ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach październik 2024 nr 313
Pro Medico październik 2024 15 ba było wytrzymać w punkcie sanitarnym do ostatniego dnia Powstania nawet, gdy docierali już tylko sami ciężko ranni. On. Dwa dni ataku Niemców 22, 23 sierp- nia. Koszmar, rannych ogromnie dużo. Szpital i wszystkie ekipy operacyjne pra- cowały non stop. Lekarze nie odchodzili od stołów operacyjnych. Kiedy się sła- niali, siostry przez koszulę wstrzykiwały im kofeinę, żeby jakoś jeszcze działali. Rannych było coraz więcej, ale szpital działał. Przyszedł jednak dzień najgorszy. Około 1 września, nalot pocisków zwa- nych szafami, zapalających min i samo- lotów. Zaczęło się bombardowanie szpi- tala. Straty olbrzymie. Wtedy został ranny w głowę. W powietrzu rzucało wszystkim i wszystkimi. Pełne zadymienie i krzyki ludzi. Na nim wylądowała sanitariuszka, chyba nazywała się Zubrzycka. W pew- nym momencie widział, że oko wisi jej na pęczku naczyniowym. Ona. To były bardzo trudne chwile, a w dodatku zaginął jej ojciec. Potem okazało się, że ranny leżał w szpitalu na Hożej. Żyje – chociaż jedna dobra wia- domość, co za ulga. Z punktu ubywało sporo osób i wśród mieszkańców, i wśród obsługi. Nie było radości, ginęła nadzieja. Już wiadomo było, że Powstanie skończy się kapitulacją. Coraz więcej zburzonych i spalonych domów. Obok punktu sani- tarnego bomba spadła ukośnie, wbiła się w parter albo w pierwsze piętro, zasypała piwnice. Słychać było jęki ludzi zasypa- nych i nie można było pomóc, bo zwaliły się na nich dwa piętra. On. Odłamek ma w sobie do tej pory. W czole siedzi i już zostanie, żeby nie zapomnieć tamtego nalotu. Wtedy nastą- piła gehenna. Trzeba było ratować kogo się da. Pierwszy raz w życiu widział ludzi całych czarnych, palących się, całkowicie spalonych z pękającą skórą i gotującą się krwią. Rozpoczęto ewakuację. Paręset ran- nych świeżo krwawiących zostało prze- ciągniętych z ulicy Krasińskiego poprzez podwórze domu przy ulicyMickiewicza 30 na Mickiewicza 32 do tak zwanego Szkla- nego Domu PZU, do garażu. Olbrzymie były te podziemne garaże. Paręset osób, a i tak nie mogli zmieścić się wszyscy. Ona. Na barykadach i w punktach sani- tarnych nie było czasu na przyjaźnie, Zresztą jedni zostawali, inni szli walczyć. Za krótki czas. Inaczej niż na filmach i w piosenkach. Najgorsze były bom- bardowania tzw. szafami lub krowami. Jak się słyszało ich odgłos, nie wiadomo było, gdzie uderzy. Dźwięk był najpierw podobny do odsuwania szafy, a potem, gdy nadlatywały do ryku wielkiej krowy. Nie było gdzie się schować. On. Widział, jak rannych w głowę zosta- wiono na starym miejscu w piwnicach pod kinem na Krasińskiego. To była już właściwie grupa w agonii. Krzyk, płacz i po kostki we krwi. Wstrzykiwano im morfinę, żeby jakoś ich wygasić i żeby przestało boleć. Ona. Jej ojciec, gdy już wychodził z bary- kady na Alejach Jerozolimskich, został trafiony w brzuch. Leżał pod ostrzałem kilka godzin, bez żadnej pomocy. Potem dopiero go ściągnięto do szpitala. On. Jak wielu zaraził się szalejącą w ruinach czerwonką. Wszystkich ze szpi- tala na Krechowieckiej przenoszono w kolejne miejsce do Fortu Sokolnickie- go. Tam na parterze była masa ludzi, nie tylko Powstańców, ale i cywili, setki ludzi chowało się po zburzeniu ich domów. Na górze natomiast byli ranni. Kładzio- no ich tam, gdzie było miejsce na ziemi. A pod ścianą sterta trupów ułożonych jeden za drugim. Ona. Wychodziła razem z cywilami zWar- szawy bez słowa. Z mamą i bratem udało się im dowlec do Dworca Zachodniego. Za resztę zachowanej biżuterii przekupili żandarma i uniknęli transportu do Oświę- cimia. On. Wydostał się z Warszawy podpierany z obu stron przez sanitariuszki, obrócił się za siebie i wtedy poczuł niesamowity trupi smród. Do dziś czuje smród palonej Warszawy i smród spalonych ciał. POWOJNIE Ona: Hanna Odorkiewicz-Sikocińska skończyła medycynę i została znaną w Katowicach lekarką. Była wśród założy- cieli Hospicjum Domowego im. św. Fran- ciszka, gdzie do dziś, jako woluntariusz, pomaga podopiecznym. Ma 93 lata. On: Mieczysław Buczkowski konty- nuował studia medyczne, kończył spe- cjalizację, obronił doktorat z chorób wewnętrznych, na Śląskiej Akademii Medycznej uzyskał stopień adiunkta, został ordynatorem i dyrektorem szpita- la. Był jedynym wówczas bezpartyjnym dyrektorem szpitala. Ma 101 lat. Na Śląsku mieszka dwoje lekarzy – powstańców warszawskich. Są jednymi z nielicznych żyjących, spośród ponad 8000 medyków biorących udział w tym sierpniowym zrywie, który choć nie był zwycięski, to w życiu wielu, wtedy młodych, był najważniejszym czasem. To dr Hanna Odorkiewicz-Sikocińska, nosząca w czasie powstania pseudonim„Pszczoła” i dr n. med. Mieczysław Buczkowski, pseudonim„Buk”.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5