ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach lipiec/sierpień 2021 nr 281
19 Pro Medico • lipiec/sierpień 2021 Nieraz w czasie pandemii widziałem przerażonych ludzi, którzy nie mogli złapać oddechu i płaczące pielęgniarki. Mówiły mi ze łzami w oczach, że nawet dla ludzi z przygotowaniem medycznym to było za dużo. Za dużo śmierci, emocji, rozczarowań. cze ochronnymi ubraniami, to nogi mi się ugięły. Ale dzięki cierpliwości lekarzy i pie- lęgniarek szybko nauczyłem się właści- wie ubierać i rozbierać oraz dostosować do rygorów sanitarnych, jakich nigdy nie spotkałem. I tak, ubrany jak kosmonauta, z podwójnymi maskami na twarzy i wiel- kimi rękawicami ochronnymi, przekro- czyłem tę barierę i wszedłem na oddział covidowy. – Co mówił kapelan ludziom, którzy szli pod respirator, z małymi szansami na przeżycie? – Jedyna broń, jaka mi została, to słowa pociechy i dodawania odwagi.Wostatnich godzinach przed operacją lub ważnym zabiegiem nigdy pacjentom nie mówię, że będzie dobrze, tylko żeby byli odważni. Pamiętam młodego, silnego mężczyznę, którego spotkałem trzy razy. Pierwszy raz skarżył się, że trudno mu się oddycha, drugi raz już był pod respiratorem, a trzeci raz w plastikowej trumnie do wywiezienia. Takie spotkania i widoki zostawiają w każ- dym z nas ślady na zawsze. Nieraz w tych dniach widziałem przerażonych ludzi, któ- rzy nie mogli złapać oddechu i płaczące pielęgniarki. Mówiły mi ze łzami w oczach, że nawet dla ludzi z przygotowaniem medycznym to było za dużo. Za dużo śmierci, emocji, rozczarowań. – A ojciec gołymi rękami też niewiele mógł zdziałać. Tam nic nie wolno było wnosić i nic wynosić. – No właśnie, samymi rozmowami i spo- wiedziami niewiele mogłem zdziałać. Chciałem być bardziej pomocny. Dlate- go wymyśliłem, jak udzielać sakramentu chorych. Na dwa palce rękawicy nakła- dałem oleje poświęcone i w ten sposób dwóm osobom dziennie mogłem udzielić namaszczenia. Potem szukałem sposo- bu, jak udzielać komunii. Kupowałem w aptece jednorazowe pojemniki sterylne do badania moczu i tam układałem wyli- czone hostie.Wchodziłemz tymna oddział i rozdawałem tym, którzy chcieli przyjąć komunię. Potem jednak pojemnik trzeba było wyczyścić, żeby żaden okruszek hostii nie został. Zwykle robi to ksiądz, ale ja mia- łem na sobie tyle ochronnego sprzętu, że nie byłemw stanie. Dlatego tę czynność musiał robić ostatni z tych pacjentów, któ- rzy przyjmowali komunie święte. – Pewnie, gdy śmierć stała się codzien- nością, wiele osób szukało ratunku i wsparcia w religii. Czy takie nawróce- nia ze strachu mogą być wartościowe? – Nigdy nad tym się nie zastanawiam. Nie oceniam niczyjej motywacji, a że zabrzań- skie Centrum Chorób Serca jest specyficz- nym szpitalem, to niemal każdego dnia stoimy na krawędzi życia i śmierci. Wiele osób w tymmomencie chce naprawić swe życie, zwrócić się do Boga i ja wtedy jestem blisko nich. – Kiedywyzdrowieją, to imprzechodzi... – No cóż, przestają czuć duchową, reli- gijną potrzebę. Poznałem na jednym z oddziałów panią, która po przeszczepie serca wpadła w religijną ekstazę. Śpiewa- ła i wykrzykiwała psalmy, chwaląc Boga, który pozwolił jej żyć. Po paru miesiącach, podczas badań kontrolnych, już mnie nie poznała i nie czuła potrzeby nawet poroz- mawiania. – Czy często ojciec czuł się bezradny i bezsilny podczas pandemii? – Nie w sensie medycznym, oczywi- ście, bo to rola lekarzy i pielęgniarek. Ale to oni często mi mówili, do kogo iść, bo nie ma dużych szans na przeżycie. Szedłem więc, ale bałem się, czy moje sło- wa