ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach listopad 2024 nr 314
Pro Medico listopad 2024 14 Jacek Skorek Dziennikarz, ratownikmedyczny Iryna Jazowa przyjechała do Polski na początku wojny w Ukrainie. Choć słowo „przyjechała” nie jest namiejscu. Cudemuszła z życiempomasakrzewBuczy, gdziemieszkała i pracowaławpodkijowskim szpitalu. Kiedy weszli Rosjanie – opatrywała rannych, przyjmowała porody, udzielała pomocy poszkodowanym. Była jedną lekarką na cały, odcięty obszar. Pewnego dnia jej mąż nie wytrzymał i zmusił ją dowyjazdu.WPolsce zostali niejako przypadkiem. Po prostu na Śląsku zepsuło imsię auto. Doktor Iryna zostaje w Polsce Iryna Jazowa u siebie, w Ukrainie, była kierownikiem SOR-u, jest specjalistą cho- rób wewnętrznych, była w trakcie specja- lizacji z nefrologii. I bardzo chciała praco- wać w szpitalu. Choćby jako salowa. – Najpierw poszłam szukać pracy w „jedyn- ce” w Sosnowcu, bo niedaleko szpitala znalazłam mieszkanie. Ale wtedy jeszcze po polsku mówiłam słabo i pani w sekreta- riacie niezbyt chętnie ze mną rozmawiała. Na malutkiej kartce napisałam jej numer telefonu. Powiedziała, że oddzwonią. Ale się nie doczekałam. Powiedziała przyjaciółce, że szuka dowol- nej pracy w branży. – Mogę robić jako sanitariuszka, nawet salowa, byle być w szpitalu i uczyć się języ- ka „branżowego”. Pomogła mi napisać CV i mówi – jedziemy do wojewódzkiego. Przyjechałyśmy, patrzę na ten wielki szpi- tal i mówię – co ty, żartujesz? Taki szpital? Co ja tam będę robić? Chcesz sprzątać, to będziesz sprzątać. Ale najpierw idziemy do sekretariatu, żeby cię wzięli jako asy- stenta lekarza – wspomina Iryna. – Po pro- stu poszłyśmy tam, złożyłam CV, Edytka powiedziała, żeby szybko nam dały odpo- wiedź – tak czy nie. I poszłyśmy na kawę. Właściwie nie liczyłam na odpowiedź. A tu po pół godzinie telefon – zapraszamy. To było w środę. A w piątek już pracowa- łam. Trafiła na SOR w „Barbarze”, kierowany wtedy przez dr. Jacka Dutkiewicza. – W Ukrainie byłam kierownikiem SOR-u, ale to nie ma wiele wspólnego z polskim SOR-em. U nas to taka izba przyjęć z poko- jem zabiegowym. Dopiero w sosnowieckim szpitalu zobaczyłam prawdziwe warunki pracy – mówi Iryna. – Daliśmy jej dostęp do innowacyjnych systemów medycznych, współpraco- wała z trauma teamem, przeszła szko- lenie z zakresu anestezjologii, chirurgii. To wszystko było bardzo daleko od tego, co znała w Ukrainie. Na początku siedziała z polskimi lekarzami, którzy jej pokazywa- li, jak działa w Polsce oddział ratunkowy, a potem „zaskoczyła” i okazała się świetną specjalistką – wspomina dr Jacek Dut- kiewicz, ówczesny szef SOR-u w Woje- wódzkim Szpitalu Specjalistycznym nr 5 w Sosnowcu. Początek wojny w Ukrainie był okresem, kiedy można było na podstawie dyplomu i udokumentowanego doświadczenia otrzymać zgodę na warunkowe wykony- wanie zawodu bez języka polskiego. Ale Iryna cały czas szlifowała nowy język. – Szybko się dostosowałam dzięki dokto- rowi Dutkiewiczowi, który ciągle na mnie krzyczał, żebym się uczyła po polsku, mówiła po polsku. Był bardzo wymagający, ale wiem, że chciał dla mnie dobrze. Stąd zapadł mi w pamięć „komputer”. Pewnego dnia weszłam do gabinetu szefa i mówię – ten kompjuter nie działa. A on mi na to – mów po polsku. Myślę – jak po polsku jest „nie działa”? Nie czynnyj? Nie pracuje? Nie chodzi? Nie wiem! No nie działa! A ten się śmieje i mówi – no nie działa, ale co nie działa? No kompjuter. Nie ma takiego sło- wa. Jak nie ma? Jest kompjuter. Nie ma. Idź się polskiego uczyć. Pamiętam to do dziś. Trzeba było powiedzieć „komputer”. Na początku też nie mogłam pracować z pacjentami bez nadzoru, bo jeszcze nie potrafiłam po polsku. Mogłam przecież powiedzieć do pacjenta – „proszę poruchać ręką” – czyli po naszemu poruszać – śmieje się Iryna. Polscy lekarze przyjęli ją bardzo dobrze. Choć jak wspomina – kilka lat temu było inaczej. Teraz się zmienia nastawienie Polaków. Nie tylko lekarzy, ale społeczeń- stwa. – Na początku, kiedy pacjenci słyszeli wschodni akcent, to mówili, że nie chcą lekarza z Ukrainy. Okazało się, że nie omnie chodziło, tylko o inną lekarkę, która słabo mówiła po polsku. Poza tympacjenci są dla mnie bardzo mili. Jeden mnie zapytał – czy pani jest ze Śląska? Słychać, że ma pani obcy akcent, to pewnie jest pani ze Śląska. Ale na pewno nie z Ukrainy. A do tego, z racji faktu, że nie wyglądam na swój wiek – jeden pacjent powiedział, że nie chce, żeby go leczyła stażystka. Dopiero jak mnie zobaczył na obchodzie, zapytał – kiedy pani skończyła studia? W 2005 roku. Był zaskoczony. Teraz przed nią wielki stres – nostryfika- cja. Medycyna ta sama, ale język inny. – Zdałam egzamin językowy w izbie lekar- skiej. Teraz przede mną jest nostryfikacja, której boję się jak ognia. Z nerwów już nie wytrzymuję. Jak się mówi, że jest pięć etapów adaptacji za granicą, to ja mam chyba już szósty. To wielki stres, bo trzeba zapłacić 5000 złotych, a gwarancji, że się zda – nie ma. Jest jedno podejście. Mam dużo znajomych, którzy już po cztery razy podchodzili i nie zdali. Jak zaliczę – będę miała pełne prawo wykonywania zawo- du i zostanę znów starszym asystentem
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5