ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach październik 2022 nr 293

19 Pro Medico • październik 2022 na śmietnik.Wówczas dr Osadnik zdecydował, że gowywiezie doAfry- ki. Na początku w szpitalu nikt nie wierzył, że mu się uda, ale też nikt specjalnych barier nie stawiał. Jak chce, niech bierze urlop i jedzie – powiedział szef, a dyrektorka szpitala zatwierdziła. W domu długo nikt o niczym nie wiedział, a kiedy dr Osadnik wresz- cie powiedział żonie i córce, miał już bilet, termin wyjazdu i spakowa- ne torby ze sprzętem chirurgicznym. Rodzina myślała, że zwariował, że z nudówalbo z głupoty pcha się tam, gdzie jeszcze niedawnow trzy miesiącemaczetami zabitomilion ludzi. On jednak strach poczuł dopiero w samolocie, tuż przed lądowaniem na zaciemnionym lotnisku w Kigali, stolicy Ruandy, zwłaszcza, że sio- stra zakonna, która miała być kontaktem, od kilku tygodni przestała się odzywać. Ale wtedy odezwało się szczęście, które do dziś go nie odstępuje. Z lotniska trafił wprost domisyjnego ośrodka OjcówPallotynów, a tam już byli lekarze z Niemiec i doradca prezydenta kraju, który studiował na Uniwersytecie Warszawskim. W ciągu tygodnia poznał ministra zdrowia, ministra infrastruktury, nuncjusza apostolskiego oraz dyrek- tora szpitala. Tak w 2018 roku rozpoczęła się afrykańska misja dr. Bartłomieja Osad- nika. Gdypierwszegodniapojawił sięwafrykańskimkraju, przyjmowa- no go jak zbawcę. Na 14-milionowy kraj jest 30 ortopedów, jeden neu- rochirurg i jeden naczyniowiec.Wdwóchbiednych szpitalach niewiele nowoczesnego sprzętu, a umiejętności lekarzy – jak zaraz po drugiej wojnie światowej. Zabiegi robiono wiertarką kupioną w sklepie, a bar- dziej skomplikowane złamania kości załatwiano amputacją. Pierwsza operacja to endoproteza stawu kolanowego z przywiezio- nym implantem. Byłem pewny, że skończy się katastrofą, że będzie zro- pienie – wspomina Osadnik. No bo jak to w Afryce – sterylność umow- na, mycie do zabiegu na korytarzu, mydło jak w dworcowej toalecie, klimatyzacja podobna do tej w sklepie spożywczym, a drzwi do sali... ciągle otwierane, bo przechodnie. Ten zabieg w Polsce trwałby najwy- żej półtorej godziny, a tamponad pięć. I zaraz następny. Po kilkudziesięciu godzinach dr Osadnik był tak zmęczony, jak nigdy wcześniej. Czuł, jakby postarzał się tego dnia o pięć lat. Ale się udało. Warto było, nie tylko dla tych pacjentów, ale też dla afrykańskich leka- rzy, którzy śledzili każdy ruch, każdy najmniejszy nawet gest. Jakby głodni wiedzy i umiejętności. Ortopedaw kraju takim, jak Ruanda, jest najbardziej potrzebnym leka- rzem. Wszyscy poruszają się na motorach lub czymś, co kiedyś moto- rem było. Wypadków nawet się tu nie liczy. Od razu wiozą do szpitala. Po pięć lub sześć złamań otwartych dzienniew jednymszpitalu to nor- ma. Bez sprzętu ortopedycznego i bez operacji ludzie wychodzili kale- kami. Dlategonaprowincji, gdzieniema szpitali dlabogatych, jestwie- lu ludzi bez nóg, którzy przemieszczają się na skleconych platformach, odpychając się od ziemi rękami. Dla młodych kobiet zaś amputacja to koniec życia. Bez nogi nie wyjdzie za mąż, nie będzie mieć dzieci i po śmierci rodziców nikt jej nie pomoże. Od kiedy dr Osadnik pojawił się w Ruandzie, wiele się zmieniło. Do zespołu polskich lekarzy dołączył dr Łukasz Wiktor z Chorzowa oraz dr Szymon Pietrzak – szef ortopedii dziecięcej z Otwocka, któ- ry do Afryki przeniósł swe fantastyczne zabiegi dla dzieci, pomagają polscymisjonarze i pracownicy polskiej huty cynku. Powstała fundacja o nazwie Afriquia, która organizuje pomoc z Polski. Dzięki temumożli- webyłoprzetransportowaniedoRuandyprofesjonalnego stołuopera- cyjnego z wyposażeniem, są defibrylatory i kardiomonitory z polskimi napisami. Coraz więcej sprzętu z Polski i miejscowych lekarzy samodzielnie potrafiących operować jest już całkiem sporo. Dzięki przywiezionym tysiącom implantów, gwoździ udowych i ortopedycznych nowo- ści, została zatrzymana epidemia amputowania nóg i powstały dwa ośrodki mogące operować. Bardziej skomplikowane przypadki tra- fiły do polskich szpitali. Kiedy dwoje afrykańskich dzieci, skazanych na wieczne inwalidztwo, zostało przewiezionych do Polski i zope- rowano, tak że po raz pierwszy w życiu mogły zrobić pierwszy krok, o dr. Osadniku i Fundacji oraz towarzyszących mu lekarzom zrobiło się głośno w całym kraju. Owywiady i relacje ubiegali się dziennikarze ogólnopolskich stacji telewizyjnych i gazet. Stali się sławni, a ich akcja nabrała szerszego wymiaru i rozmachu. Już zapowiedziano, że w najbliższym czasie Fundacja planuje dopro- wadzenie do porozumienia między Śląskim Uniwersytetem Medycz- nymamedyczną uczelnią w Ruandzie. To pozwoli na przyjazd i wspar- cie afrykańskich lekarzy nie tylko przez ortopedów, ale także ich pol- skich kolegów z innych specjalizacji. A doktor Osadnik – pionier pomocywRuandzie – tylkowtedy, gdy leci samolotemdo kraju, ma czas aby pomyśleć o sobie. Bo towłaśniedzię- ki tej pracy na czarnym kontynencie zmieniło się jego życie. Wcale nie jest idealne, jak i on sam, ale czuje, że stało się bogatsze, szczęśliwsze, pełniejsze. I choć – jak wielu studentówmedycyny –myślał, że dokona wielkichmedycznych rewolucji, to dziś największymosiągnięciem jest to, żemoże być pomocny i przydatny tam, gdzie nie dociera nowocze- sna technika i nowoczesna medycyna. Mówi mi, że nawet, gdyby dziś miało się skończyć jego życie, to wie, że miało sens. I to jest wartość bezcenna, nawet kosztemwyrzeczeńwielogodzinnychoperacji, braku wody i spania gdziekolwiek z karaluchami pod głową. Fot. archiwum B. Osadnika Fot. archiwum B. Osadnika

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5