wystarczą. Wtedy najczęściej czułem się bezradnym. Najgorzej, gdy nawiąza- łem bliższą relację, zaprzyjaźniłem się. To wtedy, podobnie jak cały personel, osobiście przeżywałem porażki i zwycię- stwa. Naprzeciwko kaplicy w szpitalu jest oddział dziecięcy. To dla mnie największe emocje, gdy widzę jak walczą lekarze, jak przeżywają tę walkę rodzice. Kibicuję im na całego. – A jak przegrywają, to ojciec nie czuje buntu wobec Pana Boga? – Czuję, czuję. Mam do Niego preten- sje, nie zgadzam się na śmierć młodych, zwłaszcza dzieci. – Zaczerwienił się ojciec, zawstydził? – Trudno mi o tym mówić, ale taki ludz- ki bunt nie jest mi obcy. Nie umiem tego pojąć. Widzę ogromną pracę i wysiłki lekarzy, rodziców. Modlę się z nimi moc- no i gorliwie, a czasem decyzje Pana Boga są odmienne i wszystko na nic. – W szpitalach, zwłaszcza takich jak centrum zabrzańskie, często wszyscy mówią, że liczą na cud ozdrowienia i wtedy wymownie patrzą na kapelana. – Mam tego świadomość. Zdarzyło mi się nawet kilka razy powiedzieć, że lekarze nie robią czarów. Cud ozdrowienia zależy od Pana Boga, ale tak naprawdę to jeste- śmy w rękach lekarzy i ich umiejętności. Dla mnie każdy proces leczenia to taki mały cud. Jestem pewny, że każdy lekarz – wierzący czy ateista – ma natchnione przez Pana Boga dłonie. Olbrzymią estymę czuję przed ich pracą i wyzwaniami. – Zauważył ojciec, że gdy wchodzi na salę chorych, to nie wszyscy się cie- szą z tej wizyty? Dla niektórych widok księdza w rynsztunku duchownym to znak, że lekarze już odpuścili. – Znam to. Dlatego czarny habit zamie- niłem na biały z czerwonym krzyżem i, jak mi powiedziała jedna chora, przestałem straszyć. Niektórzy chcieliby, aby ksiądz przychodził incognito, w garniturze. Tak jak jeden z synów bał się, że widok księdza tatę wystraszy na dobre i zabije. Okazało się, żemartwił się na wyrost. Ja nie spotka- łem się nigdy z pretensjami czy skargami, ale wiem, że odczucia ludzi wobec kape- lanów szpitalnych są różne. – Niewierzących czy ludzi innej wiary taka aktywność katolickich kapelanów w szpitalach nie drażni? – Może drażnić, ale to zależy od nas, kapelanów. Staram się, aby moja obec- ność na sali chorych była do granic moż- liwości dyskretna. Gdy wchodzę, zawsze mówię najpierw świeckie dzień dobry, a potem Szczęść Boże, no i staram się nie być nachalny, nie dzielić ludzi, albo, co gorsze, nie nawracać ich na siłę. Szpi- tal to nie miejsce do nawracania przez księdza. Znam przypadki różnych kapela- nów, którzy wykorzystują tę sytuację, ale ja nigdy tak nie robię. Pamiętam, że jeden z księży, wchodząc rano na salę śpiewał pieśni religijne. Mnie się to wydaje daleko posuniętym nietaktem. Religia w szpitalu powinna łączyć, dawać siłę, a nie dzielić, dlatego, gdy widzę, że nie ma na to szans, wolę się po cichu wycofać. – Kiedy kapelan w czasie pandemii był potrzebny personelowi szpitala? – Gdy pandemia się zaczęła, było jak w wojsku. Procedury, regulaminy, suro- we reżimy sanitarne, dyscyplina i strach. W porozumieniu z dyrekcją napisałem wtedy list do lekarzy i pielęgniarek. Pisa- łem w nim, że, doceniając ich pracę, chcę być na pierwszej linii frontu, nieść im pomoc i nadzieję, że będąc przeszko- lony z rygorów sanitarnych będę z nimi na dobre i na złe tak, żeby wiedzieli, że nie są sami. I po rozmowach na oddziałach, gdy widziałem ich łzy ze zmęczenia i lęki o najbliższych i złość z bezsilności, czu- ję, że się przydałem. Teraz dziękuję im, że mogłem być z nimi w tych trudnych dniach.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5