ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach wrzesień 2021 nr 282

Pro Medico • wrzesień 2021 22 badane jego rodzeństwo oraz kilkoro dzieci z bezpośredniego sąsiedztwa. Wszystkie były chore. Z cichym przyzwoleniem dyrek- tora przychodni dr. Kazimierza Urbana, dr Wadowska-Król zaczęła samowolnie zlecać badania na masową skalę. W labora- toriach nikt nie protestował i nie dociekał, dlaczego dziennie bada się 50-70 dzieci. Kiedy po dwóch tygodniach zbuntowali się listonosze, Pani Doktor wraz z pielęgniar- ką Wiesławą Wilczek, chodziły od familoka do familoka, oddrzwi dodrzwi –wypytywa- ły o dzieci i rozdawały skierowania na bada- nia. Rodzice bez obiekcji i zadawania pytań godzili się na wszystko. Dzięki heroicznej pracy, bez liczeniaprzepracowanychgodzin, przebadanych zostało około 5000 dzieci. W ich kartotekach nie było jednoznacznej diagnozy. Pani Doktor znaczyła je krzyży- kiem. To nie były pojedyncze przypadki, tobyła epidemia. Poziomołowiu udzieci był przekroczony trzy-, czterokrotnie. ROBIŁA, COMOGŁA Każdego dnia ogarniała ją coraz większa złość. Kiedy patrzyła na te brudne klepi- ska, zamiast trawników, na te zagrzybione rudery bez kanalizacji, wodę z kąpieli i pra- nia wylewaną gdziekolwiek, dzieci, które w brudnych rękach trzymały rzodkiewki z pobliskich ogródków, to wiedziała, że jeśli nie ona, to nikt im nie pomoże. Zaczęła działać, jak w amoku. Wysyłała najmłod- sze dzieci do okolicznych placówek: kliniki w Zabrzu i szpitali w Sosnowcu, Ligocie i Załężu. Ale to było mało. Dlatego załatwi- ła zgodę na kierowanie swoich pacjentów do sanatoriów w Istebnej, Rabce i Jaworzu. Zdała sobie też sprawę, że kilkumiesięczny pobyt jej podopiecznych w sanatorium nie załatwi sprawy definitywnie. W nocy huta otwierała filtry (wiele lat później okazało się, że filtry były atrapą, a poziom zapylenia powietrza 350 m od huty przekraczał nor- mę tysiąc razy!). Dławiący, śmierdzący, żółty dym był wszędzie i oblepiał wszystko, co się dało. Powrót podleczonych dzieci do Szo- pienic był niemożliwy. Zaczęła więc walczyć o nowe mieszkania, najpierw z hutą, potem z władzami województwa. Kiedy pogardli- wie mówili o niej„Matka Boska Szopienicka” i pocichuoskarżali jąosabotaż, nieprzejmo- wała się i robiła swoje, nie zastanawiając się zbytnio, że sama pracuje w toksycznym śro- dowisku, zagrażającym również jej zdrowiu. W tym czasie ołowica wśród dzieci nie była już sekretem i conajgorsze –byłaniena rękę władzom. NIEDAĆ SIĘ ZASTRASZYĆ Środowisko medyczne pomagało, jak tyl- ko mogło, bez zadawania zbędnych pytań, pozostawało jednak bierne w myśl zasady „rób co chcesz, nas w to nie mieszaj”. Gorzej było z władzą. Dr Wadowska-Król doskona- le zdawała sobie sprawę z tego, jakie mogą być konsekwencje.Tak po prostu, po ludzku, bała się o swoją rodzinę, o pacjentów, o sie- bie. Dzięki ogromnemu wsparciu i pomocy męża i mamy, nie dała się zastraszyć i nie poddała się. Wbrew pozorom, dużo pomógł ówczesny wojewoda katowicki Jerzy Ziętek. Podob- no w jego życiu wydarzyła się jakaś trage- dia i od tej pory był szczególnie wrażliwy na krzywdę dzieci. Miał również szczególny sentyment do prof. Hager-Małeckiej, przy- jaźnił się z jej ojcem. Pomagał w załatwianiu autokarów, prawdopodobnie miał także wpływ na wspomniane sanatoria. To Ziętek umożliwił spotkanie I sekretarzaKCEdwarda GierkazPaniąProfesor, naktórym, naoczach wszystkich, wręczyła mu raport o ołowicy. To on dał nadzieję na nowemieszkania. Nie- stety, w czerwcu 1975 r. gen. Ziętek odszedł na emeryturę, pod naciskiem samego Zdzi- sława Grudnia, I sekretarza KW w Katowi- cach. Grudzień był człowiekiem, który dużo mógłwPolsce, awszystkonaŚląsku. Oporny na wiedzę, ale za to fanatyk rządny władzy i zaszczytów, a przede wszystkim chcący się wykazać przed bezpośrednim szefem. Dla niego problem ołowicy nie istniał, liczy- ły się tylko wyniki produkcyjne na Śląsku. Paradoksem jest to, że kiedy dr Wadowska- Król walczyła z ołowicą, Grudniowi urodziło się dziecko. Po mleko dla niego jeździł aż doMiasteczka Śląskiego! DOKTORAT