ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach październik 2021 nr 283
21 Pro Medico • październik 2021 czeniem, płetwonurkiem, a także trenowa- łem wschodnie sztuki walki i uprawiałem sporty ekstremalne. Wszystko wskazywa- ło na to, że jestem dobrze przygotowany do nowych zadań, a jednak była niepew- ność. Ten głos w głowie. Niepokój. Jak by nie było, czekało na mnie nowe środowi- sko, nowi ludzie, nowe wyzwania, nowe zagrożenia i przede wszystkim wielona- rodowy zespół profesjonalistów i bardzo wysokie standardy. Czy dam radę? W bazie lotniczej Kandahar Airbase, będą- cej jedną z głównych baz wojskowych NATO w Afganistanie, wszystko, z czym zetknąłem się po przylocie, było nowe. Znalazłem się w temperaturze ponad 40 stopni Celsjusza w cieniu, w strefie działań wojennych, gdzie wszystko musia- ło być podporządkowane otaczającej nas rzeczywistości: przepisy, kontrole bezpie- czeństwa, mnogość alarmów i odpowia- dających im procedur, uzbrojeni żołnierze, pojazdy wojskowe, schrony, dress kody mówiące o tym, czy kamizelki i hełmy balistyczne należy nosić cały czas, czy tyl- ko mieć w zasięgu ręki, kodowane zamki, nieustanny hałas samolotów i śmigłow- ców wojskowych. Wszystko nowe, a ja już drugiego dnia pobytumiałemobjąć dyżur w jednej ze stacji ratowniczych w bazie. Nowe procedury powiadamiania, łącz- ności, współpracy z lokalnymi służbami (strażą pożarną, żandarmerią, saperami, służbami lotniskowymi, szpitalami, ambu- latoriami). Od dawna nie czułem takiego ciężaru odpowiedzialności i związanego z nim stresu. Do naszych zadań należało zabezpiecze- nie medyczne całej bazy, w której przeby- wało od kilku do kilkunastu tysięcy osób, przyjmowanie poszkodowanych, trans- portowanych przez wojskowe pojazdy i śmigłowce ewakuacji medycznej, prawi- dłowe ich zabezpieczenie i przekazanie w szpitalu obsadzonym przez personel Marynarki Stanów Zjednoczonych, trans- port chorych i rannych pomiędzy placów- kami medycznymi na terenie bazy, a także utrzymywanie stałej gotowości poprzez organizację i uczestnictwo w licznych szkoleniach. Rytm dnia dyktowany był porami posił- ków, dźwiękiem syren alarmowych, ostrzegających przed ostrzałem bazy pociskami rakietowymi i moździerzowy- mi lub próbami wtargnięcia na jej teren, głosem dyspozytora, który za pośrednic- twem przenośnej radiostacji przekazywał informacje o kolejnym zgłoszeniu i... tele- fonami do domu. Te nie były łatwe. Wia- domo, jak to jest z dziećmi – czasem pełne ekspresji przekrzykują się w chęci opo- wiedzenia całego dnia swych dziecięcych przygód, a czasem, oderwane od swoich zabaw, czekały tylko na koniec rozmowy, by z powrotem do nich wrócić. Ty możesz tylko mówić, słuchać i czasem patrzeć na obraz z kamery. Nie możesz ich przy- tulić, nie możesz pogłaskać po włosach, nie poczujesz ich zapachu, nie ucałujesz na dobranoc. Gdy czasem miały smut- niejszy dzień i ze łzami w oczach mówiły, że nie chcą by coś mi się stało i bardzo tęsknią, to dorosłemu facetowi, który „niejedno w życiu widział”, odbierało głos. Po prostu zatykało mnie i najzwyczajniej w świecie chciało mi się ryczeć. Ale pła- kać można było dopiero po zakończeniu rozmowy, gdy już tego nie widzą i nie sły- szą, bo w trakcie jej trwania musisz poka- zać, że wszystko jest w