ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach lipiec/sierpień 2023 nr 301

Pro Medico lipiec/sierpień 2023 21 Medycyna a bogowie miłości W medycynie nie brakuje słów utwo- rzonych od nazw własnych, prawie zawsze nazwisk. Większość z nich zachowała w swej budowie niezmie- nione nazwisko (np. odczyn Biernac- kiego), ale niektóre stały się słowami należącymi do codziennego słownic- twa niespecjalistycznego (np. pastery- zacja od Louisa Pasteura). Kilka termi- nów pochodzi z mitologii. Bogiem miłości i pożądania seksualne- go starożytnych Greków był Eros. Jego rzymskim odpowiednikiem był Amor, zwany też Kupidynem. Eros początkowo dość surowy bóg, z czasem był wyobra- żany jako urodziwy i figlarny pulchny bobasek z łukiem i dwoma strzałami. Jedna z nich powodowała miłość, któ- ra niszczyła człowieka, a druga dawała „ustrzelonemu” spokojne szczęście. Nie- odłącznym więc atrybutem Erosa, czyli Kupidyna, był łuk. W anatomii łuk Kupidyna (lub łuk Erosa) to układ górnej wargi. Ogłoszono dość dużo prac naukowych o rekonstrukcji prof. dr hab. n. med. Eugeniusz J. Kucharz Łuk Kupidyna, czyli łuk Erosa. łuku Kupidyna w zaburzeniach rozwojo- wych twarzy lub po urazach wargi górnej. Nie jest to jednak jedyny łuk Erosa w organizmie człowieka. Jedną z odmian kształtu kręgów uwidocznionych radiolo- gicznie też nazywa się łukiem Erosa. Kontur kręgu lędźwiowego nazywany łukiem Kupidyna. Nie wyczerpuje to „miłosnych” odniesień mitologii do medycyny. Z anatomii zna- my wzgórek Wenery, a nauka o choro- bach przenoszonych czasami z miłością nazywa się wenerologia. EPONIMY MEDYCZNE Lipińską, że strasznie źle wygląda, że skórę ma w kolorze włosów, a włosy w kolorze płaszcza, a płaszcz taki szarobury, że nie wiadomo, czy właśnie ją ekshumowali, czy zaraz umrze. Żałowali w szpitalu salowej, bo choć zdarzyło jej się popić, to sprzą- tała najlepiej ze wszystkich. Poza tym rąk do pracy zawsze brakowało, choć cięcia szły z góry, to dobrej salowej łatwo znaleźć się nie da. Boże Narodzenie rządzi się wła- snymi prawami. WWigilię na nockę wysyła się zazwyczaj najmłodsze, albo te stare, ale bez dzieci, albo w ogóle stare panny. Wigilia, Sylwester i może Wielkanoc. W te dni pracują te, które jeszcze nie zasłużyły na szczególne traktowanie. W tym roku padło na młodą Jaronkę i Kasprzakową. Nie najlepiej pracuje się na porodówce w Święta, bo te w ciąży zeżrą maku i wzdę- te myślą, że będą rodzić. Tak przynajmniej mówią położne. Tego roku było jednak inaczej, jakby spokojniej. O dziewiętnastej obchód, wiadomo, potem jakiś tam opła- tek i nawet makówki. Cieć przyniósł nawet siemiotkę w słoiku i częstował nią położne, które właściwie nie protestowały. Jezus urodził się jakoś przed północą, gdy Anioł Pański doprowadził Maryję do sta- jenki. Chwilęprzedpółnocądwóchelwrów doprowadziło na porodówkę Elwirę Lipiń- ską. Miała ten sinoblady płaszcz, papierosa w ustach i ledwo szła. Cieć zaczął wrzesz- czeć, że wesołych świąt, ale w szpitalu się nie pali, że jest pijana i jak jej się teraz o robocie przypomniało, to ma się brać. Jeden z dwóch, którzy przytachali Lipiń- ską, warknął tylko, że ma poszukać jakieś lali z dyżuru, bo Elwira zarozki się okoci.Tak się mówiło na poród, albo przynajmniej tak mówiła Lipińska. Jaronka i Kasprzyko- wa wypadły z dyżurki i w sumie strasznie się śmiały, widząc salową. Głupie były jeszcze i młode, a zajęte właściwie tylko wyciąganiem maku z zębów. Zapytały Elwirkę, co tu robi i mówiły, że pasterka to nie w tym kościele. Wtedy Lipińska przemówiła ludzkim głosem i powie- działa, że jest w ciąży. Bardzo ucieszył się cieć z tej nowiny i brał się do wyściskania kobiety. Zdążył tylko zapytać, kiedy rodzi, kiedy usłyszał, że już. Bliźniaki. Jaronka chwyciła za wózek, a Kasprzycka kazała Lipińskiej wejść pod prysznic. Wtedy Elwi- ra Lipińska odsłoniła płaszcz, podniosła spódnicę i powiedziała, że jedno dziecko ma już w rajtuzie. Lulał Jureczek Lipiński (nazwisko po matce), mała perełka, jakby nieświadomy tego, co się dzieje. Dwa dni później, czyli w drugie świę- to, Jaronka i Kasprzycka miały dniówkę i poszły oglądać Jureczka i Marylkę Lipiń- skich. Ładne to były dzieci, nawet pulch- ne, wcale nie było widać, że urodziły się w rajtuzie Elwiry Lipińskiej. Przede wszyst- kim zupełnie zdrowe i strasznie spokojne, ciągle śpiące. Wszyscy na oddziale gratu- lowali Elwirze i przepraszali, że nie zrobili tego wcześniej, ale nie wiedzieli. Lipińska też właściwie była porodem zaskoczona. Najbardziej przejął się jednak cieć, który przynosił Lipińskiej to słoik rosołu, to flacz- ki, a w ostatnim dniu pobytu nawet i kwia- ty. Położne zaczęły się zastanawiać, czy właściwie to nie były dzieci ciecia, ale kto go tam wiedział na tyle, by zorientować się, czy to były jego dzieci, czy nie. Lipiń- ska nie wyrzekła się dzieci, ale papierosów i wódki też nie, więc MOPS odebrał jej bliź- niaki kilka lat później, też jakoś w grudniu. Tułali się zatem mali Lipińscy, Jureczek i Marylka, od samego urodzenia, a nie- szczególnie było dla nich miejsce w jakiej- kolwiek gospodzie.

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5