ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach marzec 2023 nr 297
21 Pro Medico marzec 2023 – Pańska decyzja o odejściu z III Katedry Kliniki Kardiologii na Wydziale Lekar- skim w Katowicach, pożegnanie ze szpi- talem, zbiegły się w czasie z ukazaniem sięważnej książki, której Pan jest jednym z bohaterów. Mam na myśli „Historię kardiologii w Zabrzu”. Ma ona podtytuł „Droga do sukcesu”. Pan bez wątpienia sukces odniósł i to zarówno jako kar- diolog, jak i wysoko ceniony w świecie naukowiec. Jaka zatem była ta pańska droga? Czy gdy małego Michasia pyta- no: „kim będziesz, kiedy dorośniesz?”, Michałek odpowiadał:„lekarzem.”? – A wie pani, że takich pytań nie przy- pominam sobie, ale może nie zadawano ich, bo to dla najbliższych było oczywiste: w dzieciństwie bowiem wciąż operowa- łem różne misie. Ale na jakimś tam etapie myślałemo tym, by zostać księdzem. Chwa- ła Bogu, mi to przeszło, bo zaczęły mi się dziewczęta podobać. A rezygnacji z„powo- łania”nigdy potemnie żałowałem. – Rozumiem, że wybór kierunku stu- diówbył oczywistością? – No właśnie nie. Pociągała mnie fizy- ka, ale na szczęście zdałem sobie sprawę, że ten kierunek studiów nie byłby dla mnie dobry, gdyż mój aparat matematyczny nie był wystarczający do tego, by być dobrym fizykiem. Wybór padł zatem na medycy- nę, na którą dostałem się za pierwszym razem. Od początku urzekła mnie fizjolo- gia, bo to ona pozwala zrozumieć tajem- nicę człowieka, tego, jak to wszystko w nas funkcjonuje. I uważam, że jeśli doszedłem do tego punktu, w którym dziś jestem, to w dużej mierze zawdzięczam to zaję- ciom z fizjologii. Na trzecim roku zostałem na nich asystentempomocniczym i już jako student uczyłem młodszych kolegów. Dla- tego pod koniec studiów było mi bardzo trudno wybrać między fizjologią a kliniką. Zwłaszcza, że pracowałemw zespole świet- nych naukowców prowadzonych przez profesora (wtedy jeszcze docenta) Tuga- nowskiego, który w zakresie fizjologii prze- rastał wszystkich innych o głowę (mimo że był zamknięty w Polsce, nie dostawał pozwolenia na wyjazdy). To był umysł rene- sansowy – wybitny fizjolog, ale i świetny znawca historii średniowiecznej. Od Witka Tuganowskiego nauczyłem się bardzo wie- le, np. przy prowadzeniu badań myślenia do przodu, planowania (jak w szachach) kolejnych ruchów z wyprzedzeniem, ale i etapowo. – Ostatecznie jednak wybrał pan klini- kę. Cowpłynęło na tę decyzję? – Uciekłem z fizjologii, bo jak człowiek uczy się medycyny to po to, by pracować z ludźmi... A po drugie (mówiąc szczerze), warunki pracy na fizjologii były mało fizjo- logiczne. Wtedy nie było zakazu palenia papierosów. Ale na ostateczną moją decy- zję wpłynął prof. Wolański. W 1972 roku zakładał on w ZabrzuWojewódzki Ośrodek Kardiologii. Skoptował mnie do tego ośrod- ka. Najpierw pracowałem pod kierunkiem prof. Wolańskiego a potem prof. Pasyka, który niewątpliwie wniósł wiele nowych rzeczy do medycyny, był twórcą nowocze- snej kardiologii, niemniej był bardzo trud- nym człowiekiem. W Zabrzu spędziłem 23 lata, czego nigdy nie żałowałem (choć nie ukrywam, że przez moment byłem bli- ski ucieczki choćby do prowincjonalnego szpitala). – Ten ośrodek mógł poszczycić się jedy- ną w tamtym okresie karetką kardiolo- giczną. I to właśnie z nią związana jest krążąca anegdota, która głosi, że jeżdżą- cy w niej lekarze „dzielili medycynę” na nadprzeponową i podprzeponową... – A to ja tak podzieliłem, bo wtedy nasze