ProMedico Pismo Śląskiej Izby Lekarskiej w Katowicach wrzesień 2021 nr 282

7 Pro Medico • wrzesień 2021 Choć może trudno w to uwierzyć, to pandemia nie spadła na nas, śląskich anestezjologów, jak grom z jasnego nieba. To wszystko przez przypadek. Ale o tym za chwilę. Czytaliśmy, słuchali- śmy, oglądaliśmy w mediach, jak wyglądać może atak COVID-19. Byliśmy ostatnią nadzieją Prof. dr hab. n. med. Łukasz Krzych kierownikKatedry iKliniki Anestezjologii i Intensywnej TerapiiSUM Takiego pogromu żadna znana nam we współcze- snej intensywnej terapii jednostka nie przyniosła. To było niemedialne, nie wypadało głośno o tym mówić, pisać. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Nasi koledzy byli w równie przykrej sytuacji, jednak, gdy trwoga, to dzwonili po anestezjologa. Byliśmy ostatnią przystanią nadziei dla innych. A my? Kto był dla nas? Analizowaliśmy te materiały, nie do koń- ca zdając sobie sprawę z wymiaru obcią- żenia medycznego, organizacyjnego, psychicznego, etycznego, finansowego, społecznego, etc. Mieliśmy trochę czasu, żeby zacząć gromadzić zapasy, jeszcze wtedy w ogromnym chaosie – na każdej z wymienionych płaszczyzn. Komunikato- ry pękały w szwach od schematów lecze- nia (w większości niesłusznych), filmów, jak radzić sobie ze środkami ochrony oso- bistej (które były jak Yeti – wielu słyszało, nikt nie widział). Pełniąc funkcję konsultanta wojewódz- kiego, musiałem umiejętnie łączyć obo- wiązki wielopłaszczyznowe. Rozpoczęły się narady, sztaby kryzysowe – spoty- kaliśmy się na najwyższych szczeblach niemal codziennie. Każdy w swej mądro- ści, doświadczeniu starał się przygoto- wać Śląsk na pierwszą falę. Pamiętam, że na spotkaniu, w którym uczestniczy- ło ponad 70 osób, zaczęło łamać mnie w kościach. Na następny dzień dołączyła się gorączka, która trwała trzy dni. Aku- rat miałem urlop, który niespodziewanie musiałem spędzić w domu, choć plany były zgoła odmienne. Chciałem wracać do pracy, moi asystenci zasugerowali jed- nak, abym wykonał test. Bo lepiej mieć czyste sumienie. Mądrzy ludzie, zapobie- gawczy. O północy zadzwonił doc. Mazur. Zebrać wywiad epidemiologiczny. Wła- śnie stałem się pacjentem numer 11. Wśród śląskich anestezjologów rozpętała się prawdziwa burza. Najpierw spekula- cyjna, bo przecież to była prawdziwa sen- sacja – na salonach i w dyżurkach. Potem bardziej merytoryczna. Wszyscy zajęli się koronawirusem. Innej opcji nie było. Zatem śmiało stawiam tezę, że śląscy anestezjolodzy od piątku, 13-go marca 2020 roku, mieli czas na przygotowania. Pierwsza fala ominęła nas łagodnie. Uczy- liśmy się, nabywaliśmy doświadczenia. Zaopatrywaliśmy w materiały, sprzęt, wiedzę międzynarodową. Staraliśmy się planować pracę w oddziałach COVID- -owych, nie zapominając o całej rzeszy krytycznie chorych niezakażonych. Wtedy to było dla nas olbrzymie zmartwienie. System opieki zdrowotnej został zamro- żony, nie było żadnego logicznego ruchu chorych. Nie mieliśmy fizycznie gdzie przyjmować nowych, potrzebujących pomocy pacjentów, bo inne oddziały nie przejmowały leczenia naszych pacjentów. Ośrodki dla przewlekle chorych przesta- ły niemalże istnieć. Nam nie było dane zamknąć oddziału, bać się wirusa i wpro- wadzić porad telefonicznych. A napiszmy to szczerze, że w wielu miejscach tak było. Tylko dzięki rosnącej determinacji i opera- tywności (które nam się miały przydać już za kilka miesięcy), nam, anestezjologom, intensywistom udało się. Tak, udało. Mnó- stwo pracy, mnóstwo szczęścia. Wakacje. Oddech. I niedowierzanie, że społeczeń- stwo zachowuje się tak nieodpowiedzial- nie (znów muszę pisać w nawiasie – jak okazało się, to trwa do nadal). Druga fala. Nieszczęście w potędze. Dru- giej? Trzeciej? Rosnąca liczba pacjen- tów obnażyła nasze niedokadrowanie. Pacjenci byli przyjmowani wszędzie. Każde łóżko mogło być na wagę złota. Ale zaczęliśmy decydentom powtarzać: nie liczcie łóżek – liczcie kompetentnych ludzi, ręce są potrzebne do pracy! Kilka tygodni, bogactwo emocji. Wiedzieliśmy już, że śmiertelność pacjentów z ciężkim COVID-19 jest ogromna i czasem pozosta- je patrzeć bezradnie, jak medycyna jest bezsilna, my jesteśmy bezsilni wobec tej podstępnej choroby. Wtedy staliśmy się (zupełnie niezasadnie) drugim planem. Nie mówiono o naszympotwornym zaan- gażowaniu, zmęczeniu i frustracji, która narastała, gdy nie potrafiliśmy sobie pora- dzić i z leczeniem, i z emocjami. Takiego pogromu żadna znana nam we współ- czesnej intensywnej terapii jednostka nie przyniosła. To było niemedialne, nie wypadało głośno o tym mówić, pisać. Zostaliśmy pozostawieni sami sobie. Nasi

RkJQdWJsaXNoZXIy NjQzOTU5