ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach kwiecień 2023 nr 298

Pro Medico kwiecień 2023 10 UKRÓCONY ZOSTAŁ „SYSTEM KAR- TECZKOWY” – To było takie trochę irytujące, bo jeżeli mnie czeka na wstępny triaż, na przykład 15 pacjentów, a przychodzi mi ktoś z kar- teczką, bo on jest od kogoś tam i ma być przyjęty, no to kulawo to wygląda. To nie podobało się pewnie komuś, bo my po pro- stu takich pacjentów nie przyjmowaliśmy i tyle – mówi ratownik. Jednak próba walki z systemem najpraw- dopodobniej była gwoździem do trumny nowych porządków na SOR-ze. – Część z nas próbowała doprowadzić do tego, żeby przyjęcia ostre z SOR-u były przyjęciami ostrymi, a nie przyjęciami z gabinetu prywatnego. No, niestety. Spo- tkało się to z takim oporem, że dr K. musiał się rozstać z SOR-em. Pozostali w dowód solidarności też złożyli wypowiedzenia. Bez szefa, który powiedział „stop” sys- temowi – zaczęło wracać stare. Z pracy zaczęli rezygnować lekarze i ratownicy. Innych – zwolenników „nowego”, po pro- stu zwalniano. Kilku ratowników pra- cowało jeszcze kilka miesięcy. I widzieli powrót do starych zasad. – Kolesiostwo wróciło. Nie było szefa SOR-u, który powiedziałby – nie, macie tego pacjen- ta nie przyjmować. Było przyjmowanie jak leci. Przyszedł mężczyzna z kostką skręco- ną trzy dni wcześniej i chciał jakieś USG. To ja mu na to – bardzo proszę do porad- ni urazowo-ortopedycznej. A ten mi – ale tu kuzynka jest lekarzem. Zeszła okulistka i mówi, że go przyjmiemy. I tu postanowi- łem stawić cichy opór. Mówię jej – ja go mogę zarejestrować, ale to zajmie kilka do kilkunastu godzin, bo co chwilę mamy śmigłowiec, co chwilę ciężki przypadek. Kilka razy przychodziła i męczyła, żeby go przyjąć, aż w końcu chłopak, który był tak chory, się obraził i poszedł z buta do domu – śmieje się jeden z ratowników. Z chwilą odejścia szefa i z chwilą wykru- szania się personelu można było zauwa- żyć, jak szybko wszystko wróciło do daw- nej normy. Jak czas przyjęć się wydłużył, to i dyżur zaczął lecieć zdecydowanie spokojniej... – Tyle, że z tego flagowego szpitala za chwi- lę będzie ruina. SOR jest w rozsypce, bo nikt nad tym w tej chwili nie panuje. I on nie spełnia swojej roli. Kładziemy pacjentów gdziekolwiek, cokolwiek, jakkolwiek, mery- torycznie, niemerytorycznie – byle było pięknie i medialnie. Szef SOR-u odszedł, szef interny odszedł, szefa gastrologii wyrzucono, szefa pulmonologii wyrzuco- no, bo powiedział, że nie przyjmie pacjenta z karteczką. Moja dusza krwawi. Bo całe życie swoje poświęciłam temu szpitalowi. I na koniec muszę patrzeć na jego upadek. A to jest dla mnie dramat – kończy rozmo- wę pani dr A. PS Nazwamiejscowości, gdzie funkcjonuje ten szpital oraz inicjały bohaterów reportażu zostały zmienione, bo – jak się okazuje – nie jest to odosobniony przypadek atmos- fery, w jakiej funkcjonują szpitalne oddziały ratunkowe. Po upadku w łazience na skutek omdle- nia doznałam kilku urazów, rany w oko- licy skroniowej i prawego oka oraz otarć skóry głowy. Ratownik medyczny wezwa- nego pogotowia zadecydował, że wska- zana jest wizyta na SOR-ze w celu zro- bienia tomografii komputerowej głowy w związku z uderzeniem o twarde podło- że i utratą przytomności. Zaznaczam, że przed przyjazdem pogo- towia miałam już zaopatrzone rany twarzy poprzez założenie sterilstripów i opatrunków na krwawiące miejsca. Na SOR w jednym z dużych katowickich szpitali trafiłam o godzinie 2.30. Byłam tam w zasadzie drugą pacjentką, gdyż tylko jedna osoba czekała na odwiezienie na oddział. Zostało mi zmierzone ciśnienie i pobrana krew do badań. Po pewnym czasie zosta- łam przewieziona na wózku do pomiesz- czenia w którym miałam być zbadana przez lekarza dyżurnego. Pan doktor znajdował się w drugim pomieszczeniu i z tegoż pomieszczenia ze mną rozma- wiał. Na pytanie pielęgniarki, czy będzie szyć te rany, wstał podszedł do mnie, podniósł opatrunek na policzku i stwier- dził – nic nie robimy, jest zaopatrzone. Zostałam skierowana i przewieziona na badanie TK o godz. 3.20. Po tym badaniu zostałam posadzona w poczekalni, aby czekać na wyniki. I od tej pory nikt już się mną nie zajmo- wał. Siedziałam obolała i zdenerwowana na krześle i czekałam. Nikt nie zapytał mnie, czy mnie coś boli, czy dobrze się czuję, czy chciałabym się czegoś napić (a bardzo chciałam). Na oddziale były przygaszone światła (by nie raziły w oczy – cytat) oraz ja i jesz- cze jedna pacjentka, która przyjechała chyba z jakimś bólem – miała podłączoną kroplówkę i również siedziała na krześle w poczekalni. Po około dwóch godzinach zapytałam przechodzącą pielęgniarkę, kiedy się cze- goś dowiem i kiedy będęmogła stądwyje- chać, bo jestem już potwornie zmęczona. Pani, nie zatrzymując się, odpowiedziała, że lekarz opisujący badanie ma dużo pra- cy i trzeba czekać. Miałam już dość, zasy- piałam na tym krześle, bolała mnie gło- wa. W międzyczasie panie salowe umyły podłogi, wyniosły wszystkie śmieci. Dłu- żej nie byłam już w stanie siedzieć na tym krześle – nie chciałam już ani wiedzieć co mi jest, ani jakie mam wyniki badań. Po interwencji ok. godziny 7.00 pojawił się lekarz, który zaproponował kolejne badania, między innymi EKG, na które się zgodziłam. Na resztę badań nie wyraziłam zgody ze zmęczenia. Poprosiłam również o lek przeciwbólowy. Podłączono mi więc kro- plówkę w dalszym ciągu w poczekalni, po której po godzinie 8.00 wyjechałam do domu. Dalsze moje leczenie poza szpi- talem trwało dość długo, ale na szczęście skończyło się pomyślnie. Zadaję sobie czasami pytanie, czy trzyma- nie pacjenta po wypadku, utracie przy- tomności, przez sześć godzin na krześle, to jakiś rodzaj testu, czy terapii. Czy nie powinno się prowadzić inten- sywnej obserwacji takiego pacjenta oraz odnotowywać najważniejsze parametry jak tętno, ciśnienie krwi czy stan źrenic? Czy pacjent nie powinien leżeć, a nie siedzieć na krześle? Czy któryś z lekarzy pracujących na SOR nie powinien zainte- resować się przebywającym tam ponad pięć godzin pacjentem? Czy taka pomoc ma jakikolwiek sens? (Imię i nazwisko do wiadomości redakcji) 6 godzin terapii na krześle LIST DO REDAKCJI

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5