możliwości interwencyjne były ograniczo- ne. W przypadku tej pierwszej interwen- cja polegała na podawaniu nitrogliceryny i eufiliny, w przypadku tej drugiej, była to atropina, papaweryna czy pyralgina, choć podział ten był oczywiście żartem. – W tamtym czasie miał pan możliwość wyjazdu na stypendia naukowe za gra- nicę. Floryda, Nashville... Szansa na inne warunki pracy, rozwoju, kariery pana i żony. Nie było pokusy, by zostać za oce- anem? – To długa historia. Pierwszy nasz wyjazd, jeszcze studencki, z góry zakładał powrót, bo: po pierwsze oboje musieli- śmy odebrać w Polsce dyplomy; po dru- gie – nasi rodzice musieli (byśmy uzyskali zgodę na wyjazd) podpisać weksle in blanco. Gdybyśmy nie wrócili, zwraca- liby koszty naszych studiów. Ale w cza- sie tego pierwszego pobytu w Ameryce poznaliśmy naszego późniejszego wiel- kiego przyjaciela Philipa Littleforda, który był kardiologiemwOrlando. To on dokładał potem wszelkich starań, byśmy tam robili specjalizację. – A ten drugi wyjazd? DoNashville? – Przyszło nam na niego poczekać. Za pierwszym razem, gdy moja żona miała już załatwiony staż na kardiologii dziecię- cej, a ja na kardiologii dorosłych, zosta- liśmy wezwani na uczelni do człowieka, który decydował o sprawach personal- nych i dowiedzieliśmy się, że nie jedziemy bo... NIE. Do dziś nie mam dowodów, kto stał za tą decyzją (choć swoje przypusz- czenia mam), ale jestem mu wdzięczny, bo w ramach rekompensaty za 9 miesięcy urodziła się nasza córka, która dziś też jest doktorem kardiologii. Drugim razemwyda- wało się, że wyjazd też nie dojdzie do skut- ku. Koniec 1982 roku, ja byłem związanym z Biskupim Komitetem Pomocy Interno- wanym i Uwięzionym. W Zabrzu był tzw. „internat”. Myśmy w szpitalu zabrzańskim próbowali pomóc uwięzionym, wyciągnąć ich, więc przypisywaliśmy imróżne choroby i w wielu przypadkach nam się to udawa- ło. Właśnie dlatego byłem przesłuchiwany przez służby bezpieczeństwa. Byłem prze- konany, że tym razem znów nie dostanę paszportu, ale – ku mojemu zdziwieniu – pozwolenie na wyjazd dostałem. Niestety, rodzina musiała zostać w Polsce. Ale, gdy byłem już tam, na miejscu, poruszyłem nie- bo i ziemię, by ich do siebie ściągnąć. Wró- ciliśmy też głównie z powodów osobistych, ale z ogromnym doświadczeniem, które potemwykorzystaliśmy wpracy w Polsce. – No właśnie, to pan jako pierwszy na Śląsku wykonał poszerzenie naczyń wieńcowych. Ośrodek zabrzański pod pańskim kierownictwem rozwinął się, osiągając światowy poziom. Kardiologia inwazyjna stała się szalenie ważną gałę- zią medycyny. Domyślam się, że decyzja o przejściu do Katowic nie była łatwa. – To prawda. W 1995 pan prof. T. Petelentz – kierownik III Kliniki Kardiologii, odchodził na emeryturę i szukano następcy. Ja się długo nad tym zastanawiałem, bo w tej sta- Teraz jest nowy kierunek, a mianowicie ksenotran- splantacja. To jest jeszcze w powijakach, mimo że eksperymenty trwają od 1963 roku. W styczniu tego roku doszło do pierwszej takiej ksenotran- splantacji w Stanach. Pacjentowi (za zgodą jego, rodziny, a także wszystkich organizacji regulacyj- nych) wszczepiono zmodyfikowane genetycznie serce świni. Przeżył miesiąc. To długo, choć ocze- kiwano, że będzie żyć znacznie dłużej. Ale myślę, że to będzie kontynuowane, aż w końcu zostanie opracowana metoda, by serce przedstawiciela inne- go gatunku mogło pracować w ciele człowieka.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5