ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach lipiec 2024 nr 311

Pro Medico lipiec/sierpień 2024 24 Piętnaście. W tej poradni była pierwszy raz sześć lat temu. Zawsze musi być czuj- na. Rozgląda się po korytarzu i wyciąga z torebki długopis. Woli przynieść wła- sny. Przychodzi z córką. Wysoka, szczupła blondynka. Ma smutne oczy. To ona chce ją okraść. Otruć. Wykończyć. Gdy mat- ka podchodzi do rejestracji, ścisza głos. Mówi, że córka nie może się dowiedzieć, o co chodzi. Na dobrą sprawę dowiedzą się wszyscy pacjenci, siedzący w pocze- kalni. Teresa Jagiełło strasznie krzyczy. Tego dnia była w gabinecie pierwszy raz. Przychodnię otwarto jakieś dwa lata temu. Tego Teresie nie warto mówić. Strasznie denerwuje się na wieść o tym, że coś pomyliła, że czegoś nie pamięta, że czegoś nie wie. Osiem na prawej. Trzy na lewej. „Niech Pani wyciągnie. Proszę wyciągnąć. Naprawdę. Nalegam. Pani ma lepszy wzrok i smukłe palce.” Stefan Wyżgoł podtyka portfel pod nos rejestrator- ki. W portfelu kilka przegródek. Trochę monet. Tysiąc złotych w gotówce. Malut- kie, czarno-białe zdjęcie jakiejś kobiety. I drugie. Na nim młody mężczyzna. Teraz stoi obok Stefana. To jego syn. Rejestra- torka niepewnie wyciąga trzy banknoty z najszerszej przegródki. „Dziś dwieście pięćdziesiąt. Wydaję pięćdziesiąt. Proszę zobaczyć.” Lidka Kolibka, rejestratorka, podnosi papierek, pokazuje go Stefanowi i mężczyźnie za nim. Stresuje się. Stefan przewraca oczami. „I tak się nie doliczę. Łon – kiwa głową w stronę młodego męż- czyzny – łon mnie okrada łod lat.” Syn Stefana ciężko wzdycha. Ma łzy w oczach. Bierze ojca pod rękę. Jedna, ale bardzo wypukła, u lewej ręki. Prawej nie widać – gips i temblak. „Śle- dzi mnie ruska mafia. To jej agentka. Ona zabiera mnie do różnych lekarzy. Każdy chce coś wszczepić, przeszczepić. Chce zmusić mnie do zeznań. Oni tu pobiorą mi narządy. Uciekaj stąd.” Jureczek. Pan Jureczek, Lidzi sąsiad. Jeszcze z piętnaście lat temu wchodził na wielką jabłoń przed swoim domem. Zrywał owoce i rzucał je w stronę fikuśnie ubranych panienek. Kawalarz. Teraz Pan Jureczek Potocki sie- dzi z gipsem na krześle. Poślizgnął się pod prysznicem. „Czy mogę podpisać się za męża?” pyta jego żona, Hanecz- ka. „Ty, babo, podpisujesz mi papiery na wywóz do lagra” krzyczy Jureczek. „No skoro Pan Jerzy ma na sobie gips, proszę wpisać za niego parafkę” odpowiada reje- stratorka. „I bez gipsu dziecko. On nie wie, jak się podpisać. On nie wie już, kim jest” mówi Haneczka. Lidka Kolibka potrafi się kamuflować. Robi to dyskretnie, robi to tak, że nikt nie widzi. Kiedy łzy napływają jej do oczu, odwra- ca się na obrotowym krześle i zaczyna wertować kartoteki w dużej szufladzie. Niekiedy rusza z nimi w stronę koryta- rza. Porzuca je prędko na biurku lekarza WAKACYJNE CZYTADŁO Marta Kot Urodzonaw2001roku.MieszkawTarnowskich Górach.Studiujedziennikarstwo ikomunikację społecznąnaUniwersytecieWrocławskim. Debiutowałaopowiadaniemwmiesięczniku literackim„Twórczość”.Jest laureatkąwielu ogólnopolskichkonkursów literackich. Staławspółpracowniczka„ProMedico”. Lidka Kolibka przegryza cytrynę tylko w środy i wchodzi do dyżurki. Wyciera krople z kącików i przegryza plasterek cytryny. Tak jest łatwiej. Kwaśny smak spływa jej po gardle i trawi gulę. Tak to sobie Lidka tłumaczy. Później wraca za biurko i nigdy nie patrzy pacjentom w oczy. Ma sposób – liczy zmarszczki i wystające żyły na dło- niach. Oni zawsze podpierają się właśnie na nich. Trzy widoczne żyły na lewej dło- ni, siedem pionowych bruzdek na prawej. Byle nie spoglądać w otoczone zmarszcz- kami oczy. Geriatra Bardzki przyjmuje tylko w środy. Tylko w środy Lidka Kolibka przegryza żółty owoc. Pacjenci są nieznośni. Pacjenci mają strasznie ponure miny i ciągle mło- de oczy. Tak myśli sobie Lidzia, żeby było choć trochę łatwiej. Bo ciągle jej żal tych spowolnionych kroków i ciągle jej przy- kro, gdy dostrzega łzy u dzieci pacjentów. I chciałaby, by doktor Bardzki wynalazł w końcu lek na starość. Bo Lidkę ciągle rozczula szorstkość siwizny. Grafika: Karolina Dąbrowska

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5