ProMedico PS Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach lipiec/wrzesień 2020 nr 272
23 Pro Medico • wrzesień 2020 lub choćby zapamiętują numery alarmowe. Wtedy nasza praca aktorska przekłada się na oczekiwania pacjentów wobec prawdziwego personelu medycz- nego i realnych sytuacji. To duża odpowiedzialność tych, którzy grają lekarzy, pielęgniarki i ratowników medycznych. Dlatego tak często zdarzają się sytu- acje, że aktorzy są myleni z prawdziwymi lekarzami i wtedy nie jest łatwo. – Ale wielu prawdziwych lekarzy drażnią właśnie te filmy i postacie w nich grane. – Wiem, bo przychodzą do nich pacjenci i wszyscy chcieliby takich luksusów, jak w Leśnej Górze i tak wyrozumiałych doktorów oraz serialowej rzeczywi- stości. A zderzają się z brutalną prawdą, zabiegany- mi oraz sfrustrowanymi lekarzami w niemiłosiernie zatłoczonych i zaniedbanych szpitalach. – To może lepiej, żeby takich filmów nie było za dużo? – Oczywiście, jak coś jest zagrane nonszalancko i byle jak zrobione, to lepiej, żeby tego nie było, bo to nicze- mu nie służy, a wręcz szkodzi. Ale z drugiej strony spotkałem się z takim nastawieniem lekarzy i ludzi zarządzających placówkami służby zdrowia, że może niewiele trzeba w naszym szpitalu zmienić, żeby było jak w tym filmie. Może warto korytarz odświeżyć i pomalować, trochę ulepszyć relacje z pacjentami, atmosferę z personelem... Ja wiem, że przy natłoku pacjentów i biurokracji medycznej to wszystko brzmi idealistycznie, ale może dzięki takim filmom uświa- damiamy sobie, czego nam potrzeba i jak powinno wyglądać w takiej placówce. – Ostatnio zagrał pan, i to dwa razy z rzędu, leka- rzy i terapeutów... – Głównie psychiatrów, ale to inna bajka, bo taka rola pozwala komentować rzeczywistość, a nie leczyć. – Ale przygotowując się do roli medyków trzeba się konsultować z prawdziwymi lekarzami. A czy aktor może też ich czegoś nauczyć? – Jako młody człowiek miałem taką przygodę aktor- sko-medyczną. Leżałem w starym szpitalu chyba w Chorzowie, gdzie nie zawsze był na dyżurze lekarz. Zaprzyjaźniłem się z siostrą oddziałową, która pew- nej nocy przychodzi i mówi, żebym nałożył fartuch i zagrał lekarza dla żony, której nieprzytomny mąż na pewno umrze tej nocy. Tak zrobiłem. Potrzyma- łem kobietę za rękę, powiedziałem kilka słów, że mąż pamięta, że pytał, że odchodzi w spokoju. Kurczę, zagrałem to wiele lat temu, a do dziś mam ciarki. Ona była szczęśliwa, czuła się zaopiekowana, a mąż faktycznie umarł tej nocy. Dlatego jeśli możemy coś od siebie lekarzom przekazać, to umiejętność roz- mowy z chorymi i ich rodzinami, wyzwolenia z siebie empatii, zachowań cechujących po prostu dobrego i czułego lekarza. – Lekarze tego potrzebują? – Na pewno pacjenci na to czekają. Z moich rozmów ze sławami medycyny, jak profesorzy Franciszek Kokot, Kornel Gibiński czy Marian Zembala wiem, że jako mistrzowie też mówili o tym młodszym leka- rzom, podobno na studiach również ich tego uczą. Tylko że potem to się gdzieś gubi. Zazwyczaj lekarz zimnym głosem mówi: musimy porozmawiać, albo zapraszam do gabinetu. I wtedy jako pacjenci już jesteśmy tacy mali ze ścierpniętą ze strachu skó- rą. Łowimy wtedy każdy cień głosu lekarza, każde zawahanie, najmniej- szą sugestię. Jeśli nam mówi, że śmiertelność na naszą chorobę wynosi 70 procent, to już domyślamy się, że nas skreślił. Ale są też tacy lekarze, którzy potrafią w każdej sytuacji wzbudzić motywację do walki z cho- robą, pobudzić pacjenta, podtrzymać na duchu słowami. I właśnie tego my, aktorzy, potrafimy nauczyć. Wiem, że z aktorskich rad korzysta wiele ośrodków zagranicznych, a i w Polsce, w Szczecinie, Łodzi, w Katowicach też już pierwsze próby wykorzystania naszego warsztatu w pracy lekarza są wdrażane. Fajnie byłoby to rozwijać. – Relacja pacjent – lekarz w gabinecie to też swoista scena teatralna. Co by reżyser podkreślił u lekarza, jakie najważniejsze cechy uwy- puklił? – Przede wszystkim słuchanie. Ale takie aktywne z pokorą, samodyscypli- ną i zaciekawieniem, żeby pacjent poczuł się ważny. A potem zaakcen- towałbym empatię, jako najbardziej oczekiwaną postawę lekarza, który czuje się odpowiedzialny za pacjenta. Myślę, że taki aktor jak Aleksander Bardini zagrałby świetnie dobrego lekarza skupionego na chorym i prze- straszonym człowieku. Kiedyś przyszedł do mnie tenor z opery, który chciał się nauczyć aktorstwa. Dałem mu dwie rady, że trzeba słuchać, jak do ciebie mówią, a potem odpowiadać, ale tak, jakby wypowiadane słowa akurat teraz przyszły ci do głowy. Reszta to dodatki. Może taka rada okaza- łaby się pomocna też dla lekarzy? – Kiedy Mirosław Neinert wchodzi do gabinetu lekarskiego to gra bardziej pacjenta czy lekarza? – Aktor i reżyser ma tę koszmarną wadę, że gdziekolwiek jest, to obserwu- je, jak to można zagrać, jak doświetlić, gdzie kamerę ustawić, jak to będzie odebrane itd. Jak widzę, że pan doktor okulary na nos opuścił, to myślę – świetnie, tak to trzeba grać! I tak samo z pacjentami. Wszędzie obser- wuję, jacy są ludzie, jak się zachowują i czego potrzebują. Tak na serio, uwielbiam mieć na widowni lekarzy i profesorów medycyny, bo jak coś się stanie, to wiadomo do kogo dzwonić po pomoc i już nikogo nie trzeba grać. Profesor Zembala po przedstawieniu mówił mi, że za to, jak wyreży- serowałem„Cholonka”, to jak mi nawali serce, osobiście nowego poszuka. I dla takich wzruszeń warto ten zawód uprawiać. Rozmawiał: Piotr Biernat Zdjęcia: Wiki Kot
Made with FlippingBook
RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5