ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach listopad 2022 nr 294
21 Pro Medico • listopad 2022 – Panie profesorze, kiedy pan poczuł, że nie chce być zwyczajnym lekarzem tylko naukowcem, który sięgnie po naj- większe laurywnauce omedycynie? – Oczywiście nie planowałem, że sięgnę po te – jak pan powiedział – laury i sukcesy, ale już na drugim roku medycyny zoriento- wałem się, że nie będę zwykłym lekarzem, który leczy ludzi. Wówczas poznałem bio- chemię i wiedziałem, że to będzie moją ścieżką życiową. Wspaniałe podręczniki biochemii, których dziś już niema, otworzy- ły dla mnie zupełnie nowy, nieznany świat, którymnie pochłonął. – Co może być wspanialszego niż możli- wość leczenia ludzi? – Cudowna harmonia w biochemii, szla- ki biochemiczne, szlaki przekazywania bodźców i współpracy genów ze sobą. To było jak w historii nauki, kiedy stworzo- no pierwszy teleskop albo mikroskop i ten, kto go stworzył, spojrzał i otworzył się przed nim całkiem nowy świat. Tak samo i mnie urzekło piękno i hierarchia szklaków bio- chemicznych. Zrozumiałem, jak ważna jest wiedza o komórkach, wręcz fundamental- na dla medycyny i pozwalająca na lecze- nie ludzi na innym poziomie niż pojedyn- czego pacjenta w lekarskim gabinecie. My, naukowcy, jesteśmy w stanie pomóc wielu ludziom, całym populacjom, w tym samym czasie i to na różnych kontynen- tach, opracowując nowe sposoby leczenia, odkrywając leki i przyczyny chorób. Czyż to niewspaniałe! Kiedy o tymmyślę, siedząc w moim laboratorium, to czuję, jakbym dotykał jądra medycyny. Choć nie noszę lekarskiego stetoskopu i nie badam osobi- ście żadnego pacjenta, to przecież mam, i to niemały, wpływ na zdrowie i terapię wielu ludzi. – Z wielu pańskich publikacji, uznawa- nych za wybitne w medycynie, to które z odkryć i prac uważa pan za najistot- niejsze i z których jest pan szczególnie dumny? – Moja dziedzina jest trochę niszowa i może przez to mało spektakularna, ale mimo to myślę, że bardzo ważna. Odkryli- śmy regulacyjną rolę, jaką odgrywa oklu- dyna w perycytach w mózgu na przebieg zakażenia wirusemHIV. Dumny jestem też z odkryć śródbłonko- wych patomechanizmów działania białka Tat, produkowanego przez komórki zaka- żone wirusem HIV, połączonej toksyczności białka Tat i narkotyków na układ naczynio- wy mózgu, naczyniowej i jelitowej toksycz- ności polichlorowanych bifenoli. – Tomożemieć znaczeniewpraktycznej medycynie? – Jak najbardziej. Stosowane leczenie nie wpływało na perycyty w mózgu zarażone wirusem HIV. Po prostu do mózgu dotych- czasowe leki nie docierały. Dlatego leczenie zarówno zakażeń wirusem HIV, jak i innych chorób mózgowych, było mało skutecz- ne. To powodowało, że wirusy w mózgu mogły przetrwać długo i wciąż się odna- wiać. To samo z wirusem SARS-CoV2. On też powoduje neuroinfekcje i pacjent traci węch, smak, pamięć. Krótko mówiąc, zba- daliśmy mechanizmy, które otworzyły bra- mę do wynalezienia skutecznych leków na chorobymózgu zarażonego wirusami. – Czytając pańską biografię naukową, wszystkowydaje się takieproste, rozwija się jak po sznurku. Ale na pewno tak nie było. Kiedy wylądował pan na uniwersy- tecie w Kentucky w 1991 roku, co było najtrudniejsze? – Przyzwyczaić się do życia emigranta. Ono nigdzie nie jest proste. Jeśli w laboratorium koledzy naukowcy przyjęli mnie przyjaźnie, to w codziennych kontaktach z ludźmi już tak łatwo nie było. Musiałem nauczyć się innego myślenia, innej kultury, no i tak pro- zaicznych spraw, jak posługiwanie się karta- mi bankowymi, których wtedy w Polsce nie było. – A właściwie to dlaczego pan profesor wyjechał? – Może tośmieszne, alezpowodukrólików. Myśmywtedyprowadzili badanianadmiaż- dżycą, używając bardzo niefizjologicznego modelu – królików żywionych dietą bogato lipidową.WPolsce nie było lepszegomode- lu, a przecież wiadomo, że króliki nie żywią się mięsem i białkiem. Dlatego nie potrafili- śmy precyzyjnie