ProMedico PS Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach lipiec/wrzesień 2020 nr 272

17 Pro Medico • wrzesień 2020 – Jakpanprofesor przeżywaobecnąpan- demię? – Nie jestem ogarnięty jakimś nadzwy- czajnym lękiem. Patrzę bardzo racjonal- nie na to, co się dzieje. Ludzkości zawsze towarzyszą jakieś zarazy, jak nie dżuma, to AIDS albo cholera itp. Tak jest zbudowa- ny świat i nie ma w tym nic demonicznego, nie ma potrzeby budzić przesadnego lęku społecznego. Trzeba nauczyć się żyć tak- że i z tym wirusem, dopóki nie znajdziemy na niego skutecznego leku lub szczepionki. Ludzie oczywiście wiedzą swoje. W średnio- wieczu, zanim nie odkryto przecinkowca, wszyscy ulegali magii, czarownicom, uro- kom, a to była po prostu mikrobiologia. Wciąż przekonujemy się, jak bardzo zwią- zani jesteśmy ze światem przyrody. Dlatego jestem spokojny, że i ten strach przed obec- nymwirusemminie. – Zacząłem od tego naszą rozmowę, aby zapytać pana profesora o ocenę tych lekarzy, którzy po ogłoszeniu epidemii uciekli i ze strachu pozamykali swe gabi- nety. – Powinni teraz, zupełnie na zimno, zrobić swój osobisty rachunek sumienia i odpo- wiedzieć sobie, po co oraz dlaczego, wybrali ten zawód. Nikt nie musi być lekarzem, ale jeśli już zdecyduje się nim być – to na dobre i złe. – Był to taki współczesny czas próby dla lekarskiego charakteru i powołania? – Niewątpliwie tak. Chyba, że ci uciekinie- rzy mają racjonalne uzasadnienia swojego działania, że np. ich pomoc była źle zorga- nizowana i niebezpieczna. Ale i wtedy taka krytyka powinna być konstruktywna, szyb- ka i konkretna. W przeciwnym razie trzeba to nazwać po wojskowemu, jako dezer- cję z pola walki. I ci, co uciekli ze strachu np. o swą rodzinę albo o siebie, powinni zapytać samych siebie, czy nadal chcą być lekarzami. Wprawdzie do tchórzostwa każdy ma prawo, ale z wyjątkiem tych, któ- rzy, jak ratownik czy lekarz, mają ratować innych. To są decyzje, które młodzi lekarze powinni podejmować na samympoczątku drogi zawodowej i trzeba im to umożliwić. Ja nawet twierdzę, że po dwóch latach teorii, gdy student medycyny zderza się z praktyką szpitalną, ludzkim cierpieniem, śmiercią, krwią, dramatami szpitalnymi, to jest najlepszy czas na zadanie sobie pytania, czy chcę dalej służyć ludziom, czy wybieram inną drogę. Było wielu, któ- rzy zrezygnowali z medycyny, począwszy od Piłsudskiego lub Rydza-Śmigłego. I bar- dzo dobrze, że tak zrobili, bo przydali się gdzie indziej. – To ile tak naprawdę wart jest dziś autorytet lekarza? – Coraz mniej, niestety. Zresztą często sami przyczynialiśmy się do tego. Dawniej medycyna osłonięta była pewną tajemni- cą i dużą wiedzą, prawdę mówiąc niedo- stępną dla laików. Pacjent miał respekt przed lekarzem, jego umiejętnościami i decyzjami leczniczymi. A teraz chory przeczyta sobie o chorobie w internecie, przychodzi z gotową diagnozą i jeszcze krytykuje lekarza na podstawie wiedzy z Wikipedii. Trudno mi nawet nazwać taką relację. Na pewno daleka jest od, tak potrzebnego zawsze, partnerstwa w leczeniu. Ja w czasie wojny praktykowałem jako felczer u mojego ojca – lekarza pedia- try i wtedy bardzo dużo się nauczy- łem, zwłaszcza w zakresie podejścia do pacjentów, ich rodzin, zrozumiałem, jak ważną rolę w medycynie pełni psy- chologia, zwłaszcza empatia, jako zrozu- mienie chorego i jego bólu. Od dawna twierdzę, że aby dobrze zdiagnozować pacjenta, nie wystarczy skupić się tyl- ko na pewnym wycinku, właściwym dla lekarskiej specjalności. Przecież chory jest całością, syntezą i bezwarunkowo trzeba poświęcić mu więcej uwagi. Wznieść się nad biurokrację i podziały w medycy- nie. Ale w dobie trwającej właśnie wiel- kiej rewolucji technicznej w medycynie, młodych lekarzy kusi chęć przeskocze- nia ważnego etapu, jakim jest wnikliwa i żmudna diagnoza. Dlatego chcą szybko, efektownie leczyć, choćby na podstawie wycinkowej wiedzy, bywa, że nawet nie badając dokładnie pacjenta. –Tomoże niema cowciąż stawiać zawo- du lekarza na cokole. Może to powinien być taki sam zawód, jak szewca czy poli- cjanta? – Dla mnie to jednak jest i będzie zawód dla wybranych, a kluczem do tego zawo- du jest pacjent i jego potrzeby. Medycy- na zawsze będzie też pewnego rodzaju sztuką. Dlatego za profesorem Kornelem Gibińskim powtarzam, że pacjenta celem badania palpacyjnego trzeba dotknąć, a część tego dotyku jest częścią medycy- ny. Niestety, dziś na studiach medycznych przeważają testy, które sprawdzają poziom przyswojeniawiedzy, ale nie jej jakość. Gdy pracowałem w komisjach bioetycznych, byłem przeciwnikiem tak modnej dziś telemedycyny, zostawiając ją dla ratowni- ków na morzach czy w Australii, gdzie fak- tycznie dotarcie do lekarza może być trud- ne. Ale u nas lekarz zawsze powinien sta- nąć twarzą w twarz z pacjentem, wziąć go za rękę, zrozumieć jego chorobę. Ja nawet się nie dziwię młodym, że tak nie robią. No bo skoro ich wychowawcy i mistrzowie też się tym mało przejmują, to dlaczego oni mają się wychylać? Tylko że to krok do błędu lekarskiego i faktycznie trakto- Prof. dr hab. n. med. Władysław Nasiłowski urodzony w 1925 r. w Sosnowcu, nestor śląskiej medycyny, wybitny lekarz, specjalista w dziedzinie medycyny sądowej i anatomii patologicz- nej oraz wychowawca wielu pokoleń lekarzy. Doktor Honoris Causa Śląskiego Uniwersytetu Medycznego, były przewodniczący Naczelnego Sądu Lekarskiego, Naczelnej Izby Lekarskiej, wieloletni przewodniczącyOkręgowegoSąduLekarskiegowKatowicach, a takżewykładowca etyki lekarskiej. Fot. archiwum ŚIL

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5