ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach marzec 2023 nr 297

16 Pro Medico marzec 2023 dochodzimy do tego, co go sprowadza do lekarza, kończy się właśnie czas pięt- nastu minut, jaki mam na pojedynczą poradę. Dzieje się tak z powodu powszechności chorób cywilizacyjnych, na szkoleniach określanych jako „plagi egipskie”. Upo- wszechnienie wiedzy o korzystnej dla zdrowia diecie, korzyściach z niepalenia i abstynencji od alkoholu, promowanie aktywności fizycznej i szeroko rozumia- nej profilaktyki chorób metabolicznych jest w Polsce palącą koniecznością. Wiele osób reaguje na reklamy suplementów diety, niemające żadnej podstawy nauko- wej, a nie łączy swoich dolegliwości z oty- łością. Może czas antenowy przeznaczyć choć częściowo na przyjazną edukację społeczną o tym, co pomaga zachować zdrowie i dobre samopoczucie? Częstsze nawiedzanie poradni bywa też pokłosiem pandemii Covid-19, po któ- rej niektórzy chorzy nie doszli do siebie. Zespół pocovidowy przybiera rozmaite maski chorobowe. Niestety, mam wraże- nie, że od czasów pandemii więcej jest schorzeń psychosomatycznych na pod- łożu lękowym. Rośnie też populacja chorych długowiecznych, którzy funk- cjonują samotnie w domu, coraz gorzej sobie radząc bez pomocy drugiej osoby. Potrzebne byłoby odrodzenie się pielę- gniarstwa środowiskowego w przychod- niach. Po przyjęciu kilkunastu chorych w tem- pie jeden pacjent na 10-15 minut, nara- sta u mnie trudne do rozładowania zmęczenie. Moja przyjaciółka, też lekarz rodzinny, nazywa je ludziowstrętem. Jest to wyczerpanie różnorodnymi inte- rakcjami z wymagającymi pacjentami, koniecznością komunikowania się i sku- pienia uwagi na złożonych problemach w wymuszonym szybkim tempie. Naj- częściej wyprowadza mnie z równowagi i uprzejmego profesjonalizmu konkret- ny pacjent, który stawia mnie w sytuacji patowej. Szczególnie działają tak na mnie osoby z dolegliwościami psychosoma- tycznymi, cierpiące np. na opisywane już przez Tomasza Manna „nieokreślone męczarnie w lewym boku” i temu podob- ne nieustępliwe dolegliwości. Po wyklu- czeniu tła organicznego, pozostaje mi leczenie objawowe i poświęcanie cza- su, uwagi i cierpliwości, której taki pacjent wymaga przy każdej poradzie, a mimo to pozostaje niezaspokojony. Mam z tyłu głowy myśl, że oczekujący na swoją kolej chorzy ludzie kaszlą za ścianą i zarażają się w poczekalni. Za czas tej męczącej dla mnie porady zdążyłabym ich już przyjąć, zbadać i wypisać recepty. Po kilku godzinach przyjmowania pacjen- tówmiewamból głowy, mętlik wmyślach, uczucie kompletnego wypalenia. Jak w takim stanie wrócić do rodziny? Kiedy i jak się zresetować? Przecież jeszcze zaku- py po drodze, a potem wysłuchiwanie bli- skich (w przewadze nastolatków!) i obo- wiązki domowe – zazwyczaj jednocześnie. I co zrobimy pani dohtór? – pytał mnie ostatnio otyły i palący pacjent z wielo- chorobowością. Nie wiem, czy on zmieni tryb życia, ale ja niekiedy myślę o zmianie pracy na mniej wymagającą. Kopać nie umiem, żebrać się wstydzę. Pisanie jednak jest pewną pociechą. Nie wyczerpuje tak, jak dyżur w opiece świątecznej dla dzieci, a wyżalić się można. Szorowanie garnka po owsiance, ceny paliw i treść dziennika TV... To zbyt wiele dla jednego serca. Postanowiłem więc je pokrzepić. Nie ma to, jak stare dobre metody. Obejrzałem więc „Krzyżaków” Aleksandra Forda. Tamprzynajmniej dobry złoił złego (do tego Niemca!) i jest happy end z Jagienką (nawet, jeśli nastrój psuje Danusia z tym swoim„kwiecie pachnie”). FELIETON Kołowrotek Rafał Sołtysek wiceprezesOkręgowej RadyLekarskiej Niespodziewanie, zamiast napawać się sromotną klęską Wielkiego Mistrza czy butnego Rotgiera (ach Panie, Panowie, jak on tym polskim toporem sprawiedli- wie oberwał), pojawiły mi się inne kono- tacje. Tym razem do refleksji skłoniło, pamiętne dla Zbyszka z Bogdańca zda- nie, które zachowało go w jednym kawał- ku, a brzmiało słodko„mój ci on jest”. Skojarzyło mi się medycznie, z pacjen- tami, bo ostatnio kogo bym nie chciał z oddziału chorób wewnętrznych do kolegów, na inne oddziały przekazać – słyszę:„mój ci on NIE jest”. Dojrzewam do przekonania, że pacjent na internie może więc pozostawać ad sekula sekulorum. Przyczyny upatruję w tym że pewne oddziały mają wizję idyllicznej, spokojnej i dobrze zorganizo- wanej egzystencji, niezakłócanej ponu- rym faktem konieczności przyjmowania i leczenia chorych. Urosepsę weźmy dla przykładu, której przyczyną jest zmurszała, dawno już po dacie ważności sonda DJ w moczo- wodzie. Prawidłami logiki pacjent taki, po opanowaniu sprawy, ku macierzyste- mu oddziałowi urologii (co sondę tę zało- żył) zmierzać powinien... Nic bardziej mylnego, drogi Doktorze! Telefon odbie- ra tam (po dniu wydzwaniania) lekarz rezydent, który, choć wiedzą dopiero nasiąka, to stanowczy być umie. Odma- wia dwukrotnie. Raz podania nazwiska, dwa – przyjęciu chorego. O ile wcześniej to pacjent był we wstrząsie, o tyle teraz wpada weń internista – różnica tkwi tyl- ko w rodzaju schorzenia. Tam wstrząs był septyczny a tu, u doktora – etyczny. Z chirurgami z kolei bywa różnie (jak wiadomo chirurgia i interna to „nie wro- gi lecz dwa stojące na słońcach swych

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5