ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach lipiec/sierpień 2023 nr 301

Pro Medico lipiec/sierpień 2023 26 LIST DO REDAKCJI Jeszcze o chirurgicznych feminatywach Do napisania tego komentarza skłoniły mnie dwa ostatnio opublikowane w „Pro Medico” artykuły, dotyczące roli kobiet w chirurgii. Zajmę się tu jedynie nazwą profesji chirurgicznej, gdy poświęca się jej kobieta, pomijając inne wątki. Czy sprawa jest błaha i godna jedynie żartów z „chirurżki”? Niekoniecznie. Większość lingwistów zgadza się z hipotezą Sapira- Whorfa, zgodnie z którą język, którym się posługujemy, kształtuje sposób postrze- gania otaczającego świata. Dlatego — jeśli używamy terminu: pani chirurg, choć gramatycznie są możliwe żeńskie postaci tej profesji, podświadomie zakładamy, że ta specjalizacja lekarska jest zarezer- wowana dla mężczyzn. Możemy pozostać przy tradycyjnych konstrukcjach typu „pani chirurg”, albo zacząć używać feminatywów, tak jak inne mniej zaściankowe kraje. Żeńskie odmia- ny słowa chirurg funkcjonują w większo- ści języków europejskich. Ale co wybrać? Mamy dwa rzeczowniki do wyboru: „chi- rurżkę” i „chirurginię”. Oba gramatycznie poprawne, ale oba nowe. Z chirurżką mamy jednak pewien problem, a właści- wie dwa problemy. Po pierwsze, spółgło- ski zbite w ciasną gromadkę na końcu sło- wa „chirurżka” czynią to słowo trudnym do wymówienia. Więc choćby z lenistwa, „chirurg” wciąż będzie atrakcyjny. Drugi problem jest poważniejszy. Końcówka -ka w polszczyźnie, oprócz sygnalizowa- nia żeńskości danego słowa, używana jest też, aby rzeczownik zdrobnić. A kto chciałby być operowany przez malutką chirurżkę? Duży pan chirurg brzmi bar- dziej profesjonalnie. I to postrzeganie chirużki jako niepoważnej nie jest przy- padkowe. Lingwiści już jakiś czas temu odkryli, że odbiór znaczenia danego słowa ma związek z ułożeniem poszcze- gólnych części jamy ustnej w czasie arty- kulacji. Słowa artykułowane, gdy język jest położony daleko od podniebienia, z wargami i zębami oddalonymi od sie- bie, są podświadomie odbierane jako duże, ważne – te z głoskami wymagają- cymi zwarcia poszczególnych narządów artykulacyjnych jako małe, nieznaczące. To samo dotyczy głosek wymawianych długo bądź krótko. A w chirurżce, oprócz zdrabniającej końcówki –ka, mamy zbi- tek„rżk”, który musi być wymawiany krót- ko, bo inaczej ruchy językiem i wargami, by wydobyć z siebie ten dźwięk, skończą się klęską. I dlatego chirurżka jawi się nam tak nie- profesjonalnie. Natomiast z chirurginią nie ma tego problemu. Końcówka -ini nie zdrabnia. Przeciwnie, pobrzmiewa w nim dostojeństwo i autorytet. I w moim odczuciu ten wyraz powinien być promo- wany. Czego koleżankom chirurginiom życzę. Prof. dr hab. n. med. Marian Simka Kierownik Zakładu Anatomii Uniwersytet Opolski wiście otrzymał i błyskawicznie załatwiło ono sprawę habilitacji. Ale po jej zatwierdzeniu przez 17 lat czekał na samodzielne stanowisko na uczelni. W zachowanych listach do siostry pisał o stosunkach na uczelni, o ciągłych naciskach na wstąpienie do PZPR. – Może to jednakbyławpewnymsensie kara za zakpienie sobie z jedynej i słusznej ówczesnej władzy? – Myślę, że nie. Ojciec miał wyrazisty światopogląd. Zawsze był wierny tym zasadom, które głosił. Głosami studentów został wybrany na stanowisko prorektora