ProMedico PS Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach maj 2020 nr 269

21 Pro Medico • maj 2020 Dla wielu osób Franciszek Kokot to nie tylko autor ponad tysiąca publikacji nauko- wych, doktor honoris causa 10 uczelni medycznych i ojciec współcze- snej światowej nefrologii oraz jeden z najwybit- niejszych interni- stów, nefrologów, edokrynologów i patofizjologów, ale przede wszyst- kim lekarz, który w ciągu 60 lat leczył ponad 200 tys. osób. Prof. Franciszek Kokot. wali z nim, musieli dzielić taki sam los i podporządkować się jego niemal wojskowej dyscyplinie życia i nauki. Bo – jak mówił – tylko ciągła, codzienna nauka i wewnętrzna dyscyplina to powinność medyka, ina- czej można szkodzić pacjentowi. Nikt nie chciałby spo- tkać niedouczonego i niefrasobliwego lekarza. Dlatego każdy, kto ten zawód wybiera, musi mieć świadomość, że do końca życia trzeba codziennie się uczyć. Inaczej będzie złym lekarzem, miernymnaukowcem. Owymaganiach profesora wobec lekarzy szybko zaczę- ły się tworzyć anegdoty, zwłaszcza, że profesor miał zawsze spory dystans do siebie. Według jednej z nich, profesor nie znosił niepunktualności. Sygnałem rozpo- częcia odprawy lekarskiej był moment zajęcia przez pro- fesora swojego stałego miejsca w bibliotece. Na jedną z odpraw przyszedł o dwie minuty za wcześnie. Usiadł, ale dyżurny nie rozpoczął referowania. – Zaczynamy – ponaglił profesor. – Panie profesorze, jest za dwie ósma – pozwolił sobie na uwagę dyżurny. – Na moim zegar- ku jest ósm a – profesor stawał się niecierpliwy. Dyżurny jeszcze próbował: – Panieprofesorze, nastawiłemzegarek pół godziny temu, według radia. – Na moim już jest minu- ta po ósmej – odpowiedział profesor. – Przepraszam, widocznie moje radio się spóźnia – dyżurny zrozumiał beznadziejność swojej sytuacji i rozpoczął referowanie. Zresztą taryfy ulgowej profesor Kokot nie miał dla niko- go. Ani swojej rodziny, z którą uzgodnił, że całkowicie poświęci się nauce, ani dla współpracowników. Sam też nie miał lekko, choć jego życie to gotowy scenariusz na film o człowieku dotkniętym palcem Bożym. Zawsze bowiem znajdował się w odpowiednimmiejscu i czasie oraz spotykał kogoś, ktomu pomagał iść do przodu. A wszystko zaczęło się 24 listopada 1929 roku, gdy w rodziniemurarza Franciszka i chłopki Franciszki Kokot w niemieckim wówczas Oleśnie rodzi się trzeci syn Fra- nek, a po nim jeszcze czwarty Paulek. Ojciec w Królew- skiej Hucie, czyli dzisiejszymChorzowie, zarabiał niewie- le, bo 80marek. Bieda w rodzinie była straszna. Do szko- ły bracia chodzili na bosaka, a do kościoła na zmianę w jednej parze butów. I wtedy na swej drodze Franek Kokot spotkał pierwszą osobę, dzięki której odmienia się jego świat. Dziś profesor wspomina to tak: – Miałemchyba10lat,gdypasłemkrowyrazemzCyganką z Ukrainy o imieniu Tatiana. Pewnego dnia mówi: Franek, ja ci powróżę. Jak rozłożyła karty i zobaczyła, że na górze sąsamikrólowie,tosięzagłowęzłapałaipobiegładomojej mamy powiedzieć, że według kart będę wielkim człowie- kiem,kimśznaczącym.Możewtedywgłowiemamycośsię przełamało, bo już drugi rok nachodził jąnauczyciel języka niemieckiego, żeby posłać mnie do gimnazjum, choć nie było za co. Wtedy jednak się zgodziła. Potem były kolejne osoby, które życzliwiepodawałymi rękę, zawszewewłaści- wym czasie – wspomina profesor. – A kiedy na studiach niemiałemanigrosza,żebypojechaćnaświętawielkanoc- ne do domu i siedziałem samotny, głodny oraz bliski rezy- gnacji, to w wielki piątek do pustego akademika przyszła nagle teściowamojego brata z Bytomia i zaopiekowała się mną. To był dla mnie znak, żeby nie rezygnować z medy- cyny. Potem już jakoś poszło. Dzięki profesorowi z chemii, zostałem laborantemna pół etatu oraz tłumaczyłempod- ręcznik z języka niemieckiego dla polskich medyków. Tak pracując, kończyłem studia. Już nie musiałemmartwić się o jedzenie i pieniądze, ale zawsze czułem, że jakby ktoś czu- wał nademną –mówi profesor. Naswojegomistrzamusiałjednakpoczekaćjeszczekilka lat. Pod koniec lat 50. profesor Kornel Gibiński , ówcze- sna gwiazda interny, zakładał swoją klinikę w Bytomiu i młody asystent lekarz Franciszek Kokot zgłosił się do pracywłaśnie tam. Na początku niewiele zapowiada- ło, że zostanie tu na następnych kilkanaście lat. Prof. Gibiński nie był zachwycony nowym i nieznanym asystentem, w dodatku mówiącym z wyraźnym nie- mieckimakcentem. Podejrzewał, że podesłała go partia, żebymu patrzył na ręce. I choć prof. Gibiński, który prze- żył obóz koncentracyjny w Gross-Rosen, miał faktyczny powód, żeby nie lubić Niemców, to ani do młodego Kokota, ani do nikogo innego nigdy nie żywił nienawiści z powodu niemieckiego pochodzenia. Dla Franciszka Kokota prof. Kornel Gibiński szybko stał się nauczycielem, mistrzem i przewodnikiem. Dziś mówi, że dało się od razu odczuć, że on medycynę widział z perspektywy Giewontu, gdy inni profesorowie pozostali w tyle. Był takim przedwojennym lekarzem z zasadami. Kiedyś powiedział, że nie obchodzi go, ile pracujemy i za co, ale u niego w klinice zawsze najważ- niejszy będzie chory, który nigdy nie może być niezad- bany. To zdanie Franciszek Kokot zapamięta na całe życie i powtarzać będzie swoim studentom, dodając od siebie, że lekarz ma być darem dla pacjenta tak, jak chory darem dla lekarza, który musi umieć dzielić jego nieszczęście z choroby i radość z wyzdrowienia. Tak naprawdę jednak kariera dr. Kokota wystrzeliła po pewnym dość niefrasobliwym incydencie podczas wizyty lekarskiej prof. Gibińskiego. – Pamiętam, jak stajemy przy łóżku chorej, prof. Gibiński mówi,że trzebają leczyćtaka tak.A ja,niepokornywilczek, zaczynam mówić, że może wcale nie tak, może inaczej. Na sali było ze 20 innychmłodych lekarzy. Wszyscy zbledli. Już wróżyli, że to mój ostatni dzień w klinice. Tymczasem profesor poklepał mnie po plecach: „Dziękuję, kolego, że nareszciemamz kimdyskutować”. W 1958 r. jako pierwszy stypendysta z Polski, dr Fran- ciszek Kokot pojawia się na Uniwersytecie w Genewie. Fot: archiwum ŚIL

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5