ProMedico PS Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach marzec 2019 nr 257
Pro Medico • marzec 2019 26 Będąc młodym lekarzem trzeba było mieć świadomość, że... jest się młodym lekarzem. Medycyna w sposób brutalny i bezwzględny potrafiła nauczyć pokory (i młodych, i starych). Wypadało znać swo- je miejsce w szeregu, zarówno w stosunku do starszych kolegów, ale także do per- sonelu pielęgniarskiego. Na początku naszej drogi zawodowej okazywało się, jak naprawdę spożytkowaliśmy nasze sześć lat studiów. Praktyki studenckie – to wtedy była pora, czas i miejsce na nabycie umie- jętności podawania zastrzyków domię- śniowych i dożylnych. Zdarzało się, że któremuś z nas, młodych doktorów, za wiele się wydawało, już czu- li się wielkimi „dochtorami”, wtedy prośba doświadczonej pielęgniarki: – Panie doktorze, może by się Pan wkłuł, bo mnie się nie udaje? – sprowadzała deli- kwenta na ziemię. Pierwszy dyżur na oddziale wewnętrznym. To była chyba wiosna 1987 roku. Po godzi- nie 14.00 gabinet lekarski już pustoszał. Ostatnia koleżanka wychodząc z gabinetu rzuciła: no to cześć! Po chwili drzwi raz jeszcze się uchyliły i padło: bądź dzielny, trzymaj się! Znów przeżywaliśmy swoje ,,pierwsze razy’’. Raz jeszcze wychodziło, jak radzi- my sobie sami ze sobą. Okazywało się, że panowanie nad stresem, konieczność radzenia sobie w sytuacjach bez wyjścia, a więc to, co było niezbędne do zaliczenia szeregu egzaminów podczas sześciu lat studiów, było bezcenną nabytą sprawno- ścią. Wielu z nas intensywnie rzuciło się w wir dyżurowo-szpitalnego życia. Pierwszy zgon – nie pamiętam. Pierwsza reanimacja – pan F. Z drugiej strony pytające spojrzenie pielę- gniarki o pięknych oczach: – No to co robimy, panie doktorze? To izba przyjęć i umiarowiona już pacjent- ka z migotaniem przedsionków. Wychodzę na korytarz do rodziny, mówię, że już wszystko powinno być w porządku, wracam na izbę przyjęć, a tu – akcja reani- macyjna w pełni. To młody chłopak, maturzysta A. Przyszedł do przychodni, bo „ogólnie się źle czuje ”, i„ acha, krewz nosami poleciała ”.Wbadaniu fizykalnym nie ma się do czego przyczepić. Zlecam podstawowe badania laboratoryj- ne. Wychodzą fatalnie. Kiedy przychodzi na kontrolę, informuję go, że musi poło- żyć się natychmiast do szpitala. Rozpacz: – Panie doktorze, jamam jutro studniówkę ! To trzydziestoletni pacjent z bólem w klat- ce piersiowej. Izba przyjęć, środek w nocy. W badaniach dodatkowych NIC. Kilkakrot- ne badanie EKG, nic nie wychodzi. Jestem już zmęczony, chce mi się spać, przyjmuję go na oddział. Rano przed odprawą robię mu raz jeszcze EKG – piękna ewolucja zawa- łumięśnia serca! To następny młody człowiek z zawałem, już dobre rokujący. Podczas wizyty pyta się pani ordynator. – No, ale z rzeczy na „p”... to co jamogę? Koleżanka prowadząca salę uprzedza odpowiedź. – Z rzeczy na „p”, to pan może pomidorową zupę! Czy wszystko mi się udawało? Nie, na pew- no nie. To wszystko miało jednak swo- ją cenę odbijającą się w każdym z nas i w życiu rodzinnym. Niejeden związek małżeński tej próby ognia nie przetrwał, ale też niejeden związek małżeński miał swój początek na dyżurze. Kolega dyżurant wydawał się bardziej przy- stojny, taki błyskotliwy i taki pewny w swo- ich decyzjach. Niezapięty guzik w fartuchu koleżanki pobudzał wyobraźnię. Po dyżurach ciśnienie spadało. W domach dopadało zmęczenie, ten przysłowio- wy kran dalej cieknie, miałeś go przecież naprawić. Błysk w oku małżonki nie był tym samym, co krzyżujące się spojrzenie z panią doktor z innego oddziału... W międzyczasie stawaliśmy się ojcami, matkami. Nie sposób już było zregene- rować się po dyżurze. Jakieś tam: – Tata, pobawsię zemną. –Zobacz, czy odrobił lekcje. Niektórzy z nas zaczynali się lepiej czuć na dyżurach niż we własnych domach. To wszystko powodowało, że gdzieś w środku nas czasami budziły się złe demo- ny prowadzące do uzależnień – i nie było to zbieranie znaczków pocztowych. Upływające lata pracy powodowały, że szykowaliśmy się do egzaminów spe- cjalizacyjnych. Kursy, staże, to wszystko powodowało, że dom i relacje rodzinne były bardzo nadwyrężone. Czasami zdarzały się miłe niespodzianki. Ja, zdając swój praktyczny egzamin spe- cjalizacyjny z interny, spotkałem prof. Sie- ronia, wtedy starszego asystenta u prof. Żmudzińskiego. Pamiętałem go jesz- cze z I roku studiów, z Katedry Biofizyki doc. Kumaszki. Egzamin okazał się part- nerskim spotkaniem, skutkującym pozy- tywnym zaliczeniem. Po egzaminie już nie byliśmy młodymi doktorami. Z upływem lat niektórzy z nas stawali się dobrymi lekarzami, inni dobry- mi rzemieślnikami, a niektórzy, choć czasa- mi upadali, zmęczeni życiem, pracą, medy- cyną, stawali się kanwą filmu, który za parę dekad będzie zatytułowany„Bogowie”. Marek Polak reumatolog, ŚlAM1979-85 Ps. Polecam „Ciała i dusze” Maxence Van Der Meersch. Książkę, którą warto przeczytać, będąc na studiach i po iluś tam latach pracy w białym fartuchu. Będąc młodym lekarzem... prawie bez cenzury Część trzecia i ostatnia, czyli koniec moich studenckich wspomnień Autor wraz z córką przed budynkiem wywołującym tyle wspomnień... Córka też jest lekarzem, absolwentką SUM. Fot. Z archiwum dr Marka Polaka
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5