wyjaśnić, czy zmiany miaż- dżycowe to bezpośredni skutek wpływu diety na naczynia, czy też diety na wątrobę i potem uszkodzonej wątroby na naczynia. Jeśli w grę wchodziłby ten drugi wariant, to nasze badania na źle żywionych króli- kach nie miały sensu. Czułem, że utknąłem w moich badaniach, bo w Polsce nie było szans na prowadzenie badań na wówczas nowym modelu – hodowli komórek śród- błonka. U nas hodowla komórkowa była w powijakach, więc jedyną szansą na roz- wój i dokończenie tych badań była emigra- cja.WUSA były najlepszemożliwości. – W Polsce naukowcy narzekają na bariery, brak pieniędzy, grantów, wsparcia, no i na zazdrość i zawiść środo- wiska. AwUSA tego niema? – Jest dokładnie to samo. Tylko łatwiej jest obejść te bariery. Prościej jest dostać pra- cę w innym uniwersytecie, przenieść się wbardziej sprzyjające warunki. Ale powiem panu, że zazdrość i zawiść jest zjawiskiem międzynarodowym. – Co trzeba mieć w sobie, jaką siłę, żeby to przetrwać i dojść tak daleko, jak pan profesor w świecie nauki omedycynie? – Głupio mi powiedzieć, bo to banały. Ale trzebabyćpracowitym,mądrym, inteligent- nym i mieć szczęście znaleźć się w odpo- wiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Ważne jest mieć kogoś, kto będzie wspierał na początku. No i nie zrażać się krytyką, któ- ra nie powinna niszczyć, a być motywacją do polepszania swego warsztatu nauko- wego. – Kiedy w październiku odbierał pan tytuł doktora honoris causa Śląskiego Uniwersytetu Medycznego trudno było panu ukryć wzruszenie. Żałuje pan, że jednak tu nie został? – Nie, nie to nie o to chodziło. Wzruszy- łem się faktycznie, stojąc w progach mojej macierzystej uczelni, gdzie uczyłem się podstaw medycyny. Mogłem w swoim wykładzie powiedzieć o rodzinie, po śląsku o religii i o wciąż ważnym dla mnie tym regionie. Tak naprawdę bowiem ja stąd mentalnie nie wyjechałem i wciąż jestem w 100 procentach Ślązakiem. – Czyli w sumie to dobrze, że nie został pan praktykującym lekarzem? – Tak, chociażmój tata był lekarzemrodzin- nym i gdy robił doktorat, to razemz nimcałe dnie spędzałem w laboratorium medycz- nym. Teraz moja córka jest praktykującym pediatrą. Można powiedzieć, że medycy- nę mamy w genach. Ale nie odpowiadał mi szpital jako miejsce pracy, nie godziłem się na hierarchiczne relacje między pacjen- tami a lekarzami. Także koszmarne – jak na ówczesne lata – stosunki między leka- rzami. Wolałem zamienić je na bardziej demokratyczne, jakie panują w środowisku naukowym. I dziś absolutnie tegonie żałuję. – A jeśli ktoś, jak pan na studiach medycznych, nagle odkryje w sobie powołanie naukowca, to co pan by mu dziś powiedział ze swojej obecnej per- spektywy – sławy amerykańskiej i świa- towej medycyny? – Powiedziałbym, żeby robić to, co się kocha, w czym jest się dobrym i realizo- wać marzenia. Nie ma co zwracać uwagę ani na przeciwników, ani zawistników, ani tym bardziej na stronę materialną. Powiem coś, co jest mało popularne, ale na swoim przykładzie wiem, że nie należy zarobków i spraw materialnych przekładać nad swo- je ambicje. Chociaż w USA lekarze należą do grona najlepiej zarabiających, to gdy wylądowałem w Ameryce z żoną i dwój- ką dzieci, przez dziesięć lat byłem biedny. Nawet biedniejszy niżwPolsce, choć pensję miałem większą, to warunki życia czyniły mnie uboższym. I dwadzieścia lat czekałem, aż osiągnąłem dostatni komfort życia. Teraz żyjąc w Miami na Florydzie, pracując jako profesor na Wydziale Medycznym w Kate- drze Biochemii i Biologii Molekularnej tam- tejszego uniwersytetu, który jest jednym z najlepszych w Stanach Zjednoczonych, jestem spełniony zawodowo, naukowo i materialnie również. Dlatego śmiem twier- dzić, że jak ktoś jest uparty, dobry w tym co lubi i robi, to sukces finansowy też przyj- dzie. Ale pieniądze nie mogą od początku zaślepiać i stać się głównym celem.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5