ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach grudzień 2020 - styczeń 2021 nr 275
25 Pro Medico • grudzień 2020 – styczeń 2021 Gdy mistrz pokazuje na słońce, a uczeń patrzy na palec Uczniowie dziś nie są stworzeni do ogarniania szpitalnej nudnej rzeczywistości Joanna Andrzejewska radca prawny ŚIL Instytucie Medycyny Sądowej w Krakowie (1940-1942). W wyniku szykan ze strony niemieckiego dyrektora Instytutu, człowie- ka niezwykle brutalnego – Wernera Becka, J. Olbrycht zostaje aresztowany. 13 lipca 1942 r. trafił do obozu wAuschwitz i stał się więźniem w okrytym złą sławą bloku nr 11 – w „bloku śmierci”. Przez trzy lata jako lekarz starał się udzielać pomocy współ- więźniom. Nawet w tak koszmarnych warunkach nie zaniedbywał pracy nauko- wej. W styczniu 1945 uczestniczył w mar- szu śmierci z Auschwitz do Wodzisławia Śląskiego, skąd został przetransportowany do obozu Mauthausen-Gusen. Po zakończeniu wojny, jako medyk sądo- wy, z dużą precyzją udokumentował Nie jestem lekarzem, może nie powin- nam komentować doktorskich spraw, porządków i relacji, jednak czasem bez- stronnemu obserwatorowi rzucają się w oczy pewne kwestie, które bezpośred- nio zaangażowanym mogą umknąć. Docierają do mnie różne utyskiwania i to zarówno młodych adeptów medy- cyny, jak i ich patronów – dotyczące ich wzajemnych relacji, zobowiązań, wizji szkolenia i jego efektów. O relacji uczeń – mistrz zapisano już setki stron, jednak wciąż mamwrażenie, że głów- nym problemem pozostaje rozbieżność oczekiwań i towarzysząca jej niechęć albo niemoc zrozumienia swojego miejsca i roli w tymukładzie. Młodzi, uczący się pod okiem swojego kie- rownika lekarze, nierzadko chcieliby od razu operować, pobierać szpik i prowadzić lecze- nie na podstawie swojego rozpoznania. Mają żal, że nie uczestniczą czynniej, aktyw- niej, częściej w różnych procedurach. Tym- czasem, jak się okazuje po wnikliwszej ana- lizie ich marzeń, w zabiegu chętnie wezmą udział, o ile odbędzie się on na ich dyżurze albo przed 11.00, bo potem muszą wyjść. A jak asysta, to żadne trzymanie haków, tyl- ko co najmniej nacięcie, szycie, wydobycie, bo samoprzyglądanie się topotwarz, niedo- cenienie i generalnie strata czasu. Proszeni o sporządzenie opisu operacji nie są czasem w stanie napisać jednego sen- sownego zdania, nie pamiętają szczegółów i w zasadzie trzeba to zrobić z nimi albo za nich, co u kierownika budzi pytanie o fak- tyczne chęci, zaangażowanie i sens takiej „niby”asysty. Jak późnej ochoczo powierzyć uczniowi bardziej skomplikowaną rzecz, gdy on się trzyma haków tak, żeby samemu nie upaść? Uczniowie ponoć dziś nie są stworzeni do ogarniania zwykłej szpitalnej nudnej rzeczywistości. Przyjęcia, wywiady, proste badania – to nie dla nich, przy tym niczego się nie nauczą. Dzisiaj młodzi chcą zdobywać doświadcze- nie przy spektakularnych dramatycznych akcjach, ale jak jest spokój, kiedy można by się przygotować na faktyczną ewen- tualną szybką akcję, gdzie nie będzie cza- su na powolne ćwiczenie, to wychodzą do poradni, bo mają umówionych pacjen- tów. Wóz albo przewóz – chciałoby się powie- dzieć. Trudnej operacji nie można zrobić o 20.00 na dyżurze, albowiem wtedy nie ma zespołu, nie ma nikogo, kto w razie komplikacji pobrudzi ręce i weźmie odpo- wiedzialność, od której uczeń jest przecież wolny... Słonia trzeba jeść po kawałku, jak mawiają, w całości powoduje zaparcie. Pierwsza asysta kiedyś następowała po„zali- czeniu” drugiej asysty. I nie chodzi tu o tzw. frycowe, upupianie, pokazywanie, kto tu rządzi. Chodzi o prawdziwe zaangażo- wanie i uważność na każdym etapie i w każ- dymobszarze. Starzy doktorzy wiedzą, że kto jest w drob- nej rzeczy wierny, ten i w wielkiej będzie wierny – bo sami tak byli nauczeni. Pokażcie więc, że widzicie palec, ale patrzcie na słoń- ce, które on wskazuje. Młodzi z kolei czasem nie czują, że są dla mistrza swojego wyzwaniem. Gliną, z której ma powstać naczynie. Owszem, niedobory kadrowe ukradły czas nie tylko na cierpliwą naukę, tłumaczenie, demonstrowanie, ale także zabrały możliwość wytworzenia więzi – relacji między uczniem i mistrzem. Prawdziwa relacja zawiera w sobie: ja chcę i ty chcesz. Nie ma miejsca na przymus, dodatkowy, niechciany, słabo opłacony, żmudny obowiązek. Dydaktyka to dzielenie się swojąwiedzą, doświadczeniem, objaśnia- nie, pokazywanie. Dzielenie się, czyli dawa- nie siebie.Wymaga osobistego zaangażowa- nia, obecności, towarzyszenia, wsparcia. Starzy mistrzowie, nawet jeśli okrutnie wymagający, byli często kochani przez swo- ich uczniów. Bo ci czuli, że dostali jakiś skarb. Nie suche, odgórne polecenie. Tylko wspar- cie. Że przez kawałek życia ktoś z nimi szedł – trochę za rękę, trochę obok, by w końcu wypuścić do pełnej samodzielności. Starsi lekarze z rozrzewnieniem wspominają swo- ich mistrzów. Pytanie, czy sami będą wspo- minani? charakter i rozmiar zbrodni niemieckich i został stałym ekspertem Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. OPUS MAGNUM Prof. Jan Olbrycht był jedynym z wielkiej szkoły krakowskiej medycyny sądowej, który przeżył wojnę. Po powrocie do Kra- kowa rozpoczął pracę nad przywróceniem do życia Zakładu Medycyny Sądowej UJ. W 1950 roku Katedra wraz z całymWydzia- łem Lekarskim przeszła do nowo otwartej Akademii Medycznej. Jan Olbrycht prowa- dził wykłady i pracę naukową do 1962 roku, kiedy to przeszedł na emeryturę. Najwięk- szym opus magnum w dorobku Profesora jest znakomita publikacja wydana po raz pierwszy w 1957 r. – „Medycyna sądowa w procesie karnym” oraz jego ostatnia monografia„Wybrane przypadki z praktyki sądowo-lekarskiej. Zabójstwo, samobój- stwo czy nieszczęśliwy wypadek?”, która ukazała się w 1964 r. i na trwałe weszła do kanonu literatury przedmiotu. Wykształcił grono wybitnych specjalistów i uczonych: prof. Marię Byrdy, prof. Kazi- mierza Jaegermana, prof. Jana Stanisła- wa Kobielę (jego następca na Katedrze Medycyny Sądowej), dr. Mariana Kusiaka i doc. Tadeusza Pragłowskiego – twórcę Zakładu Medycyny Sądowej w Zabrzu i nauczyciela nestora śląskiej medycyny prof. Władysława Nasiłowskiego.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5