ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach październik 2021 nr 283

19 Pro Medico • październik 2021 ROZMOWA Renata Popik, od 2013 r. wolontariusz i członek Polskiej Misji Medycznej, chirurg ze Szpitala Miejskiego w Rudzie Śląskiej, ma za sobą siedem misji, trwających średnio cztery tygodniekażda.Trzy razybyławUgandzie, dwukrotniewMjanmie. ZFundacją KulturyŚwiatawyjechaładoTanzanii, azFundacjąRedemptorisMissiodoKamerunu. Na naszej granicy byłam bezradna – Co myśli lekarz z takim bagażem doświadczeń, gdy widzi dramat uchodź- ców na polskiej wschodniej granicy, któ- ry rozgrywał sięw sierpniu i wrześniu? – Mnie włos się jeżył na głowie. Rozma- wiałam online z miejscową lekarką, która razem z działaczami organizacji pozarządo- wych próbowała dostać się do uchodźców z pomocą. Ustalałyśmy, co ja mogę zrobić i jak jako chirurg impomóc.Wkońcu jednak nikomu nie pozwolono do nich podejść, a za chwilę pojawił się ten barbarzyński drut kolczasty. – Przypomniały się pani obrazy z misji doAfryki? – Nawettamtakniebyło.NagranicySudanu Południowego z Ugandą, gdzie ciągle trwa wojna, ciężarówki wypełnione emigranta- mi jeżdżą dniami i nocami i nikt nie blokuje im drogi. Gdy trzeba było, też ich leczyłam. Podobnie jak np. uchodźców z Rwandy, któ- rzy schronili się uciekając przed rzezią. Blizny odmaczet czy nawet nie wiem czego, robiły wrażenie. Daleka jestemodmyśli o otwarciu naszych granic dla wszystkich, bo każdego trzeba najpierw sprawdzić. Ale nie mieści mi się w głowie, że można zabronić leka- rzowi czy ratownikowi podejścia do osoby, która wzywa pomocy. – Mówi się, że empatia – zwłaszcza lekar- ska – nie powinnamieć granic... – No nie powinna. – A jednak ma. Proszę zobaczyć tych Afgańczyków i dramaty odrzuconych ludzi z krajów tzw. Trzeciego Świata. Wszyscy przyglądają się temu z daleka i milczą. Wielu nawet popiera takie ich traktowanie, jakby byli innymi ludźmi. – Już sama siebie zaskakuję, bo przesta- ję odpowiadać sobie na takie pytania. Boję się, że za chwilę w ogóle ich sobie nie będę zadawać. I mimo że naprawdę nie mam w sobie nic z doktora Judyma, to nie wyobrażam sobie, jak można zostawić ludzi leżących na ziemi i nie podejść, nie zoba- czyć, czy żyją, czy nie potrzebują pomo- cy? Takie zobojętnienie niestety nie jest obce także w świecie medyków i pacjen- tów. Na forach internetowych spotykało mnie wiele negatywnych komentarzy: po co pojechała tam skoro tu tyle robo- ty, przez nią są kolejki w przychodniach, że jakąś „zarazę” przywiezie itd. Pełno nie- nawiści i wrogości. Znokautował mnie komentarz pacjenta z mojego oddziału, który powiedział: – Ja to panią nawet sza- nuję, ale pani to chyba nie ma świadomo- ści co „ONI” zrobili Europie. Jacy „oni” – już nie dopytywałam. – Wracając do afrykańskich misji. Po spotkaniu ludzi leczonych na co dzień przez czarowników, myśli pani, że oni potrzebująmedycyny? – Sami o to proszą. Na spotkanie z leka- rzem przybywają pieszo, rowerami, moto- rami, łódkami czy wynajętym mikrobusem. Czasem dowożą ich misjonarze, z którymi współpracujemy. Pamiętam, że pewien starszy mężczyzna, pieszo, podpierając się kijem, szedł do nas dwa dni. Nikt, kto kie- ruje się zdrowym rozsądkiem, nie wyjeżdża na misje z zamiaremwykonywania wielkich zabiegów, wprowadzania nowoczesnej medycyny w miejscach, gdzie nikt nie sły- szał nawet o pyralginie. Tam często trzeba zaczynać od zupełnych podstaw. Chociażby od nauki poprawnego mycia rąk. Dodatko- wą trudnością dla lekarza w czasie misji jest wykraczanie poza swoją specjalizację. Nie obijałam się na stażach, ale nie mogę się przecież równać na przykład z chirurgiem dziecięcym. Namiejscu często trzeba opero- wać również dzieci, a lekarz jest od wszyst- kiego i wszystkich. Jest reguła – albo – albo. Albo coś zrobię ja, albo nikt... Fot. archiwum prywatne

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5