ProMedico PS Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach październik 2020 nr 273

Pro Medico • październik 2020 24 Fot. pl.wikipedia.org (domena publiczna) Przez kilka wieków do dominujących chorób należały gruź- lica i kiła. Choroby były wyzwaniem dla lekarzy i znaczącym problemem społecznym. Co więcej, dotyczyły różnych narzą- dów i były „wielkimi imitatorami”, wywołując bardzo zróżni- cowane objawy i zmiany, a przez to naśladując wiele innych chorób. O powszechności kiły niechaj świadczy powiedzenie, ponoć popularne przed laty: „Dżentelmen kiły się nie boi, dżentelmen kiłę ma”. Nie wnikając w historię i związane z nią spory dotyczące pocho- dzenia kiły, przypomnę zapomnianą metodę terapeutyczną. Od XVI-XVII wieku było znane korzystne działanie przegrzania organizmu chorego na kiłę. Przed wiekami chorych zakopywano w gnoju (fermentując podnosił temperaturę), a także stosowano preparaty rtęci, bardzo toksyczne, ale wywołujące gorączkę, która istotnie zmniejszała objawy zakażenia kiłowego. Na tej zasadzie opierała się metoda wprowadzona przez austriackiego psychia- trę Juliusa Wagnera-Jaureggego (1857-1940), za którą w 1927 r. otrzymał nagrodę Nobla. Próbując leczyć niektóre psychozy (w tym kiłowe zajęcie układu nerwowego) zakażeniem malarią, zaobserwował on korzyst- ne działanie epizodów gorączki zimniczej. Metoda polegała na sprawdzeniu czy chory nie jest uczulony na chininę, a następ- nie podaniu mu ok. 20 mililitrów krwi chorego na zimnicę, pobra- nej w okresie gorączkowym. Tak zakażony chory na kiłę powinien przejść dwa cykle gorączki, co było znacznym obciążeniem organizmu, bowiem nie otrzymy- wał środków przeciwgorączkowych, a następnie podanie chininy leczyło go z malarii. Terapia pozwalała na znaczne złagodzenie, a czasem całkowite ustąpienie objawów zakażenia kiłą. Została wprowadzona w latach 20. XX wieku, mniej więcej w tym samym czasie, co pierwszy chemoterapeutyk – salwalsan. Dopiero jednak penicylina, zastosowana w kile po raz pierwszy w 1943 r., znaczą- co zmieniła rokowanie. Niestety, Julius Wagner-Jauregg nie zapi- sał się chwalebnie w historii; popierał faszyzm i „dokumentował” pseudonaukowo zasady rasizmu. Jakomłody lekarz spotykałem chorych, którzy wwywiadzie poda- wali, iż byli leczeni„końską terapią”. Tak popularnie nazywano opi- saną powyżej metodę, ponieważ w powszechnym przekonaniu „napady” gorączki były takim obciążeniem organizmu, iż trzeba było mieć„końskie zdrowie”, aby je przeżyć. Pozostałością metody leczenia zimnicą kiły jest używane powszechnie do dzisiaj powiedzenie „syf z malarią”, które współ- cześnie ma inne znaczenie – określa coś, co budzi odrazę, jest brudne, zepsute i bardzo złej jakości. Zwykle jednak używający zwrotu „syf z malarią” nie mają świadomości jego medycznej historii. Eugeniusz Józef Kucharz cechą lekarza jest nie jego profesjona- lizm, kompetencje, rozległa wiedza czy doświadczenie, tylko cierpliwość w obja- śnianiu zawiłości medycyny, ciepły, czu- ły głos budzący zaufanie i niezliczona ilość czasu poświęcona niekoniecznie na leczenie, lecz na empatyczne przy- stanięcie i wyjaśnienie rodzicom, dziad- kom, chrzestnym, stryjom, prawnuczce i pasierbowi – w chwili przez nich wybra- nej i poświęconej – czyli natychmiast i w tym momencie, skąd wzięły się powi- kłania u prababci, która szczęśliwie naby- wa cech bliskiego członka rodziny wraz z pojawieniem się problemów, czyt.: bra- kiem oczekiwanego (czasem nierealnego) efektu leczenia. Dziś zatem nie wystarczy, że pacjent został wyleczony albo, że uda- ło się zminimalizować skutki choroby (bo na pełne wyleczenie po prostu nie ma szans). Dzisiaj żąda się od lekarza przede wszystkim wywołania pozytyw- nych uczuć u pacjenta i jego krewnych, leczenie musi być wygodne, przyjemne, pozbawione dyskomfortu. Znajomy doktor powiedział mi, że kiedyś kobieta miała dwie pary majtek: jedną na co dzień, drugą do lekarza. W ciągu ostatnich 10-15 lat coś się radykalnie zmieniło w naszym narodzie. I stosunek pacjenta do lekarza jest tego smutną ilu- stracją. Być może jest to tylko etap na dro- dze do dobrze pojętej demokratyzacji społeczeństwa, gdzie dziś partnerstwo traktowane jest trochę na wyrost i chyba trochę nieumiejętnie. I nie chodzi mi o to, że pacjent powinien padać przed leka- rzem na kolana, wszak lekarze też bywają pacjentami (oby jak najrzadziej!). Pacjent musi przyjąć, że partnerstwo oznacza nie tylko prawa, ale i obowiązki – co dotyczy także ich, jako aktywnego uczestnika procesu leczenia. Partner- stwo nie oznacza roszczeniowości, tylko odpowiedzialną współpracę. Wiadomo, że wszyscy zasługują na szacunek i wia- domo też, że pacjenci nie mają poję- cia o realiach pracy lekarza, bo serial „Na dobre i na złe” pokazuje marzenia, których realia nigdy nie dościgną. Wierzę jednak, że pacjentem można nauczyć się być; tak samo, jak dobrym lekarzem. A TO CIEKAWE... Medyczna historia pewnego powiedzenia JuliusWagner-Jauregg (wśrodku) z asystentami wwiedeńskiej klinice.

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5