ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach lipiec/sierpień 2022 nr 291
25 Pro Medico • lipiec/sierpień 2022 (do której przekazał znaczną część swojego księgozbioru, zachowanego zresztą do dziś) orazstworzyłpracownięwyposażonąwapa- rat Roentgena. O jego autorytecie i wielkich zasługach niech świadczy przyznany mu przez cesarza Franciszka Józefa I stary gali- cyjski tytuł szlachecki z przydomkiem „Rit- ter von Ruediger”. Był mentorem dla m.in. Leona Kryńskiego,Wincentego Łepkowskie- go i Antoniego Gabryszewskiego. Kontynu- atorem tradycji chirurgicznej był jego syn Antoni, który w 1921 r. wyjechał wraz z żoną do Brazylii, osiedlił się w Kurytybie, gdzie był ordynatorem oddziału chirurgii Szpitala Uniwersyteckiego. Po nimw tej lecznicy pra- cował jego syn Ludwik, a w czwartympoko- leniu wnuk – Ricardo. „A JEŚLI DROGA OTWARTA, KOMU DONIEBA. TYM, COSŁUŻĄOJCZYŹNIE”* Ostatni etap życia Profesora przypadł na lata wojny. Wybitny medyk słynął z zamiło- wania do munduru, a swoje kliniki orga- nizował w iście wojskowym drylu. Toteż znakomicie sprawdził się jako komen- dant austriackiego Szpitala Wojskowego w Brnie. W momencie odzyskiwania przez Polskę niepodległości, wstąpił do Wojska Polskiego. Jako naczelny chirurg Szpitala nr 2, podczas obrony Lwowa ratował życie i zdrowie żołnierzy obydwu stron konflik- tu, co do dnia dzisiejszego powinno być wzorem do naśladowania podczas działań wojennych. Niezłomny Profesor nie upadł na duchu, gdy w czasie walk z Ukraińca- mi o Lwów zginęła, trafiona przypadkową kulą, najbliższa mu osoba – żona Maria. Po odzyskaniu miasta Zawsze Wiernego Polsce 70-letni generał Rydygier wziął udział w wojnie polsko-bolszewickiej. Widząc ojczyznę w potrzebie, z własnego majątku przekazał 4 tys. koron na ręce gen. Tadeusza Rozwadowskiego, aby dać przy- kład innym i zbudzić ducha narodowego. Umarł nagle, choć miał jeszcze wiele pla- nów. 1 lipca 1920 r., odziany w mundur generała WP, odbył swą ostatnią drogę na Cmentarz Łyczakowski w towarzystwie szwadronu ułanów i kompanii reprezen- tacyjnej wojska. Na pogrzebie nie bra- kło nikogo z wielkich – tak miasto Lwów żegnało swojego Wielkiego Medyka i Obrońcę. INMEMORIAM Miarą wielkości człowieka jest to, co po sobie pozostawi. Może to być doro- bek naukowy, może być grono dosko- nale wykształconych uczniów, a przede wszystkim wdzięczna pamięć ludzi, którzy doceniają te dokonania. Wspólnym mia- nownikiem jest w każdym z tych przypad- ków służba ludziom, zarówno ratowanie zdrowia pojedynczego człowieka, jak również walka o własną ojczyznę. Upły- wający czas zweryfikował pozytywnie wielkość prof. Ludwika Rydygiera. Wielu zna nazwisko tego wybitnego lekarza, ale, niestety, bardzo niewielu zna ten wojenny, lwowski epizod. Smutne jest to, że do dnia dzisiejszego na odnowionej mogile gen. prof. L. Rydygiera nie mogą zjawić się dwa magiczne słowa, które zdobiły nagrobek przed wojną:„Obrońca Lwowa”. *J. Kochanowski Pieśn VII „O cnocie” Joanna Andrzejewska radca prawny ŚIL Współczesnym okiem Zanikający stan umysłu? Noblesse oblige. Piękne hasło i jakże utrwalające podziały społeczne i anta- gonizmy. Bo chłopu wolno było więcej? A może po chłopie i tak niczego dobre- go się nie spodziewano, a jeśli już jakimś cudem co dobrego zrobił, to dlatego, że panmu kazał, albo Boga się zląkł? Tymczasem szlachcic nie miał wyboru. Chcąc być poważanym pośród nobliwych, musiał nieraz, wbrew instynktom, działać i podążać ścieżką przez kodeks moralny, bądź inną niepisaną honorową regułą wyty- czoną. Chyba że wybrał inaczej i, ryzykując ostracyzm, kompromitację i utratę wpły- wów wszelakich – poszedł drogą hańby, gańby, na zatracenie. Czasy jednak zmieniły się. Szlacheckie dwor- ki z powojenno-PRL-owskiej ruiny wycią- gnęła w większości nowa noblesse, zwana finansową. Bo tak się złożyło, że i elity uległy demokratyzacji. Już nie błękitna krew jest przepustką, a tzw. społeczna pozycja, której determinanty są o tyle zmienne, co zaska- kujące. Granice uległy zatarciu i dziś trudno czasemodróżnić pana od chłopa, zwłaszcza „na oko”. Skąd pomysł, że dawne etosy upadły? Czy prawdą jest, że honor i godność, rzetel- ność i uczciwość to cechy współczesnego głupca? Czy pozostał jakiś imperatyw, przypisywalny komukolwiek? Pamiętam znajomego, który świętował zdany egza- min sędziowski – sam nie wypił nawet kie- liszka, bo uznał, że w miejscu publicznym nie wypada sędziemu pić, bo gdyby ktoś zrobił zdjęcie... Lekarz to zawód czy także stan umysłu (a może posiadania)? Czy bycie lekarzem do czegoś zobowiązuje? A odwrotnie? Czy lekarz oczekuje szczególnego traktowania, dlatego, że jest lekarzem? To samo pytanie można by zadać adwokatowi, księdzu i wój- towi oczywiście. Dlaczego odnosi się nieod- parte wrażenie, że aktualnie nic (prawie nic) już nie nobilituje, poza stanem konta? Przy- kurzona dyskusja o upadkach autorytetów coraz częściej powraca głośnym echem. Nawet na tegorocznym Okręgowym Zjeź- dzie Lekarskim delegaci zażądali od władz samorządu, aby podjęli działania zmierza- jące do przywrócenia w społeczeństwie zawodowi lekarza dawnego znaczenia. Sza- cunku i poważania. Zut! – pomyślałam. – Jak niby to zrobić? Współczuję lekarzom, bo chyba żadnej gru- py zawodowej tak nie sponiewierano, jak lekarzy – przez lata żenująco niskie pensje na państwowych etatach (tzw. stary port- fel), władze nasze państwowe szczują leka- rzy prokuratorami; media nieustająco edu- kują pacjentów w zakresie przysługujących imroszczeńwobec lekarzy; niewyobrażalna fala hejtu, jaka wylewa się w mediach spo- łecznościowych za każdym razem, gdy ktoś porusza temat leczenia... Dlaczego aż tak Was nie lubią? – chciałoby się zapytać. Mam nadzieję, że ten numer Pro Medico rozpocznie poważną zaangażowaną dysku- sję na ten temat, może będzie trzeba odpo- wiedzieć na niewygodne pytania, żeby zrozumieć, gdzie podział się etos zawodu lekarza i jak uzdrowić tę sytuację w niedo- magającymnaszym społeczeństwie.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5