Na przełomie 1975/76 r., z inicjatywy dyrek- tora wojewódzkiego sanepidu dr. Karola Grzybowskiego, utworzono specjalne labo- ratorium i zatrudniono wyspecjalizowane laborantki, które miały zajmować się tylko tymi przypadkami. Dr Grzybowski posta- rał się nawet o spektofotometr, który bada poziom ołowiu. Laborantki jeździły do szkół i przedszkoli, pobierały dzieciom krew i badały. Dr Wadowska organizowała ich leczeniewsanatoriach. Dzieci wracały po kil- ku miesiącach, ale już do nowych mieszkań, które Pani Doktor wywalczyła od huty. Wtedy prof. Bożena Hager-Małecka zapro- ponowała jej napisaniedoktoratu. Początko- wo nie chciała, doktorat nie był jej potrzeb- ny. Miała ogromny materiał badawczy, statystyki, chore dzieci, grupę kontrolną z Mysłowic. Pomyślała, że szkoda by było zmarnować tyle pracy. Doktorat napisała szybko. Pani Profesor tekst zaakceptowała, ale wskazała wiele akapitów do wykreślenia w tym mozolnie wykreślone słupki oparte na danych statystycznych. Z tytułu musiało zniknąć słowo„zatrucie”... I tak każdy, ktopra- cę czytał, wykreślał z niej coraz to inne infor- macje. Kiedy zniknęła informacjaopoziomie ołowiu u dzieci chorych, to było wiadome, że cała praca straciła sens. Anonimowe recenzje były druzgocące. SEJF REKTORA Słyszała od kolegów lekarzy związanych z uczelnią: „daj spokój i tak tego nie obro- nisz”. Pomimo wszystko 1 marca 1977 r. złożyła do ówczesnego dziekana Wydziału Lekarskiego pismo z prośbą o wyrażenie zgody nawszczęcie przewodudoktorskiego na podstawie pracy „Wpływ mikrośrodowi- ska wielkoprzemysłowego na stan zdrowia dzieci zamieszkałych w sąsiedztwie źródła emisji pyłówmetalicznych”. Kilka dni później prof. Hager-Małecka przedłożyła materia- ły wraz ze stosownym pismem do Rektora ŚlAM, prof. Jana Jonka (prywatnie bardzo dobrego kolegi Z. Grudnia). Z polecenia Rektora jedyne dziewięć egzemplarzy pracy zamknięte zostało w tajnej kancelarii ŚlAM i opatrzone klauzulą poufne. Doktorat został wstrzymany z powodu... braku piśmien- nictwa. To przerosło Panią Doktor. Po raz pierwszy popłakała się z bezradności i bez- silności. Potem spakowała notatki i wynio- sła je na strych. W latach osiemdziesiątych otrzymała propozycję od ówczesnego dzie- kana, prof. Jerzego Żmudzińskiego, uzupeł- nienia pracy i wszczęcia przewodu doktor- skiego. Nie chciała i nie skorzystała. EPILOG Dzięki jej determinacji i odwadze, podjęto próbę sanatoryjnego leczenia tysięcy dzieci. Wszystkie rodziny z okolicy huty otrzymały nowe mieszkania, a „zatrute domy” zostały rozebrane. Zaczęto mówić o zanieczyszcze- niu atmosfery przez gazy i pyły przemysło- we Huty Metali Nieżelaznych w Szopieni- cach, a ołowica przestała być tematem tabu. W latach osiemdziesiątych dzięki jej stara- niomówczesne władze finansowały w szko- łach akcję picia mleka, dzięki któremu ołów siał mniejsze spustoszeniaworganizmach. W2008r.,poponad170latachistnieniapod- jęto decyzję o likwidacji Huty Metali Nieże- laznych w Szopienicach i zaczęto z Opolsz- czyzny zwozić czystą ziemię, którą wysypy- wano w miejscach kolejno likwidowanych oddziałów. W latach 2011-2016 około 7 ha terenówpo tymzakładzie poddano rekulty- wacji. Nigdy nie ujawniono nazwisk recen- zentów i nie podano nazwisk osób, które utajniały wyniki badań Pani Doktor. W kwietniu 2021 r. Senat Uniwersytetu Ślą- skiego w Katowicach uhonorował Panią Doktor tytułemDoktora Honoris Causa Uni- wersytetu Śląskiego. Uroczystość nadania tytułu odbyła się w czerwcu br. Karol ma dziś 53 lata i nadal mieszka w Katowicach. Z siedmiorga rodzeń- stwa zostało mu jeszcze dwóch braci. Przez pewien czas pracował w Spółdzielni Inwalidów, ale został zwolniony z powo- du częstych zwolnień lekarskich. Dziś żyje ze skromnej renty po ojcu i grozi mu eksmi- sja z mieszkania... Zapytana przeze mnie, czy gdyby dzisiaj sytuacja się powtórzyła i znowu musiała- by stanąć przeciw całej tej machinie pań- stwowo-partyjnej, Pani Doktor odpowie- działa bez wahania: Zrobiłabym dokładnie to samo!

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5