ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach październik 2024 nr 313
Pro Medico październik 2024 14 Piotr Biernat zastępcaredaktoranaczelnego ProMedico Tegoroczny sierpień był szczególny. Od Powstania Warszawskiego minęło dokładnie osiemdziesiąt lat i choć fakty historyczne są wszystkim znane, wciąż za mało pytań o emocje i osobiste historie z tamtych dni. Zapach śmierci Na Śląsku mieszka dwoje lekarzy powstań- cówwarszawskich. Są jednymi z nielicznych żyjących, spośród ponad 8000 medyków biorących udział w tym sierpniowym zry- wie, który choć nie był zwycięski, to w życiu wielu, wtedy młodych, był najważniejszym czasem. W willowej dzielnicy Katowic pukam do drzwi dr Hanny Odorkiewicz- -Sikocińskiej, noszącej w czasie powstania pseudonim„Pszczoła”sanitariuszki wobwo- dzie I Śródmieście. W zielonej dzielnicy Gli- wic zaś, wwieżowcu na 9. piętrze, odnajdu- ję dr. n. med. Mieczysława Buczkowskiego, któremu w 1944 r. nadano pseudonim „Buk”, młodszego lekarza w powstańczym szpitalu w klasztorze ss. Zmartwychwsta- nek i na warszawskim Żoliborzu. Mam świadomość, że być może jestem ostatnim dziennikarzem, któremu za chwilę oboje powierzą swe osobiste opowieści. Razem z ekipą filmową z izby lekarskiej nagrywamy te spotkania. Ona. Przed sierpniem była jedną z wielu harcerek należących do Szarych Szeregów. Miała tylko 13 lat. Jej zastęp spotykał się w lasach na południu Warszawy, tuż za Pia- secznem. Dziewczyny na zbiórki dojeżdżały kolejką i tammiały zajęcia sanitarne, uczyły się, jak to w harcerstwie, piosenek i alfabe- tu Morse’a oraz zachowania w przypadku... bombardowania. Należała dowtajemniczo- nych harcerek, które – w razie zagrożenia – miały być łączniczkami przenoszącymi wiadomości. On. Miał 21 lat i na tajnych kompletach stu- diował medycynę, szczególnie pilnie przed- mioty z chirurgii. Jeszcze nie wiedział, jak te zajęcia szybko będą mu potrzebne. W lipcu 1944 r. w szpitalu, gdzie większość leka- rzy była oficerami rezerwy, atmosfera była podobna jak na ulicach. Napięta do granic. Powstanie wisiało wpowietrzu. Ona. Pierwszego sierpnia niosąc wiado- mość do punktu dowodzenia, dowie- działa się, że ma przydział do szpitala na Mokotowie, do sióstr elżbietanek, ale tam już strzelano, podobnie jak na placu Teatralnym. Próbowała wrócić do domu po plecak z przygotowanymi ubraniami i jedzeniem. Unikając strzałów, cofnęła się przez plac, ówczesny Adolfa Hitlera, i do Królewskiej. Do domu się czołgała tak, jak uczono ją w Szarych Szeregach. Dotarła, a mama mówi: „Strzały są wszędzie dooko- ła, ja cię nigdzie nie puszczę, nie ma mowy”. W piwnicy nie wysiedziała jednak długo. Przy Mariańskiej był szpital. Zgłosiła się i tam stworzono punkt sanitarny. Później potrzebna była na Twardej, też w punkcie sanitarnym. Był tam już student z ostatnich lat medycyny i kilka dziewczyn oraz jeszcze jakiś chłopak. Nikt nie patrzył, ile ktoma lat. On. Właściwie powstanie go zaskoczyło. Miał być w Szpitalu Ujazdowskim, ale strze- lanina z Niemcami zatrzymała go na Żolibo- rzu. Tam od razu samorzutnie powstawały punkty sanitarne, na razie tylko opatrun- kowe. Pamięta pierwszą ranną kobietę, miała ciężko rozwalone udo, tęga osoba. Organizowano łóżka, powstawały jakby małe szpitale. Lekarze związani z AK wielo- krotnie w nich przejmowali kierownictwo. Ale w zasadzie wiele inicjatyw powstawało samorzutnie, bo ranni pojawili się od razu. Ona. Nikt nie czekał na rozkazy. Punk- ty sanitarne rodziły się tam, gdzie była taka potrzeba, w zaułkach barykad albo w mieszkaniach. Zsuwało się do osobnego pokoju wszystkie meble i wstawiało łóżka, jak najwięcej łóżek. Jakieś panie gotowały zupy z kaszą, póki można było. Gdzieś nie- daleko była fabryka budyniów i cukruwani- liowego, potem budyń się rozgotowywało, żeby był do picia. Po pewnym czasie nie było wody. W połowie sierpnia chyba jesz- cze kapała, amoże już nie? On. Głównym szpitalem był szpital zmar- twychwstanek, który właściwie w pierw- szych momentach powstania znalazł się na linii ognia i po kilku dniach został ewa- kuowany. Na ulicę Krasińskiego. Tam były warunki jak na szpital bardzo dobre. Daw- niej było tam kino, była szkoła i pawilony, z których jeden od razu stał się blokiem operacyjnym. Drugi był dla lżej rannych. Zgorzel gazowa i tężec niedługo czekały na swe ofiary. Ona. Ludzie przynosili, co mogli. Bandaży starczyło na kilka dni. Potem darło się prze- ścieradła, kroiło bieliznę pościelową. Były spore zapasy alkoholu, to był środek dezyn- fekujący. Polewano rany spirytusem, może spirytus się rozcieńczało. De facto nie było czym leczyć i wkrótce nawet opatrywać ran. Wszyscy biegali, pełno wokół głosów, krzy- ków, wydawanych rozkazów. On. Rannych początkowo było niewielu, ale ich liczba ciągle rosła. Gdy padła Wola, oddziały wycofywały się do Śródmieścia, częściowo przechodziły na Stare Miasto, potem ze Starego Miasta, przez Śródmie- ście i na Mokotów. Lżej ranni byli opatry- wani w punkcie sanitarnym, ciężej rannych przenoszono na noszach lub na drzwiach do szpitala naMariańską. Szpital szedł pełną parą, w dawnej sali kinowej rozpoczęły się operacje. Wszyscy byli w euforii, wywieszali chorągwie biało-czerwone, śpiewali pie- śni. Przez pierwsze dwa, trzy tygodnie była radość. Wierzono, że powstanie się uda, żeWarszawa będzie wolna. Ona. Z każdym dniem coraz większe znisz- czenia, coraz więcej rannych. Chociaż, gdy była chwila wolna, przypominali sobie, że są dziećmi. Ranni chłopcy śpiewali z sani- tariuszkami harcerskie i wojskowe piosenki. Gdy przyleciały samoloty i były zrzuty broni, wielu jakby urosły skrzydła. Potem przyszły gorsze informacje o tym, że kolejna dzielni- ca padła i coraz mniej miasta jest w rękach Powstańców. Nastroje gasły z godziny na godzinę. Do tego panował głód. Trze-
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5