ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach listopad 2024 nr 314
Pro Medico listopad 2024 23 Mniamuśnie Czesanie łysego Listopad. Już o wakacjach zapomnieliśmy, pracujemy na cały gwizdek, tyl- ko emeryci jeszcze kombinują„w temacie ciepłych destynacji na wyjazd off- season”. Proponuję podróż w czasie i przestrzeni, a tematem przewodnim będzie„karmienie w szpitalu”. Dr n. med. Andrzej Wojcieszek Ominiemy manowce diet „na schudnięcie, poprawienie kondycji i potencję”. Spójrz- my oczami lekarza. To pewna złośliwość, ponieważ koleżanki gotują znacznie lepiej. Koledzy (w większości) kojarzą gotowanie z kalectwem. Na świecie odwrotnie, lista kucharzy jest gigantyczna, a z kucharkami cieniutko. W pradawnych czasach Pan Dok- tor Internista był najważniejszy w szpitalu. Ponieważ dietetyka jest częścią medycyny, to On decydował kto i co będzie jadł. Mógł zaordynować dla chorego„tęgi rosół”. Spró- buj dziś. Potem dostał wykwalifikowaną pomoc, panią dietetyczkę, która nosiła cze- pek pielęgniarski z niebieskimpaskiem. Nauka kierowania szpitalem się rozwijała, ale dotyczyła zarządzania. Takie pojęcia, jak „wsad do kotła na dzień”, określały, za ile chory może zjeść. Ta kwota wahała się tak od 5 do 11,50 złotego. Kuchnia szpi- talna była droga w utrzymaniu. Wprowa- dzono outsourcing. Ktoś gdzieś gotował i dowoził do szpitala. Nie, nie, nie. Wartość „wkładu do kotła” pozostała bez zmian. Teraz kasy musiało starczyć dodatkowo dla biznesmena. Kiedy kilku ważniaków schudło na diecie szpitalnej,torozpoczętowalkęolepsząprzy- szłość.Wiadomo„lepszewrogiemdobrego”, dla chorych dwa kawałki chleba i marga- ryna. Nie będę sugerował co mi ta dieta przypominała. Teraz cofnijmy zegar czasu. Jesteśmy w okresie niedoboru wszyst- kiego. Ekonomia socjalizmu, a kucharki szpitalne zawsze było łatwiej przeskoczyć niż obejść. Wtedy leczenie onkologiczne było w powijakach. Na oddziale kobiecym stworzono oddział dziecięcy (tak, były takie czasy w Instytucie Onkologii). Przebywały tamdzieci. Były blade, miały wielkie smutne oczy, posiniaczone kończyny od wkłuć, ale tak jak i inne bawiły się. Te z wodogłowiem kiwały się w łóżeczkach. Chore onkolo- giczne spędzały tam sporo czasu, pełniąc funkcję dodatkowych opiekunek. Były Mat- kami i choć los też je okrutnie doświadczył, to dzieliły się Babcinym ciepłem i dobro- cią. Wtedy nie było takich „fanaberii”, aby rodzice mogli z dzieckiem w szpitalu. Sale były wieloosobowe. Największa na kobie- cym (odcinek A) miała 17 łóżek i dopiero w latach 90. dr S. Jędruś remontując klinikę wymusiła jej zlikwidowanie. Wróćmy do karmienia. Wspomnę jeszcze jedną osobę – dr Aleksandrowicz, która zajmowała się dietą chorych, ale słowo dietetyczka do jej postaci nie pasuje. Oto dwie sceny. Wchodzi do stołówki, dostaje talerz bigosu. Prosi jeszcze o kilka talerzy i„rozbiera”danie na części. Kapusta osobno, kiełbasa i wszystkie składniki. Waży wszyst- ko razem i z osobna, a potem wywołuje spokojnie awanturę o kradzież żywności. Druga scena.Widzi kucharki z pełnymi siata- mi wychodzące z pracy. Poleca zostawić te torby i zabiera te panie na oddział dziecięcy. To tam, jak zobaczyły te chore, blade dzieci z wielkimi oczami w chudziutkich buziach, pani doktor powiedziała:„to im zabieracie”. Od tego czasu żywienie w Instytucie było zawsze na poziomie niespotykanym w innych śląskich szpitalach.Wiem, bo jada- łem. Piszę to, aby uświadomić Wielkim Reformatorom, że szpital to ludzie. Lekarze decydują, jaki on będzie. I to Oni głównie muszą rozumieć istotę programu lecze- nia. Te wszystkie badania, operacje i liczne zabiegi, ale też czystość pościeli i toalet, smak i wygląd potraw. Lekarz jest oficerem. I powinien reagować, jak„coś nie pasuje”. Prywatne szpitale mające swojego wła- ściciela – lekarza w znakomitej większo- ści świecą przykładem. Czysto, kolorowo i uśmiechnięta obsługa. Czy potrafimy jeszcze mieć oczy dookoła głowy, aby nasze szpitale były bliżej Europy niż Uralu? Czy może trzeba jeszcze w czasie studiów uczyć o obowiązkach i odpo- wiedzialności „za wszystko” co dzieje się w szpitalu? Wwojsku jest jeszcze sierżant. To on musi dopilnować wielu spraw porządkowych, a z drugiej strony wie, że skarpety czy onuce trzeba wysuszyć, aby wojsko miało się lepiej. Znałem wiele cudownych pie- lęgniarek. Z jednej strony wymagających, a z drugiej gołębie serce dla chorych i personelu. To trudna sztuka wymagać od innych i dawać przykład, ale można to opanować. Obowiązek jest brzemie- niem i nagrodą. Moja jabłoń wie, że wiosna nadejdzie. I wie, że ją pobielę, bo to obowiązek, a potem będę dumny ze swojego dzie- ła, że to wykonałem i odbiorę nagrodę, jabłka. Młodzi spod znaku eskulapa, też pamiętajcie o obowiązkach względem chorych. Sprawdzajcie i interesujcie się każdym aspektem opieki szpitalnej. To wasze prawo i obowiązek, a nagroda Was nie minie. Fot. Chroma Stock
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5