ProMedico PS Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach grudzień 2018/ styczeń 2019 nr 255

Pro Medico • grudzień 2018 / styczeń 2019 14 hospitalizowano ponad 10 000 rannych. Były przypadki, że Niemcy zajmowali pla- cówki medyczne, mordowali pacjentów i cały personel. Taka tragedia miała miej- sce między innymi w Szpitalu Wolskim w Warszawie, tam ocalało zaledwie czte- rech lekarzy. Na Starym Mieście Niemcy wymordowali personel szpitala i około 300 rannych żołnierzy AK. Pierwszego dnia Powstania zostałem postrzelony wprawy biceps i trafiłemdo szpitala polo- wego na Mokotowie. Świtem następnego dnia od strony Lasów Kabackich szła tyra- liera przez pola, zabijali wszystkich, doszli do szpitala polowego na Służewcu. Nikt nie przeżył. Na szczęście opuściłem ten szpital kilka godzin wcześniej i trafiłem na mój odział, który wycofywał się w stro- nę centrum miasta od Służewca. – Wojna, okrucieństwo, bezsensowna, masowa śmierć... Takie obrazy z pew- nością zapisały się w Pana pamięci. – W Alejach Ujazdowskich, przy skrzyżo- waniu z Marszałkowską, wWarszawie jest tablica pamiątkowa. W styczniu 1941 r. zastrzelono tam około 100 Polaków (źródła podają różne liczby). Ja tę egze- kucję widziałem z odległości kilkunastu metrów. Przygotowywałem się do matu- ry. Wyszedłem kupić brulion do sklepu w Al. Ujazdowskich. Nagle przechod- nie zaczęli krzyczeć, że jest łapanka, kilku mężczyzn razem ze mną wpadło do jakiejś kamienicy, schowaliśmy się na trzecim piętrze na klatce schodowej, skąd widać było ulicę. Nadjechała kawal- kada samochodów ciężarowych, z nich Niemcy wyciągali po 7-10 osób, ustawiali ich pod ścianą na przeciwnej stronie ulicy i zabijali, strzelając z pistoletów maszy- nowych. Potem zwłoki wrzucali na pakę kolejnego samochodu. Kałuża krwi two- rzyła się błyskawicznie, zasypywano ją piaskiem; Niemcy robili z tego krwawe ciasto, które potem z powrotem wrzucali do samochodu. Wszyscy, którzy widzieli ten akt barbarzyństwa z ukrycia, byli jak sparaliżowani. Gdy Niemcy odjechali, natychmiast w miejscu mordu pojawiały się kwiaty. Inny tragiczny obraz widzia- łem na ulicy Leszno. W lutym 1944 r. na terenie Getta, na długim balkonie powieszono 27 więźniów Pawiaka. Sam jestem sprawcą śmierci. Zabiłem jednego esesmana w czasie okupacji. Nie zrobiłem tego w Berlinie, tylko wWarszawie, to nie ja byłem najeźdźcą... –Wierzy Pan w los i przeznaczenie? – Jest coś takiego, co po prostu ma się zdarzyć albo i nie. W czasie walk koło Par- ku Dreszera, wpadłem z kolegą do leju po bombie, o głębokości dwóch metrów. Nie mogliśmy wyjść z tego zagłębie- nia, bo rozpulchniona ziemia stale się obsuwała. I nagle w ten lej wpadł pocisk moździerza, kilkukilogramowy, syczał przy moich nogach i modliłem się tylko, by zginąć na miejscu, a nie zostać kaleką do końca życia... I co się stało? Nic. Pocisk nie wybuchł. Po Powstaniu Warszawskim miałem wielkie kłopoty z ranną prawą ręką, miała być amputowana w barku, tak zadecydował niemiecki komendant szpitala, gdy przebywałem w obozie jenieckim. To był dla mnie szok, omal nie zemdlałem, nie zgodziłem się. Efektem mojego zachowania było wyrzucenie mnie ze szpitala do obozu głównego. To była duża różnica. W szpitalu spało Frapowało mnie to, że nagle zdrowa komórka staje się komórką nowotworową i potem robi takie dramatyczne szkody w organizmie, mnożąc się w sposób niekontrolowany i dając przerzuty. się na sienniku, a