ds. młodzieży. Jego kadencja obejmowała okres pięciu lat. Po dwóch latach, w 1984 r., Ojciec zmarł. W jego oficjalnym uczelnianym nekrologu są wymienione wszystkie pełnione funkcje, ale nie ma ani słowa o funkcji prorek- tora! Ten przykład jest chyba najlepszym wyrazem tego, jak był traktowany. – Zastanawiam się, jak się żyje pod jednym dachem z taką osobowością. Jaki był profesor„po godzinach”? Miał czas dla dzieci, rodziny? – Na co dzień widywaliśmy Ojca rzadko. Z Rokitnicy wyjeżdżał do Zabrza bardzo wcześnie rano, autobusem PKS-u, do Kliniki. Zostawał w przychodni chirurgicznej, wracał na chwilę do domu i później szedł do przychodni studenckiej. Czasem zostawał w Zabrzu, bo miał nocny dyżur – nie widywaliśmy go 2-3 dni. Miał żonę, czworo dzieci i był jedyną osobą pracującą. Pomagał jeszcze swojej matce, która nie miała żadnej emerytury. Mama stworzyła i nam, i Ojcu, cudowny, ciepły, opiekuńczy i bezpieczny dom. Kiedy wracał do domu, wszystko było podporządkowane jemu. To nie było wymuszone podporządkowanie, dla nas było absolutnie naturalne, że Ojciec musiał odpocząć. Potem siadał przy biurku do czegoś, co aktualnie pisał. Był nieprawdopodobnie pracowity i niesamowicie zorganizowany. Już w Katowicach, pra- cował w domu przez dwie godziny, po czym, wieczorem, znowu wychodził do kliniki, do pacjentów. To był rytuał, nawet w święta. – Panprofesorbył surowym, niezmierniewymagającymwycho- wawcą, czy artystyczną duszą bujającąwobłokach? – Ojciec w żadnej z tych szufladek się nie mieścił. Był wymaga- jący, w jakimś sensie surowy i znowu wierny zasadom. Nigdy nikomu z nas nie wystawił tzw. lewego zaświadczenia lekarskie- go do szkoły! To w ogóle nie wchodziło w grę. Uczył nas odpo- wiedzialności i dostrzegania konsekwencji własnych wyborów, działań i zachowań. – Co jest największym dziedzictwem odziedziczonym po Ojcu? – Odziedziczyliśmy chęć i konieczność wspomagania się wza- jemnie, kultywowanie wartości życia rodzinnego, a także pie- lęgnowanie wartości posiadania przyjaciół. Widzieliśmy przez lata głębokie przyjaźnie naszych rodziców: wzajemne zaufanie, szczerość i serdeczność. Takie cechy osobowości w jakimś sensie wynieśliśmy z domu. Uzdolnienia plastyczne i artystyczne także przeszły na kolejne pokolenia. – Patrząc na fotografie pana profesora, wydaje się człowie- kiem spełnionym. Był zadowolony ze swojej kariery zawodo- wej i naukowej? – Na pewno w jakimś stopniu był zadowolony, ale był też ten cień przeszłości kładący się przez całe życie. Odsuwany od awan- sów, był obciążany ciężką pracą, np. podczas przenoszenia kli- niki z Zabrza do Katowic. Zrzucono na niego wszystkie prace organizacyjne, włącznie z nadzorem nad remontem. Wtedy miał poczucie niedocenienia przez władze. Natomiast pod względem naukowym było inaczej – był zadowolony. – Pomimo że nie jesteście Państwo wszyscy lekarzami i tylko jeden z synów poszedł w ślady Ojca, to właściwie cała czwór- ka pozbierała cechy po Ojcu i można śmiało powiedzieć, że jesteście państwo kontynuatorami tej jego pasji życia. – Pięknie powiedziane. Rozmawiała: KatarzynaB. Fulbiszewska Cały wywiad z córką profesora Tadeusza Ginko na stronie internetowej ŚIL: https://izba-lekarska.org.pl/o-izbie/aktualnosci/tak-bylo-i-tak-byc- musialo

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5