ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach listopad 2024 nr 314

Pro Medico listopad 2024 10 Moje spotkania z medycyną Muszę przyznać, że w tej kwestii miałam szczęście. W większości przypadków, kiedy to było konieczne, trafiałam na lekarzy z prawdziwą charyzmą i powołaniem. Agnieszka Wojda Pedagog,tutor,trener kompetencjispołeczno-emocjonalnych, córka lekarza Ale od początku. Urodziłam się w domu, w którym głową rodziny był Tata – lekarz. Dla mnie, jako małej dziewczynki, był kimś w rodzaju Alchemika. Czułam, jakby posiadał jakąś magiczną wiedzę i tajemne umiejętności, za pomocą któ- rych przywracał ludziom zdrowie. Gdy chorowałam i ciało rozpalała gorączka, przychodził do mnie, zbliżał swoje czoło do mojego i mówił, że zabiera ode mnie chorobę. Potem poruszał energicznie głową tłumacząc, że wytrząsa z siebie zabrane ode mnie zarazki. Wierzyłammu. I wracałam do zdrowia. Dopiero wiele lat później, na zajęciach z psychologii, dowiedziałam się, że to, co robił wtedy mój ojciec, miało swoją nazwę i swój głęboki sens. Otóż mój Tata, zapewne nie zdając sobie wtedy z tego sprawy, stosował metodę wizualizacji i wykorzystywał potęgę mojej podświa- domości. Teraz wiemy już doskonale, że wiara w odzyskanie zdrowia ma kolo- salne znaczenie dla mobilizacji sił wital- nych. Dlatego – szacun – Tatuś. I wielkie dzięki. Gdy ja sama zostałam rodzicem, w ten sam sposób „zabierałam choro- bę” od moich synów. Zawsze działało. I widziałam w tych dziecięcych oczkach tę samą wiarę we mnie jako Alchemika, z jaką ja kiedyś patrzyłam na Ciebie. Pamiętam też Wielki Spokój, który bił odTaty, kiedy byłamchora. Patrząc na nie- go i ja byłam spokojna o to, że będzie dobrze. Nie strzelał z armaty do muchy – zanim podał jakikolwiek lek, wykorzy- stywał wszelkie inne metody leczenia dziecięcych infekcji. W takich sytuacjach bezapelacyjnie rządziła herbata z sokiem malinowym (pyyychaa!) orazmleko zmio- dem i czosnkiem (bleee...). Kiedy Tata się- gał już po lekarstwo, wiedziałam, że uznał to za konieczność. Takie „stopniowanie leczenia” zostało ze mną do dziś. Gdy byłam już studentką, a potem doro- słą kobietą mieszkającą z dala od domu, wkroczyłam w świat służby zdrowia niezależnej od rodzicielskiego wspar- cia. Musiałam wybrać swojego lekarza rodzinnego, swojego stomatologa, gine- kologa itd. Jako mama dwójki dzieci również doświadczyłam wielu kontak- tów z lekarzami różnych specjalizacji. Co zostało w pamięci z tych wspólnych spotkań? Na pierwszy plan wysuwa się refleksja, że, tak jak w każdym innym zawodzie, są tam zarówno ludzie, którzy „czują” swoją pracę sercem, jak i ci, którzy wykonują ją w sposób rzemieślniczy. Tych z serduchem rozpoznawałam od razu. Dawali, podobnie jak w dzieciństwie Tata, odczucie bezpieczeństwa, spokoju i pro- fesjonalizmu. Charakteryzowało ich cie- pło i wewnętrzna radość, a nierzadko też fantastyczne poczucie humoru! Od razu przypomina mi się ortopeda w przychodni POZ, do którego poszłam na zdjęcie gipsu z pogruchotanej uprzed- nio ręki. Zapytałam o możliwość jak naj- szybszej rehabilitacji, choć i on, i ja wie- dzieliśmy, że nawet na cito „państwowe” zabiegi będą możliwe za co najmniej kilka miesięcy. Lekarz spojrzał na mnie i... zaczął śpiewać! W gabinecie rozległ się refren piosenki Perfectu: „niewiele Ci mogę daaać, niewiele Ci mogę dać, bo sam niewiele maaaam!”. Nastąpiła chwila ciszy, po której oboje wybuchnę- liśmy śmiechem. Pomimo niekoniecznie pozytywnej wiadomości, była to z pew- nością jedna z moich najweselszychwizyt lekarskich. Czy zdarzały mi się trudne i przykre spo- tkania z ochroną zdrowia w tle? Takie, po których człowiek chce zapomnieć, że kiedykolwiek był w jakimś gabinecie lekarskim czy szpitalu? Oczywiście, że tak. Na szczęście dla mnie tych pozytywnych było dużo więcej. Często też zdarzało się, że te skrajne doświadczenia przychodzi- ły jedno po drugim. Zupełnie tak, jakby życie cały czas czuwało nad tym, bym nie zwątpiła, że dobro zawsze zwycięża. Wspomniana przeze mnie połamana ręka – efekt chwili nieuwagi na lodowisku w pierwszy dzień ferii zimowych. W pla- nach – aktywne dwa tygodnie – siłownia, basen, bieganie. Zamiast tego, potworny ból zderzenia z lodem, ciemność przed oczami, no i SOR. Po 7 godzinach cze- kania wezwano mnie na RTG. Weszłam do kabiny. Damski głos zza ściany pole- cił, że mam się rozebrać. W innej sytuacji stałabym goła i wesoła po 20 sekundach, ale wtedy, zamroczona przeszywającym bólem, nie byłam w stanie niczego z sie- bie zdjąć. Bolała mnie każda najmniej- sza kość w moim ciele. Pokuśtykałam w głąb pracowni i wyszeptałam prośbę o pomoc. Pani technik spojrzała na mnie pogardliwie i syknęła: „gdybym każdej osobie po wypadku pomagała się roze- brać, to bym z pracy nie wyszła”. I odwró- Czy zdarzały mi się trudne i przykre spotkania z ochroną zdrowia w tle? Takie, po których człowiek chce zapomnieć, że kiedykolwiek był w jakimś gabinecie lekarskim czy szpitalu? Oczywiście, że tak.

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5