ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach lipiec 2024 nr 311
Pro Medico lipiec/sierpień 2024 19 Fot. A. Nagórska bojowy. Do dziś pamiętam mój pierwszy wyrostek. – Jaki ma pan sposób na przekazywa- nie pacjentom i ich rodzinom tych naj- gorszych informacji? – Nie ma cudownego jednego sposobu. Nas na studiach nie uczono tego. Tam, gdzie pracowałem, o stanie pacjenta infor- mowali najbardziej doświadczeni, najczę- ściej szef. To z ich gabinetu wychodziły zapłakane rodziny. Później sam musiałem to robić. Wiem, że najtrudniejsze infor- macje należy rodzinie przekazać spokoj- nie, z empatią, na siedząco, rozmawiając w cztery oczy, w zamkniętej przestrzeni własnego gabinetu. Nawet jednak po kil- kudziesięciu zgonach nie można przyzwy- czaić się do śmierci pacjenta. Nigdy dla mnie nie stało się to rutyną, zawsze prze- żywam. – Osobiście pan już oswoił śmierć? – Wiem, że to naturalna kolej rzeczy. Moich zmarłych w domu rodziców też sam myłem i ubierałem. Dałem radę, bo w szpi- talu oswoiłem się ze śmiercią. Jestem wie- rzącym w Boga, więc śmierci się nie boję. Jedynie obawiam się cierpienia i to głów- nie psychicznego. Na przykład uwięzienia w łóżku, nieustannych reoperacji, obcina- nia kończyn itp. – A skoro mowa o Bogu, napisał pan, że często ma wręcz pewność, że to Bóg kieruje pańską ręką i myślami pod- czas operacji. Czy taka świadomość pomaga? Komu bardziej: lekarzowi czy pacjentowi? – Mnie na pewno pomaga. Skoro Stwór- ca dał mi talent, to wierzę, że pomoże mi wykorzystać go odpowiednio. Naj- ważniejsze jednak jest nie to, co chirurg ma z tego, tylko co ma pacjent. Ja to rozu- miem tak, że jako katolik i lekarz jestem zobowiązany do tego, aby każdego pacjen- ta traktować tak, jakby w nim było trochę Boga. My katolicy w to wierzymy. Gdybym nawet był niewierzącym pacjentem, chciał- bym trafić na lekarza, który we mnie widzi Boga. Byłbym spokojniejszy. – A jak to jest z cudami? Napisał pan, że był świadkiem dwóch cudów. Naprawdę? – Rzeczywiście byłem świadkiem dwóch niewyjaśnianych zdarzeń. Jedno wyda- rzyło się pani, która miała pięć ultrasono- grafii i za każdym razem badanie poka- zywało kamienie w woreczku żółciowym i to wielkości półtora centymetrów. I nagle zniknęły. To się nie zdarza. Podejrzewano, że mogły wpaść do przewodu, ale nie tak duże. Mogły przemieścić się do przetoki pęcherzykowo-jelitowej, ale przecież nie było żadnego stanu zapalnego. Było – nie ma. Cud? Drugi raz w najbliższej rodzinie miałem dziecko z silną alergią skórną, uczulone na każde białko. Po spotkaniu z papie- żem na lotnisku w Gliwicach całkowicie wyzdrowiało. Alergia nagle całkiem ode- szła i już nie wróciła. – Pracuje pan w kilkunastu miejscach. Jednak uciekł pan z sali operacyjnej? – Uciekłem, choć nie całkiem. Na począt- ku brakowało mi atmosfery sali operacyj- nej i dobrze mi znanego stresu chirurga. Po 25 latach pracy przy stole i ciągłych dyżurach, miałem już jednak dość. Teraz dużo jeżdżę operując laserowo żylaki i laparoskopowo przepukliny. – Gdyby miał pan napisać list do leka- rza właśnie rozpoczynającego karierę chirurga, co by pan w nim zawarł? – Byłby to trudny list, nie ma co ukrywać. Trudno mi dziś namawiać młodych lekarzy do tego, żeby bezwarunkowo poświęca- li się pracy chirurga. Głównie z powodu oczekiwań od zabiegowców nieomylności i idących za tym konsekwencji prawnych. W książce pt. „Metoda czarnej skrzynki” autor porównał dwa zawody ludzi z wiel- kim ego – pilotów samolotów pasażer- skich i właśnie chirurgów. W samolotach, gdy cokolwiek nie zadziała, piloci z czy- stym sumieniem raportują swoje porażki, bo wiedzą, że ta informacja uratuje życie innym i zwiększy bezpieczeństwo. A chi- rurg? Powiedziałby samolubnie – gdyby nie ja... No i do tego czekający na potknię- cie lekarza prokurator. To dziś przeraża każ- dego chirurga. – Napisałby pan w tym liście: chłopie daj sobie spokój? – Aż tak, to może nie. Napisałbym im, żeby, gdy zostaną doświadczonymi leka- rzami, może szefami, byli otwarci, pozba- wieni zazdrości, lęków i wspierający innych lekarzy, zwłaszcza zdobywających dopiero umiejętności chirurga. Takim był wspo- mniany już mój szef i mistrz dr Andrzej Rychlewicz. Takich otwartych na świat chi- rurgów najbardziej mi dziś brakuje. Rozmawiali: Alicja van der Coghen i Piotr Biernat Dr Lech Mucha
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5