w obozie na deskach. Po kilku miesiącach straciłem czucie w ręce, mięśnie zaczęły zanikać. Pewne- go dnia spacerowałem po placu apelo- wym, razem z tysiącem innych jeńców i nagle złapał mnie na za bark polski ofi- cer i zapytał mnie: „Janek, co ty tu robisz?” . Odpowiedziałem:„ Nie nazywam się Janek, tylko Mietek”. Ten oficer, doktor Tuz, był przyjacielem mojego starszego brata z liceum. Poznał mnie, bo bywał często u nas na wsi, a ja podobno byłem bar- dzo podobny do mego brata. Wyłowił mnie z tłumu, wziął do baraku, obejrzał rękę i powiedział, że może jeszcze uda się ją uratować. Za trzy dni miałem zabieg w szpitalu. Anglik z Amerykaninem mnie operowali, a Francuz rehabilitował. Nie- zwykłość tego zdarzenia polega na tym, że dr Tuz, jeniec oflagu w innej części Niemiec, został powołany do komisji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża na jednodniową inspekcję naszego obo- zu, gdzie przebywał zaledwie kilka godzin i mnie tam spotkał przypadkiem. Tak więc wierzę w los i przeznaczenie. – Swoją pracą bardzo zasłużył się Pan medycynie jako nauce. Czy czuje się Pan naukowcem, czy może jednak bar- dziej lekarzem? – Gdzieś tam w środku trochę czuję się lekarzem, dlatego że – po pierwsze – na skutek choroby matki zdecydowałem się nim zostać. Gdy byłem jeszcze stu- dentem, to mój kilkumiesięczny brata- nek zachorował na ostre zapalenie ucha środkowego. Lokalny felczer aplikował mu na to ucho jedynie olejek kamforo- wy. Ja, zaalarmowany przez brata, przy- jechałem z Warszawy na wieś pod Białą Podlaską, zobaczyłem dziecko w stanie głębokiej infekcji, wsiadłem na rower, dotarłem do apteki, tam przedstawiłem się, że jestem studentemmedycyny i zdo- byłem dla tego dziecka fiolkę penicyliny. To był mój pierwszy najważniejszy sukces leczniczy: po drugim zastrzyku dziecko zaczęło zdrowieć, a we wsi okrzyknięto mnie prawdziwym lekarzem. Po ukończe- niu studiów i przeniesieniu się do Gliwic, dyrektor Jeremi Święcki powiedział mi: „Bardzo dobrze, że Pan chce się zająć tymi badaniami doświadczalnymi, ale ja bym radził Panu rok popracować na oddzia- łach z chorymi.” Ten rok bardzo wiele mnie nauczył, to było niezwykle cenne doświadczenie. – Miał Pan swoje plany, marzenia i ambicje? – Mnie frapowało to, że nagle zdrowa komórka staje się komórką nowotworo- wą i potem robi takie dramatyczne szko- dy w organizmie, mnożąc się w sposób niekontrolowany i dając przerzuty. Intere- sowało mnie, skąd się bierze ta złośliwość komórki, chciałem poznać ten mecha- nizm. Nie miałem celu, by odkryć jakiś konkretny lek, chciałem poznać istotę tej choroby. Udało się niektóre tezy naukowe zweryfikować, ale pozostało jeszcze wiele niewiadomych do wyjaśnienia. – Jest szansa, by raka raz na zawsze ujarzmić? – Nie wiem tego. Im więcej wiemy, tym więcej problemów odkrywamy. Tak, jak jeszcze 30 lat temu wydawało nam się, że cała sprawa tkwi w genach, że rak powstaje w skutek uszkodzenia genu. To uszkodzenie może być wrodzone, albo nabyte na skutek różnych czynni- ków zewnętrznych (np. wirusy czy czyn- niki chemiczne). Teraz sprawa wydaje się być jeszcze bardziej skomplikowana. Nie wszystkie zagadki dotyczące nowo- tworów i całego procesu życia związane są z genetyką, teraz rozwija się na Zacho- dzie nauka, zwana biologią systemów, która mówi, że na zjawisko życia nie moż- na patrzeć poprzez detale, tylko w sposób

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5