ProMedico PS Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach kwiecień 2020 nr 268

17 Pro Medico • kwiecień 2020 Prof. dr hab. n. med. Marian Zembala jest uczniemprof. Zbigniewa Religi. Jeden z najbardziej znanych polskich kardiochirurgów, były minister zdrowia. Od 27 lat dyrektor Śląskiego Cen- trumChorób SercawZabrzu, który zmienił w jeden z najnowocześniejszych szpitali wPolsce. 11 lutego 2020 r. obchodził 70. urodziny. Była to okazja do spotkania w gronie przyjaciół oraz podsumowaniadotychczasowychosiągnięć profesora.Wśródpół tysiącauczestnikówbenefi- su, gośćmi byli wybitni lekarze, naukowcy, rodzina i pacjenci. – I pewnie dlatego na grobie prof. Reli- gi wyryty jest napis„Aby zapalić innych trzeba samemu płonąć”. – To wielkie słowa, które stają przed każ- dym z nas jako memento i przesłanie. Aby być liderem i porwać młodych lekarzy, trzeba samemu pokazać im, jak należy postępować. Powtarzam więc, że dobry ordynator to taki, który sam staje na cze- le zespołu w leczeniu najtrudniejszych chorych. Nie zleca innym, nie ucieka od wyzwań. Zresztą przesłanie prof. Reli- gi dotyczy nie tylko medycyny, ale także innych płaszczyzn życia. Tylko że pło- nąć trzeba mądrze, pragmatycznie, ale z ambicjami, bez próżności, samouwiel- bienia i zawsze z dystansem do siebie. No i trzeba bardzo dużo od siebie wymagać. Przykładem niech będzie prof. Franciszek Kokot, prawdziwy geniusz medycyny. Ileż razy on nas zawstydzał swoją pracowito- ścią i sumiennością, swoim reżimem życia i wnikliwym podejściem do nauki, jaką jest medycyna. – Już 100 lat temu prof. Biegański powiedział, że tylko dobry człowiek może zostać dobrym lekarzem. Ładnie to brzmi. Czy teraz, gdy stoi Pan po dru- giej stronie łóżka – jako pacjent – lepiej widzi Pan, kto jest dobrym, a kto złym lekarzem? – Z pozycji pacjenta faktycznie czasem lepiej widać tych empatycznych, dających nadzieję, jak i tych próżnych, samolub- nych, zarozumiałych. Tylko że ja dobrze wiem, że żaden lekarz bez empatii długo w tym zawodzie się nie utrzyma. – Niektórzy zmieniają się całkowicie, gdy zakładają biały fartuch. Dla nich to symbol bycia panem i władcą nad pacjentem i jego rodziną. – I tacy szybko przekonują się sami, jak wiele tracą. Są niewybierani przez pacjen- tów i marginalizowani w zawodzie. Dla- tego troska o to, by być empatycznym, miłosiernym, jak ten biblijny Samarytanin, to podstawowy element wychowania każ- dego lekarza. Biały fartuch powinien być symbolem miłosierdzia i pokory. Ten, kto go zakłada, powinien mieć te wartości w sobie, a nie na pokaz. – A Pan, profesorze, stojąc przy stole operacyjnym, nie myślał, że rywalizuje ze śmiercią, z losem? – Ależ tak. Każdy lekarz, zwłaszcza kar- diochirurg, rywalizuje ze śmiercią. Słynny dr Marek Edelman w wywiadzie z Hanną Krall mówił, jak ważne jest dla nas, by zdą- żyć przed Panem Bogiem. Zatem lekarze, pielęgniarki, staramy się każdego dnia o to, aby tę świeczkę życia osłonić, ura- tować, żeby się jeszcze paliła. To nasze posłanie i ja się tego nie wstydzę. – Czywgroniechirurgówczęstorozma- wiacie o bezsilności i o tym, jak w grun- cie rzeczy niewiele możecie? Nawet prof. Dziatkowiak mówił, że przeszcze- py to też dowód na to, żemedycyna jest bezsilna wobec choroby. – Z szacunkiem dla profesora Dziatkowia- ka, ja się z tym nie zgadzam. Kiedy mamy do czynienia z nieodwracalnym uszkodze- niem narządu, jakim jest serce, płuca, ner- ki czy wątroba i stoimy pod murem, któ- rego nie da się inaczej pokonać, jak tylko dzięki transplantacji, to cóż możemy zro- bić więcej? W ubiegłym roku, kiedy mie- liśmy rekordową liczbę 70 przeszczepów i spełniliśmy marzenie profesora Religi, to tym samym daliśmy szansę na życie tak wielu ludziom. – Wciąż dla nas, w naszej kulturze, ser- ce to szczególny narząd, który jest sym- bolem emocji, uczuć. Niektórzy mówią, że jest jak dusza. Co Pan czuł, gdy pierwszy raz trzymał w rękach ludzkie serce? – My, kardiochirurdzy, dotykamy i trzy- mamy serce każdego dnia. To nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia, tak jak widok klatki piersiowej bez tego narządu. Razem z prof. Bochenkiem, kiedy wycią- gnęliśmy pierwszy raz serce, to choć jako lekarze wiemy, że za to, jacy jesteśmy odpowiada mózg, byliśmy zaskoczeni i jakoś zdeprymowani, patrząc na puste miejsce po sercu. Jeszcze większe zasko- czenie przeżyłem, gdy 19 lat temu wyko- nywałem po raz pierwszy przeszczep serca i płuca jednocześnie. I gdy z klatki piersiowej usunąłem płuco i serce. Gdy zobaczyłem pustą klatkę piersiową, to pomyślałem z lękiem: Boże mój, czy te narządy, które za chwilę wszczepię, dadzą życie temu człowiekowi? Pamiętam ten lęk do dziś, choć długo się przygotowy- wałem do tej operacji, nawet koczowałem w samochodzie pod szpitalem w Cam- bridge, żeby móc podpatrzeć, jak oni to robią. I udało się. – Panie profesorze, gdzie jest granica, której lekarze nigdy nie będą potrafili przekroczyć? A może jej nie ma? – Tę granicę wyznacza nasza bieżąca wie- dza, nauka i opatrzność. Ja bym się nie martwił, gdzie jest granica, tylko staram się do niej ciągle przybliżać. Prof. Kokot mówił do mnie „rób ile się da, a jak się nie da, to będziesz miał uczciwe przekonanie, że chciałeś jak najwięcej”. Dlatego robię, ile się da. Wiem, że niestety niektórzy moi koledzy odpuszczają, rezygnują, nie podejmują ważnych, choć ryzykownych wyzwań. – Mimo że dziś technika medyczna właściwie potrafi wszystko? – Ale nie potrafi zastąpić człowieka z jego kreatywnością, doświadczeniem, Fot. archiwum ŚCCS

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5