ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach lipiec 2024 nr 311
Pro Medico lipiec/sierpień 2024 18 ROZMOWA Tajemnice pracy chirurga Rozmowa z dr. Lechem Muchą, chirurgiem, autorem książek o kulisach pracy chi- rurgów pt. „Chirurdzy opowieści prawdziwe” i „Chirurgiczne cięcie”. – Gdyby o chirurgii opowiadano tak jak pan pisze, tomoże nie byłoby tak licznej, jak obecnie, ucieczki młodych lekarzy od tej specjalizacji. Pisze pan pamiętniki chirurgów, aby towłaśnie zmienić? – Byłoby super, gdyby za pomocą książek można by powstrzymać ten exodus mło- dych lekarzy, ale tak nie jest. Wprawdzie bywa, że siła pióra jest silniejsza niż mie- cza, ale nie przeceniałbym siły, zwłaszcza, mojego pióra. O wiele więcej w otoczeniu medycznego świata trzeba by zrobić, aby młodzi ludzie – tak jak kiedyś – chcieli być chirurgami. Moje książki powstały z inne- go powodu. Zrodziły się z czytania książek. Zapragnąłem, żeby moje historie przed- stawione zarówno w powieści, jak i dwóch książkach, o kulisach pracy chirurgów, zostały przeczytane. – Odsłońmy zatem tajemnice pracy chi- rurga. Czy chirurg w ogóle się boi? – Najbardziej boję się przed operacją. Choć w życiu wiele widziałem, to chirur- gia nauczyła mnie pokory i tego, żeby być gotowym na niespodzianki w tej pra- cy. W trakcie zabiegu nie ma już miejsca na strach i stres. Po operacji zaś staram się nie martwić tym, na co nie mamwpływu. – Dlaczego pisze pan, że operacja jest jak wojna? – Od niepamiętnych lat mówimy, że wal- czy się z chorobą. Użyłemwięc w książkach tej analogii, a nawet ją rozwinąłem. Pierw- szy front to ostry dyżur, pogotowie sięga- jące za linię frontu, to jest desant. Na sali operacyjnej zaś trwa bitwa o przywróce- nie zdrowia pacjentowi. Podoba mi się to porównanie. – Chirurdzy to ludzie konkretni, mocno stąpający po ziemi, podejmujący szyb- kie decyzje, odporni na stres, a… wraż- liwi? – Trzeba wiedzieć kiedy należy być wraż- liwym, a kiedy trzeba być twardym. Uwa- żam się za człowieka wrażliwego, płaczę w kinie na filmach i myślę, że to cecha wro- dzona. Podobam się taki sobie, choć gdy wchodzę do sali operacyjnej jako chirurg moją wrażliwość zostawiam za drzwia- mi i jestem skoncentrowany na zabiegu, niczym więcej. Mimo wszystko wierzę, że nie straciłem umiejętności, aby widzieć człowieka w człowieku. – Taki podoba się pan też pacjentom. Jedna z pacjentek powiedziała „panie doktorze, pan to jest człowiekiem”. – Ja to odczułem jako komplement dla mnie i niezbyt dobrą informację dla środo- wiska. To zresztą była prosta historia. Ja tej pacjentce niczego wielkiego nie zrobiłem, tylko w poradni spokojnie jej wysłuchałem i z nią porozmawiałem. Innym razem przy- szła mama chłopca i usłyszałem od niej: „z panem to się da porozmawiać”. To zna- czy, że z resztą lekarzy się nie da? – Czy może pan opisać sytuację z pań- skiej kariery, która najbardziej ukształ- towała pana jako chirurga? – Takich zdarzeń było mnóstwo. Na początku kształtują nas najprostsze zdarzenia, najłatwiejsze czynności, któ- re potem stają się rutyną. Wydaje mi się, że większe znaczenie dla kształtowania chirurga mają nie pojedyncze zdarzenia, ale ich okoliczności oraz ludzie, na których trafiamy. Mnie na pewno uformowali moi koledzy i moi szefowie. Miałem do nich szczęście. Na przykład dr Andrzej Rychle- wicz – mój mistrz chirurgii. Dziś, choć już zmarł, nadal stawiam go sobie jako przy- kład lekarza, szefa i dobrego człowieka. – To faktycznie miał pan szczęście, bo wielu młodych chirurgów ma pro- blemz szefem, nawet jeśli jest mistrzem w zawodzie... – W książce pt. „Skalpel ma dwa ostrza” napisano, że w klinice we Lwowie szef nie wchodził na salę operacyjną, żeby swoją obecnością nie denerwować operatora. No to ja dziękuję za takiego szefa. Jak ope- rowałem, a wchodził szef – dr Rychlewicz albo jego zastępca, to ja miałem poło- wę ciężaru z pleców. Wiedziałem, że jak poproszę szefa, żeby mi pomógł, to on mi pomoże. Często zza pleców słyszałem jego spokojny i bardzo potrzebny głos. – Czy miał pan moment zwątpienia w swoje umiejętności albo bał się pan jakiegoś zabiegu? – Nie zdarzyła mi się sytuacja, kiedy cał- kowicie nie wiedziałbym, co zrobić. Nie pracowałem w wielkiej klinice, więc nie miałem do czynienia z wyjątkowo trud- nymi operacjami. Pamiętam jednak ope- rację pacjentki, którą przywieziono do nas po samookaleczeniu z trzema niewielkimi ranami kłutymi brzucha. Ponieważ była w dobrym stanie, zadzwoniłem od razu po kolegę, który miał mi asystować. I nagle z rentgena dzwonią, że pacjent- ka ma kawałek noża w brzuchu. Okazało się, że cały nóż jest w brzuchu, dokładnie 30 centymetrów ostrza. Wbite miedzy krę- gi kręgosłupa. Do dziś pamiętammoment jego wyciągnięcia. Bałem się, że jeśli on końcem tkwi w aorcie albo zahacza o żyłę główną dolną, to spowoduję masyw- ny krwotok. W naczyniówce miałem doświadczenie niewielkie, tyle co na stu- diach i na stażach. W szpitalu powiato- wym zdani byliśmy więc tylko na siebie. Cud, że gdy wyjąłemnóż, nic nie krwawiło. Zresztą ten nóż mam do tej pory w domu. Na pamiątkę tamtego strachu. – Czy chirurdzy w powiatowym szpita- lu czekają na spektakularne operacje – takie, które rozsławią ichw środowisku? – Osobiście ceniłem sobie, gdy w pracy mogłem się nudzić. Może ominęły mnie wielkie operacje, ale uważam że w naszym zawodzie satysfakcję można mieć w każ- dej formie. My chirurdzy powiatowi umie- my bardzo dobrze robić zabiegi codzien- ne. Gdybymmiał przepuklinę, nie poszedł- bym do kliniki, tylko do takich chirurgów powiatowych, bo każdy z nas takich prze- puklin zrobił przynajmniej 300. – Dla młodych to jednak szpitalna nuda. A pan uważa, że zoperowanie wyrostka robaczkowego dla młodego chirurga jest jak przekroczenie progu wtajemniczenia. – Bo uczenie młodych kolegów zaczyna się od szycia ran na izbie przyjęć, potem wycina się zmiany na skórze. Wreszcie przychodzi moment, że zapada decyzja, aby adeptowi chirurgii pozwolić otwo- rzyć brzuch. Najczęstszym i najprostszym zabiegiem wtedy jest operacja wyrostka. Dla początkującego jednak jest jak chrzest
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5