ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach październik 2024 nr 313
Pro Medico październik 2024 22 Do specjalisty Czesanie łysego Jak to załatwiłeś? To pytanie dźwięczy mi w uszach. Jest w nim echo podziwu dla mojej, jak zawsze skromnej, osoby. Dr n. med. Andrzej Wojcieszek Wszystko zaczęło się od wyprawy do Pra- gi. Tam w metrze pozbawiono mnie portfela. No cóż, jedną z prawd o Pradze, Paryżu i Odessie, jest informacja o specja- listach branży złodziejskiej. Po powrocie zacząłem odtwarzać dokumenty. Dowód osobisty, prawo jazdy i dowód rejestra- cyjny. Dwa pierwsze to pikuś. Urzędnicy byli kompetentni i sprawni. Ten trzeci kwit okazał się przeszkodą niczym Wielka Par- dubicka. Pierwsze podejście do wydziału komuni- kacji było nieudane. Miałem za mało„kwi- tów”. Drugie również, bo zakwestionowa- no dotychczasową rejestrację. Leasing, wcześniejsze zakończenie umowy lub czegoś ponoć nie zrobiłem. Tak twierdzi- ła młoda i „letko wnerwiona” urzędnicz- ka. Patrzyła tępawym wzrokiem w ekran komputera i każdą uwagę kwitowała słowem „wiem”. Zdobyłem kolejne „kwi- ty” i znowu pocwałowałem do urzędu i pocałowałem klamkę. Uprzejmy starszy Pan w odblaskowej kamizelce objaśnił mi problem. Maszyna wydająca numerki kolejce petentów już przed ósmą wyda- ła limitowaną ilość. Dodał, że są tacy, co tu od piątej rano stoją. O moja naiwności! Wreszcie uzbierałem wszystkie możliwe papiery w tłumacze- niu na język mongolski i w trzech kopiach. Wstałem bladym świtem i pojechałem stać wkolejce. Kolejki to nie polski wymysł, nawet nie PRL-u. Angole mają cudne słowo queuing , które oznacza tę niezbyt przyjemną rzeczywistość, kolejkowanie. To nasze słówko jest trochę chropowate i kanciaste. Jednak co cywilizacja zachod- nia, to cywilizacja. Tym razem zdobyłem szczęśliwy numerek. Potem jako bywalec znający tempo pracy (4-5 klientów/godz.), skorzystałem z rady, aby wrócić za dwie godziny. Śniadanie, najważniejszy posiłek dnia, zjadłem w domu. Wróciłem po jed- nej godzinie i piętnastu minutach. Oblicze moje zbladło i wyrażało bezsilną wście- kłość. Okazało się, że kolejka przepadła. I może bym się poddał, ale do odważnych świat należy. Udałem się do Informacji. Musiałem źle wyglądać. Starszawy Pan, utykający i w czarnym podkoszulku posy- panym białymi paprochami (niczym Pan Jarek łupieżem) i w brelach. Wyłuszczy- łem problem. Pani poszła zapytać. Sąsiad z kolejki do informacji, skomentował krót- ko:„Nic nie załatwi. Oni tu w ogóle nic nie umieją załatwić”. Pani wróciła i szepnęła: „Proszę do okienka nr 13”. Cud prawdziwy, nie mniemany. Tam był człowiek, prawdziwy człowiek. Ze sto- su papierów wybrał ledwo kilka kar- tek i załatwił w kwadrans wsio. To była „szczęśliwa trzynastka”. To był prawdziwy specjalista. W tym przypadku nie miałem żadnej zasługi, ale pochwałę z ust żony łykałem niczym gęś kluski. Ktoś zapyta, po co o tym piszę. Ha, mniej więcej tak samo wygląda „zdo- bycie” szybkiego terminu wizyty u leka- rza specjalisty. Zapory urzędnicze, zasieki dozorowane przez rejestratorki, telefo- nistki i tych, którzy to wymyślają. Zapisy na termin, kolejka do kolejki, lista rezer- wowych, złe skierowanie, nie taka nazwa poradni. Wiem, że nigdy nie będą wszyscy zado- woleni. To system oparty na władzy ludu, a w obronie tegoż ludu stoją urzędnicy. To już raz pier…o. Za Matki Komuny dzia- łał system nakazowo-rozdzielczy. Potem „człowiek z małym rozumkiem”przychodził na kontrolę. Jak miał sprawdzić pracę leka- rza? Nametry albo na kilogramy, czy sztuki? Czy lepszy jest ten kierownik, który postawił kontrolującym śniadanie (korupcja), czy odwrotnie? Mnie urzekł debil, który oceniał wartość leków przepisywanych przez leka- rza. Ekonomista? Przecież chodzi o jakość pracy lekarza. Kto pamięta felieton z numeru 305, ten zrozumie moją myśl. Ostatnio byłem na wizycie kontrolnej u lekarza. No cóż, hulaszcze życie doprowadziło do koniecz- ności dbania o poziom cukru (pardon, stężenia glukozy). Pani doktor (notabe- ne znakomita) wykonała swoją pracę, a potem przez ponad dziesięć minut wpi- sywała dane w system komputerowy. Jed- nym palcem. To nie jest jej wina, towłaśnie jest wina sys- temu. Wielu lekarzy nie patrzy na chorego, tylko na ekran komputera. Każdy specjali- sta powinien mieć asystentkę (dawniejsza piszpanna), która pisze biegle, a klawiatu- ra nie ma dla niej tajemnic. Ona też będzie specjalistką. Tak jest od 1947 roku w orga- nizacji pracy przychodni przy Instytucie Onkologii. Pierwszy Dyrektor Dr Stanisław Bylina, wyszkolony przed wojną na sta- żach w Europie (po wojnie komuna nie wypuszczała go z kraju), mając za mało lekarzy, wiedział, że wsparcie techniczne pracy jest niezbędne. Dodatkowo historie chorób były czytelne. Czy jest szansa na lepsze zorganizowanie pracy lekarza? Na SOR, gdzie przywio- złem znajomego z rozbitą głową, obser- wowałem pracę chirurga. Zaopatrzyć ranę to betka, potem ten biedny lekarz zaczął pisać na komputerze. Wszyscy wiemy, że chirurdzy mają dziedziczną awersję do pisania, a recept w szczegól- ności. I ta czynność trwała i trwała. Inni cierpliwie, choć wkurzeni, czekali. Mogę szczerze napisać „mi to tito”. Nie widać tego z ministerialnych wyżyn, dlatego nie sądzę, że „ktoś” to inaczej ustawi. Przecież pół roku ględzą wytatu- owane panienki, że muszą pilnie i „dzień po”. A emeryt w kolejce ma czas. W koń- cu na coś trzeba umrzeć. Pomimo mojej słodkiej choroby, plon szarej renety w postaci strucli oraz faszerowanej kaczki „barbarie” pożarłem.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5