ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach luty 2024 nr 306

Pro Medico luty 2024 13 opieki długoterminowej, gdzie przebywa do dziś. Jest zadowolona z opieki. Mimo rehabilitacji, zwiększyły się jej trudności z chodem. Obecnie częściej korzysta zwózka inwalidzkiego. Niełatwo mi opisać trudności i poświęcenie osób opiekujących się w domu leżącymi seniorami. Problem ich wypalenia się i bra- ku zadowalających rozwiązań w organizacji opieki nad rodzicem, pojawia się coraz czę- ściej jako temat rozmowy z lekarzem rodzin- nym. Osoby stale pielęgnujące leżącego członka rodziny budzą u mnie współczucie i szacunek. Do codziennego obowiązku „obrabiania chorego” dochodzi smutek z powodupogarszania się stanu rodzica. Nie- pokoi bliskich zwłaszcza zmiana charakteru, okresowa agresja i upór, zaburzenia pamięci i myślenia u racjonalnej dotąd starszej osoby. Pamiętam panią, która żaliła mi się na postę- pującą od roku amnezję i nieprzewidy- walność działań swojej 85-letniej mamy. Wcześniej ta seniorka cechowała się wyjąt- kową bystrością umysłu. Córka pokazała mi na wizycie film, który wnukowie nakrę- cili dla zilustrowania stanu babci. Zbliżenie pokazywało twarz godnej, białowłosej, star- szej pani. Zza ekranu padło pytanie: – Babciu, który teraz jest miesiąc? Na twarzy chorej odbiło się upokorzenie. Długo nic niemówiła.Wreszcie wypaliła: – Jest czerwiec. – Nie Babciu, jest teraz zima. Mamy gru- dzień – naprostowały ją wnuki. Znowu dużo emocji pokazało się na twarzy nestorki, wyrzut, że ją próbują i nagrywają, wreszcie rezygnacja. – No to co, dzieci? – odpowiedziała spokoj- nie – Przecież wiecie, że różnie bywa... To mądre, ogólnikowe stwierdzenie najle- piej opisuje mi złożoność i różnorodność zagadnień geriatrycznych, równieżwPOZ. Współczesnym okiem Wątroba ważniejsza niż dusza Joanna Andrzejewska Starość nie radość – głosi porzekadło. Dla niektórych staje się ono wyrocznią albo samospełniającą się przepowiednią. Ze starością spotkałam się u progu mojej dorosłości.W liceumpostanowiłampoznać obce kultury, dlatego na wakacje kilka razy pojechałamdo Francji, gdzie działała (i chy- ba nadal działa) Fundacja „Mali Przyjaciele Biednych”. Jej celem była m.in. organiza- cja dwutygodniowych wakacji w jakimś ładnym miejscu dla osób starszych, które na co dzień mieszkały w domach opieki lub samodzielnie, ale samotnie. Idea wspaniała: 15 seniorów i 15 wolonta- riuszy z całej Europy. Nastawiłamsię na nie- ustanną imprezę, a poza ciężką fizyczną pracą, dostałammocną lekcję życia. Oto przyjechały osoby sprawne fizycznie (jak na swoje lata), ale mylące nas ze swo- imi koleżankami ze szkoły; osoby na wóz- kach w pełni sprawne umysłowo; osoby przestraszone, wycofane, niemówiące nic poza„bonjour”. Na pytanie prowadzącego, kto chce dostać pod opiekę osobę na wóz- ku, wyrwałam się jako pierwsza. Lubię wyzwania. Paulette okazała się cudowna. Nie tyl- ko dlatego, że nie była na mnie zła, kie- dy pierwszej nocy założyłam jej pam- persa na dzień i przez to musiała leżeć w mokrym łóżku, zanim rano przyszłam zrobić toaletę. Nie wiedziałam, że są róż- ne pampersy, a Paulette nie chciała mnie pouczać. Codziennie wchodziłam z Paulet- te pod prysznic, pomagałam jej przesiąść się na specjalne krzesło – umiała stanąć jedynie na dwie sekundy. Zmieniałam jej pościel, podawałam posiłki, czyściłam pokój, organizowałam popołudniowe „atrakcje”, wyjścia do kawiarni, spacery. Godzinami rozmawiałam, zachęcałam do zawierania znajomości z koleżankami seniorkami. Większość uczestników tego turnusu łączyła jedna rzecz – niebywałe wprost zamknięcie. Na siedem spustów. Organiza- torzy uprzedzali nas, że seniorzy nie będą nic mówić. I żebyśmy pomału otwierali te zatrzaśnięte wrota. Nie mając żadnego przygotowania – większość z nas – wolon- tariuszy, to młodzieżówka, od liceum po studia, zaledwie kilka dojrzałych osób, jak np. sędzia jednego z paryskich try- bunałów. Więc my, żółtodzioby, jedyne co mieliśmy, to naszą żywiołowość, cieka- wość, spontaniczność. To, czego potem doświadczaliśmy przez tych kilkanaście dni, było jak oglądanie kiełkującego ziarenka w przyspieszonym tempie. Ci ludzie, ze smutnych, wycofa- nych cieni samych siebie, nagle stawa- li się duszami towarzystwa, gadułami sypiącymi anegdotami z życia swojego i nieżyjących kolegów. Paulette opowie- działa mi całe swoje życie, płakałam z nią i uśmiechałam się do radości jej przeszłe- go życia. Na koniec podarowała mi swoją apaszkę. To było jak przepustka do świa- domości, że żyjemy w światach równo- ległych. W jednym życie samo się żyje, tam są zadania, tempo, radości, smutki i nadzieja; w drugim jest bezruch, obojęt- ność i czekanie na śmierć. Poruszył mnie wywiad z dr. Jarosławem Derejczykiem. To dobrze, że geriatria zaj- muje coraz ważniejsze miejsce w systemie ochrony zdrowia. Niewątpliwie, starzejące się społeczeństwo potrzebuje medycyny, która nie tylko pozwoli przeżyć najgor- sze, ale da szansę na to, by żyć pełniej niż wegetując. Byłoby chyba dobrze, gdyby geriatria wzięła się czule pod ramię z psychiatrią. Smutne jest, kiedy młodym jeszcze senio- rom nie chce się już żyć. Depresja dotyka nie tylko aktywnych. Smutek i zniechę- cenie zamykają w czterech ścianach, izo- lują od znajomych, uziemiają pod kocem i narastającym lękiem. Wiele starszych osób mogłoby mieć dobre życie, gdyby zaopiekowały się swoją „duszą”, która cho- ruje tak, jak serce czy woreczek żółciowy. I medycyna leczy ją tak samo skutecznie.

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5