaszczyt i odpowie- dzialność. – Trzy lata temu atmosfera na uczelni nie była najlepsza. Zastał ją pan w kry- zysie wizerunkowym, wywołanym internetowymi skargami studentek i studentów na panujące na uczelni przemoc, mobbing czy nawet poniża- nie o podłożu seksualnym. To już dziś historia, chociaż bardzo przykra. Czy wyciągnęliście wnioski z tej sprawy i atmosfera na uczelni się zmieniła? – Udało się nam stworzyć mechanizm przeciwdziałania tego typu sytuacjom. Został powołany Rzecznik Praw Studenta i Doktoranta, czyli osoba, do której moż- na zwrócić się z tego rodzaju problemami z pominięciem wszelkich uczelnianych struktur. Uczuliliśmy też władze dziekań- skie, że takie sprawy nie mogą być zamia- tane pod dywan. – Czy obecnie może pan śmiało powiedzieć, że takie historie na pań- skiej uczelni już się nie zdarzą? – Tego nie mogę powiedzieć, bo ludzie są ludźmi. Dla mnie najważniejsze jest, aby działały mechanizmy, dzięki którym tego rodzaju niedopuszczalne zachowa- nia możemy szybko rozpoznawać i elimi- nować. W trakcie są sprawy karne, pro- cesy wobec osób oskarżonych o stoso- wanie niedozwolonych praktyk. Sprawy toczą się, są skomplikowane i niezwykle trudne w sferze dowodowej. Mieliśmy z drugiej strony taki przypadek, że oskar- żonym o nieprawidłowe zachowania była osoba, która otrzymywała dyplo- my dla najlepszego dydaktyka. Okazało się, że stalker wykorzystał sytuację, żeby tę osobę zaatakować. – To jak by pan teraz ocenił atmosferę na uczelni? – Myślę, że atmosfera nie jest zła. Stara- my się utrzymywać bardzo dobry kontakt ze studentami i za to jestem wdzięczny Samorządom Studenckiemu i Doktoran- tów, że w sposób partnerski, odpowie- dzialny, możemy współpracować nawet w trudnych sprawach. Natomiast tro- chę szkoda nam dawnych czasów, gdy funkcjonowały rady wydziałów. To były struktury, gdzie raz w miesiącu razem z władzami dziekańskimi zbierał się cały wydział. W tej chwili staramy się regular- nie raz na pół roku odwiedzać społecz- ności każdego wydziału, ale to nie jest to samo. Ustawa scentralizowała zbyt mocno zarządzanie uczelnią i osobiście mam duży niedosyt, że kontakt z pracow- nikami uczelni jest zbyt rzadki. – A na co dzień, gdy pan profesor kon- frontuje nauczanie medycyny z tym, co widzi jako kierownik kliniki, to jest pan zadowolony z poziomu wykształ- cenia młodych lekarzy? – Po studiach medycznych absolwent jest jak rzeźba, która wymaga, krót- ko mówiąc, dodatkowej obróbki. Nie czarujmy się. Studia medyczne to jest uczenie wszelkich podstawowych reguł. Dopiero po studiach człowiek zaczyna dostrzegać, że są wyjątki od tych reguł i na tym polega dalsze kształcenie. Studia muszą nauczyć samodzielnego myśle- nia i potrzeby szukania wiedzy. Ja sam niedawno miałem przypadek pacjentki, nastolatki, ze złożonymi wadami i taki zespół widziałem pierwszy raz w życiu. Zatem każdy z nas cały czas się czegoś nowego uczy i uczyć będzie do końca swego zawodowego życia. A to trzeba sobie wkalkulować w cenę zawodu już na początku studiów. – Czy nurt odejścia od wtłaczania stu- dentom medycyny encyklopedycznej wiedzy pamięciowej na rzecz zajęć praktycznych, to jest coś, co już się dzieje na polskich uczelniach, czy też jest dopiero w zapowiedziach? – Już się dzieje, ale jeszcze nie w takim zakresie, jaki by nas satysfakcjonował. W tej chwili największą bolączką są zbyt liczne grupy studentów. Jeżeli na oddział szpitalny przychodzą cztery sekcje, czyli dwadzieścia osób, to student jest tam właściwie tylko gościem. A powinno być tak, jak na stażu podyplomowym, że dwie osoby przypadają na jednego pracownika. Wtedy jest szansa, że takie osoby mogą wziąć udział w całym pro- cesie diagnozowania i leczenia w czasie rzeczywistym. Tylko że to kosztuje. Poli- czyliśmy, ile to by kosztowało i okazało się, że takie zajęcia praktyczne dla małych grup studenckich to jest dodatkowe kil- kanaście milionów złotych rocznie. No i jeszcze trzeba by znaleźć nowe miejsca do kształcenia, bo obecnie nasze szpita- le kliniczne tak wielu grup studenckich by nie pomieściły. – Czyli brak pieniędzy może zahamo- wać tę rewolucję w nauczaniu medy- cyny? Bo sami rektorzy przyznają, że paradoksem jest to, że młody czło- wiek marzący o leczeniu ludzi, pierw- szego pacjenta może dotknąć dopiero po... trzech latach nauki. – Nie mam nic przeciwko tej rewolu- cji, tylko z punktu widzenia uczelni musi- my zabezpieczyć miejsca szpitalne, kadrę dydaktyczną itd. Tymczasem baza szpitalna jest ograniczona i stąd zrodziła się nasza wizja, aby powstał w Rokitnicy nowy szpital kliniczny im. prof. Franciszka Kokota. Zatem, chcąc w większym stopniu uczyć praktycz- nej medycyny, musimy być realistami. Sza- leństwo jest, owszem, przydatne, aledla jed- nego z największych w kraju medycznych uniwersytetów, najważniejszy jest pragma- tyzm, bo żeby uczyć, musi być komu uczyć, a warunki płacowe nie są zachęcające dla nauczycieli akademickich. – No właśnie, podobno przestaje się opłacać już nawet być profesorem uczelnianym. Dlatego odchodzi kadra dydaktyczna? Myślę, że prestiż profesora utrzyma się. Natomiast bardziej obawiam się odejść kadry na niższych stanowiskach, jak asystentów, adiunktów. Jeże- li asystentowi możemy zaoferować pensję w wysokości 4 tys. złotych, to nie jest to atrakcyjne wynagrodzenie, gdyż lekarze specjaliści mają o wiele większe możliwości zarabiania. Zasadnicza pensja profesora, któ- ra jest w rozporządzeniu ministra, jest porównywalna, a nawet niższa, niż specjalisty w szpitalu.

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5