ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach listopad 2024 nr 314

Pro Medico listopad 2024 15 lekarza. Jak zdam oczywiście. Warunkowe prawo wykonywania zawodu mam jeszcze dwa lata. Jak się nie uda, to trzeba będzie wracać do domu. Albo do fabryki iść praco- wać – śmieje się Iryna. Ale pod tym uśmiechem kryje trau- matyczne wspomnienia sprzed ponad dwóch lat. Kiedy zamyka oczy, wciąż widzi masakrę w swojej rodzinnej Buczy. Wszystko wraca jak w strasznym filmie. – 23 lutego jeszcze byłam na dyżurze i w ogóle nie mówiło się o wojnie. W ogóle o tym nie myślałam. 24-go sąsiadka przy- szła do mnie do mieszkania, mówi – wiesz co, chyba zaczęła się wojna. Ja mówię – skąd? Jaka wojna? Ja po dyżurze jestem, muszę się wyspać, bo jutro idę znów na dyżur. Nie zawracaj mi tu głowy. W ogó- le jeżeli jest wojna, to jest wojnamiędzy żoł- nierzami. Co nas to dotyczy? Dobra, jestem lekarzem, będę pracowała, bo będzie dużo rannych i będzie dużo pracy. Ale o tym, że to pójdzie w takim kierunku nikt nie myślał – opowiada. Następnego dnia się zaczęło... – 24-go już rakiety latały. Wszystkie żeśmy wstały w nocy. Ale ja nie chciałam nigdy wyjechać i powiedziałammężowi, że zosta- jemy tu, bo przecież muszę być w pracy i nigdzie nie pojadę, bo muszę być w szpita- lu. Muszę i będę. Nie rozumiałam do końca co się dzieje. Dwudziestego czwartego jesz- cze byłam na wizytach domowych. Jedna z nich była niedaleko lotniska. A tam już wszystko latało. Ale myślę – no co? Lotnisko wojskowe? To muszą latać. Wypisuję doku- menty, a tu mąż dzwoni i mówi, że mam natychmiast wracać do domu. Ja mu na to, żeby nie zawracał głowy, bo pacjentka jest w ciężkim stanie i muszę ją namówić na hospitalizację. Wreszcie wyszłam, nad nami samoloty, rakiety, rozbity bombą prze- jazdkolejowy.Niedasięprzejechać,drogijuż nie było. Nie miałam jak dojechać do szpita- la. No i wyszło tak, że zostałam zamknięta namojej ulicy – wspomina Iryna. Nikt by wtedy nie przypuszczał, że taka nieważna ulica, z dala od centrum, póź- niej zyska miano Drogi Śmierci... 9 marca mąż wręcz zmusił ją do wyjazdu. – Albo wsiadasz sama do auta, albo ja cię tamwepchnę – powiedział. – No i zapakowaliśmy się w samochód. Ja, mój mąż, troje dzieci, kot, pies. Jeszcze wzięliśmy dziewczynki z pierwszej klatki ze sobą. No i hej! Wyjeżdżamy. A tu blo- kady na drogach. Nigdzie nie pojedziecie – mówią żołnierze. Próbujemy innej drogi. I kolejnej. Wraki samochodów, ciała, krew. I blokady. Kiedy nas nie puszczali – grzecz- nie zawracaliśmy. Zero agresji z naszej strony. Dlaczego? Bo widzieliśmy, jak na blokadzie z samochodu wyszła kobieta z dzieckiem na rękach. Krzyczała na żoł- nierzy. Kazali jej wrócić do auta. Kiedy się odwróciła, dostała serię w plecy. Ostrze- lali całe auto. Było w nim pełno dzieci. Na samochodzie były wielkie napisy „dzie- ci”. Nie interesowało ich to. Chciałam wró- cić do domu. Do naszego mieszkania. Mąż jednak powiedział, że nigdzie nie wracamy. Nie po tym, co widzieliśmy. Jechaliśmy „Drogą Śmierci”. Założyłam koc na głowę i krzyczałam. Straszne to było. Ale po Pawle w ogóle nie było widać strachu. Był taki pewny siebie. Wreszcie znalazł dro- gę przez starą fabrykę. Tam też byli ruscy. Kazali wszystkim wysiąść z samochodów, zabrali laptopy, komórki. Siedzieliśmy tam chyba ponad cztery godziny. W końcu dzieci mówią, że chcą do toalety. Młody żołnierz, może osiemnastoletni, zaprowa- dził nas za budynek. Okazało się później, że z drugiej jego strony były stosy trupów. Mordowali tam cywili. Nam się udało. Puścili nas. Mieszkaliśmy 15 minut od Kijo- wa. Wtedy dojazd zajął nam ponad 10 godzin. Przed samym miastem zatrzyma- ły nas czołgi. Gdzie jedziecie? Do Kijowa? Jaki Kijów? Za chwilę Kijowa nie będzie. Chcecie uratować swoje dzieci? To jedźcie gdzieś na zachód. Nie wiem, Lwów, Iwa- nofrankowsk. Tam nasza noga chyba nie da rady stanąć, bo tam wasze wojska. Tam jedźcie, puszczą was. A Kijowa nie będzie za trzy dni. Nie wiedzieliśmy co dalej robić. Koleżanka mówi – jedźcie do Rumunii. Ale jak? Języków nie znam, angielski jako tako, ale rumuński? No gdzie? No to Polska. Jaka Polska? No co ty? W ogóle nie! Paweł mówi – do Dani dzwoń, w Niemczech mieszka. Musimy spróbować, tu siedzieć nie będziemy. Ruszyliśmy na zachód. Ze trzy doby jechaliśmy do Polski. Dzieciom powie- działam, że nie wiemy, co nas czeka. Może będziemy spać w jakiejś hali sportowej, wpiwnicy, ośrodku dla uchodźców. Może się wszystko zdarzyć. Możemy nie mieć co jeść, ani pić. Były dzielne. Przecież siedziały przez tydzień w Buczy, też nie było jedzenia. Przy- jechaliśmy w nocy. Weszliśmy do sklepu, a tam zapach chleba, takiego świeżutkiego, kawa stoi na blacie. Popłakałam się. Paweł mój też. Rozumiecie? XXI wiek i ty cieszysz się z tego, że widzisz chleb! Dzieci moje tak ten chleb jadły… To straszne. No i w Polsce zepsuł się nam samochód. Fot. Chroma Stock

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5