ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach luty 2022 nr 286

Pro Medico • luty 2022 24 Hochsztapler znachorowi nierówny Współczesnym okiem Joanna Andrzejewska radca prawny ŚIL To prawda, że zdecydowana większość ludzi chce żyć. I dlate- go zapewne w obliczu nieuchronnego i splecionej z nim bez- silności, uruchamia się w człowieku pierwiastek irracjonalny, za rękę prowadzony przez nadzieję i ślepą wolę walki. Tę, jak to określiła redakcyjna Koleżanka, „nieprawdopodobną wolę życia”, postanawiają wykorzystać niektórzy, w tym medycy, dając nadzieję i wysysając ostatni grosz. Czy jednak słusznie tak potępiamy tychże „uzdrowicieli”? Czy hochsztapler, krętacz, naciągacz, oszust, szarlatan, to aby nie nazbyt oskarżycielskie określenia? Przecież w wiekach minionych medycyna w niektórych przypad- kach (o ile nie wwiększości) nie miała żadnego antidotum na bóle, infekcje, guzy, depresje czy zaparcia, dlategometody dziś wyśmie- wane i potępiane były ówcześnie jedynymi środkami zaradczymi. Dla mnie zdumiewające jest jedynie, że pani z migreną decydowa- ła się na oszpecające przypalanie skroni, a cierpienie wywołane hemoroidami miało być silniejsze od efektu rozgrzanego do czer- woności pogrzebacza w odbycie... Z dzisiejszej perspektywy ból i skutki takiego „leczenia” były stokroć bardziej dramatyczne od pierwotnej choroby. Przypuszczalnie, powszechnie uważano, że trzeba ponieść tak wysoką cenę i przede wszystkim ryzyko utra- ty zdrowia, a nawet śmierci, jeśli chciało się być zdrowym... Daw- niej taki znachor zapewne wierzył w skuteczność swoich metod, a zatem postępował w słusznym przekonaniu o działaniu dla dobra chorego. Najwyższym nakazem etycznym lekarza jest dobro chorego. Tak czytamy w Kodeksie Etyki Lekarskiej (art. 2). A co, jeśli to sam pacjent, uświadomiony o swojej beznadziejnej sytuacji, liczy na cud i chce wierzyć, że istnieje jakakolwiek, nawet najbardziej absurdalna metoda, która być może da mu jedynie złudzenie, że „jeszcze da się coś zrobić”, „że jeszcze nie wszystko stracone”, „że walczymy i nie składamy broni”, ale to złudzenie trzyma czło- wieka przy życiu? Czy ktokolwiek ma prawo odebrać umierające- mu nadzieję? Tymczasem różnica między dawnym znachorem a dzisiejszym hochsztaplerem polega na tym, że aktualnie taki guślarz dusz ludzkich – bo trudno go z czystym sumieniem nazwać lekarzem – doskonale zna bezużyteczność kamizelek czy kaskówwytwarza- jących pole magnetyczne w walce z rakiem, a jednak proponuje je zdesperowanym pacjentom, żerując nieludzko na dramacie chorego. Kodeks Etyki Lekarskiej w tym temacie nie pozostawia złudzeń: „Lekarzowi nie wolno posługiwać się metodami uznany- mi przez naukę za szkodliwe, bezwartościowe lub niezweryfiko- wanymi naukowo. Wybierając formę diagnostyki lub terapii, lekarz ma obowiązek kierować się przede wszystkim kryterium skutecz- ności i bezpieczeństwa chorego oraz nie narażać go na nieuzasad- nione koszty. Lekarz nie powinien dokonywać wyboru i rekomen- dacji ośrodka leczniczego oraz metody diagnostyki ze względu na własne korzyści” (art. 57). Stosowanie więc przez lekarza metod niezweryfikowanych nauko- wo, bezwartościowych, nieskutecznych, narażających pacjenta na bezsensowne koszty, w tym ze względu na własne korzyści, stanowi naruszenie zasad etyki lekarskiej. Powyższe stanowi prze- winienie zawodowe, podlegające rozpoznaniu w drodze postępo- wania z tytułu odpowiedzialności zawodowej. Zatem hochsztapler znachorowi nierówny, bo o ile kawowa lewa- tywamoże przynieść ulgę (znam takich, którzy ją radośnie stosują), to już ograbianie ludzi z dorobku życia w zamian za puste dekla- racje, składane w imię nauki, które w desperacji chorzy przyjmują jako iskierkę nadziei, jest głęboko nieetyczne i niehumanitarne. Lekarz ma obowiązek leczyć zgodnie z aktualną wiedzą medycz- ną, a przytulanie duszy lepiej oddać w ręce fachowych psycho- logów. KRZYKMODY Popularność klistery wynikała w dużym stopniu z teorii samoza- trucia, głoszonej przez kilka tysiącleci. Według niej to kał był pełen toksyn i innych szkodliwych substancji, a choroby powstawały z wyziewów wytworzonych przez niestrawione resztki zalegające w jelitach. Przez wieki płukano jelita wodą, naparami z ziół, mlekiem, ter- pentyną, piwem, winem czy nawet olejem. To w lewatywie tkwiła siła ozdrowienia z gruźlicy, puchliny, zapalenia wyrostka, depresji, niedożywienia, krwioplucia, otyłości, chorób zakaźnych, a nawet bólu głowy (do historii przeszły słowa ojca Mozarta: „d… leczy głowę!”). Początkowo używano do tego celu prymitywnych narzędzi. Były to wydrążone tykwy, długie zwierzęce rurkowate kości albo spre- parowane w odpowiedni sposób owcze lub wieprzowe pęcherze. Wraz z rozwojem zabiegu enemy, zaczęto konstruować strzykaw- ki z metalu i kości słoniowej. ZRÓBTOSAM Pod koniec XIX w. hochsztaplerzy nadal wykorzystywali strach przed samozatruciem do osiągania zysków, wymyślając całą masę przeróż- nychproduktów. I takpowstawałyoczyszczacze jelitwformiepodkowy, zwane poetycko „fontanną do wewnętrznych kąpieli”. Co czuł pacjent przywiązywany pasami do pochyłego stołu, aby zapewnić odpowiedni przepływ substancji – możemy sobie tylko wyobrazić. Najbardziej fan- tazyjną metodę oczyszczania wymyślił Charles Tyrrell. Urządzenie„J.B.L Cascade”składało się z gumowego zbiornika o pojemności 2,5 l, z jego środkasterczałakanka,naktórąpacjentsamsięnadziewał.Swoimcięża- rem dociskał zbiornik, przez co wymuszał silny strumień oczyszczający. Wynalazca zalecał stosowanie cztery razy w tygodniu! W XX w. kura- cje detoksykacyjne propagował pochodzący z Niemiec Max Gerson. W 1920 r. wysunął teorię, że raka można wyleczyć za pomocą soków warzywnych iwitaminoraz lewatywy z kawy, oleju rycynowego i ozonu. Sam Gerson zmarł z powodu zatrucia arsenem, ale po dziś dzień funk- cjonujeInstytutGersona,wktórymnadalleczysięmetodamipatrona.

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5