porządku, że nic ci nie grozi i że niedługo wrócisz do nich do domu i razem pójdziecie za rękę na spacer, a potem utulisz je do spania. Potem możesz płakać w swoim kontene- rze dwa na cztery metry, aż do kolejnego wezwania „Attention on the net”, zwiastu- jącego przez radiostację, że gdzieś, komuś wydarzyło się coś niedobrego. Po kilku tygodniach przywykłem. Do nowego miejsca i zadań oczywiście, nie do rozłąki z córkami. Znałem topo- grafię całej bazy, realizowanie procedur na wypadek alarmów stało się automa- tyczne, znałem już ludzi i sprzęt, zdałem egzaminy dopuszczające do ruchu karet- ką po płycie lotniska, nawiązywałem łączność radiową z wieżą kontroli lotów, przybijałem„piątkę” z personelem szpitala i grałem w siatkówkę ze strażakami. Pomi- mo tego wszystkiego, nie można było mówić o rutynie. Liczba ćwiczeń i różno- rodność scenariuszy nie pozwalała popa- dać w monotonię, a głos dyspozytora, podający minuty do lądowania śmigłow- cówmedevac z rannymi, nieustannie pod- nosił poziom stresu. W szczególności, gdy poszkodowanych byłowielu. Baza stała się moim nowym domem i tylko wieczorne telefony przypominały o jego „tymczaso- wości”. Czuliśmy się częścią dobrze naoliwionej maszyny. Przez te kilka miesięcy przeżyli- śmy w bazie ostrzały rakietowe, katastrofę śmigłowca, awaryjne lądowania latają- cych cystern, niewybuchy bomb na tere- nie bazy, nieumyślne wystrzały rakiet z głowicami bojowymi na terenie lotniska, spędzaliśmy noce w schronach, a w tym wszystkim przez cały czas zabezpiecza- liśmy poszkodowanych z postrzałami, po wybuchach min pułapek, z amputa- cjami i oparzeniami. Dzięki pracy w takim miejscu zdobyłem bezcenne doświadcze- nie, i to nie tylko medyczne. Zobaczyłem, że system opieki nad pacjentem może być spójny i spraw- ny. Na co dzień odczuwaliśmy szacunek do wykonywanego przez nas zawodu. Otaczali nas ludzie, którzy pomimo wyjąt- kowych okoliczności, byli dla siebie życz- liwi, a przełożeni wsłuchiwali się w nasze wnioski, uwagi i problemy, i wspólnie z nami wypracowywali rozwiązania. Nauczyłem się też, że podstawą sprawne- go działania jest solidny zespół. Poznałem tam świetnych specjalistów i jeszcze lep- szych przyjaciół. Razem wiele przeszliśmy i zrobiliśmy wiele dobrego. I to właśnie jest to, co mogłoby przechylić szale decyzji o kolejnym wylocie na misję. Zgrana paka ludzi, dla których ratownic- two to pasja, którzy mają to samo poczu- cie obowiązku, ale i humoru. Którzy nie zawahają się w stresie i niebezpieczeń- stwie i którzy, niezależnie od okoliczności, podadzą pomocną dłoń. Bo na świecie zawsze będą się działy złe rzeczy, które będą potrzebowały dobrych ludzi i jeszcze lepszych ratowników. Gdy poszkodowanych było wielu, baza stała się moim nowym domem i tylko wieczorne telefony z Polski przypominały o jego „tymczasowości”. Czuliśmy się częścią dobrze naoliwionej maszyny. Zobaczyłem, że system opieki nad pacjentem może być spójny i sprawny. Na co dzień odczuwaliśmy sza- cunek do wykonywanego przez nas zawodu. Otaczali nas ludzie, którzy pomimo wyjątkowych okoliczno- ści, byli dla siebie życzliwi, a przełożeni wsłuchiwa- li się w nasze wnioski, uwagi i problemy, i wspólnie z nami wypracowywali rozwiązania.
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5