ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach kwiecień 2021 nr 278

21 Pro Medico • kwiecień 2021 FELIETON Rafał Sołtysek członekPrezydium OkręgowejRadyLekarskiej Mam dość samotności Słyszałem, że w przedwojennej Warszawie pewien szacowny obywatel nazwiskiem Ptak stał się ofiarą niewybrednego żartu. Ktoś uparcie doniego telefonował, a gdy onpodnosił słuchawkę i przedstawiał się krótko„Ptak”, nieznajomy rozmówca krzyczał „pif paf”i, rechocząc, odkładał słuchawkę, przyprawiając nasze- go bohatera o apopleksję. Przyszedł jednak rok 1939, a potem 1944 i nic już nie było takie samo. Gdy po wojnie w mieszkaniu, które cudem ocalało, odezwał się dzwonek telefonu, a odbierający usłyszał znowu obrzydłe „pif paf”w odpowiedzi na swoje nazwisko, po obu stronach linii zapadła cisza... Dzwoniący nie odłożył słuchawki, a nasz bohater nie poczuł gniewu. „Jak dobrze, że pan przeżył”oznajmił wreszcie wzruszony. Głóddrugiegoczłowiekawydawałmisięniemożliwy.Lekarzwporad- ni POZ na samotność nie może przecież narzekać. Przesuwający się korowód postaci przypomina bożonarodzeniową szopkę z niekoń- czącym się obiegiemwizytujących. Dlatego Halicz o świcie lub kajak w przedsezonowym czasie, kołyszący się nad wigierską tonią, był miejscem, do którego lgnąłem jak pszczoła do miodu, pozostawia- jąc innym atrakcje typu„wieczorek zapoznawczy”czy wbetonowane jeden obok drugiego leżaki po 10 Euro za dzień wpięknej Italii. Teraz, jako bezwolny uczestnik rekolekcji, jakie daje nam koronawi- rus, odnajduję swoją zatraconą „stadność”. Od niemal roku izolacja i społeczny dystans pozbawiły mnie bliskości drugiego, wydawało- by się, obcego człowieka. Nie zdawałem sobie sprawy, jak miły jest gest podania sobie dłoni. Nie wiedziałem, ile może znaczyć siedze- nie w zatłoczonej kawiarni, gdy otoczony aromatem arabiki byłem świadkiem natrętnych – jak wtedy myślałem – strzępów rozmów i ukradkowych spojrzeń. Tak mnie ten tłum drażnił, a teraz tak mi go brakuje... Chciałoby się zaśpiewać za Okudżawą: „Tak chętnie bym dziś, choć na kwadrans na koniak tamwpadł...” Wiemy, że SARS-CoV-2 uszkadza płuca, wiemy o jego powikłaniach zatorowych. Jednak koronawirus wystawia także na ciężką próbę wytrzymałość ludzkiej psychiki. Samotność, niepewność i lęk osacza- ją zarówno chorych, jak i zdrowych. Gdy ja staję się zagrożeniem dla innych, a inni zagrożeniem dla mnie, tworzymy społeczeństwo nie- dotykalnych, wykluczonych i wykluczających. Może i wytrzymamy miesiąc, może i kilka miesięcy. Miejmy nadzieję, mechanizmy obron- ne wystarczą. Czy jednakmożna tak żyć latami? Wobec rosnącej ilości zaburzeń depresyjnych, lękowych, reaktyw- nych, psychiatrzy już biją na alarm. Eksperci wspominają o możliwo- ści powstania nowego rozpoznania –„zespół stresu pocovidowego”. Trzeszczą więzi społeczne sprawdzane w ogniu doświadczenia eks- tremalnego, jakim jest pandemia. Czy to wszystko przeminie, czy też odciśnie trwałe piętno na naszympokoleniu? Samotność pojawia się wszędzie i potęguje cierpienie niesione przez chorobę. Samotność na kwarantannie, kiedy patrole policji przypominają, że opuszczenie progu własnego domu jest przestępstwem. Samotność w szpitalu z zakazem odwiedzin, gdy pacjenci, w swej rezygnacji „przestają już liczyć dni”, skazani na doświadczenie własnego Getsemani, oddzieleni czasem jedynie parawanem od nagłej ciszy zapadłej nad łóżkiem sąsiada. Samotność najstraszniejsza, samotność ostatnich chwil, gdy od drugiego człowieka odgradza lateksowa rękawica i szyba gogli, zza których patrzą nieznane, obce oczy. Wreszcie, nieoczekiwana i tym bardziej bolesna, samotność po wypisie, gdy własny syn proponuje ojcu, by pojechał do domu tramwajem, bojąc się przyjechać po niego swym świetnym, skąd- inąd, samochodem. Trudno jest o tym wszystkim czasem nawet pomyśleć, nie mówiąc już o tym, jak to przeżyć. Dlatego właśnie, gdy ucichną obostrzenia, pójdę na zatłoczoną Pasterkę, stanę tuż przy ołtarzu, tam, gdzie najciaśniej. Zamiast szukać duchowych przeżyć, będę napawał się duchotą panującą w tym ścisku, który fizycznie i niemal boleśnie uzmysłowi mi bli- skość innych ludzi. Będę rozkoszował się odwieczną walką wielolu- fowych organów z niezliczonym ludem bożym. One grzmieć będą swą melodię, a tłum podążać będzie za swoją. I tak ścigać się będą fugą radosnej kakofonii. Znów z ust sąsiada popłynie kolęda wraz z oparami etanolu, znów zainhaluję naftalinę z szacownego futra sąsiadki i znów, dzięki temu, poczuję, że jestemczłonkiemstada, a nie samotną wyspą. Fot. Chroma Stock

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5