Background Image
Table of Contents Table of Contents
Previous Page  33 / 40 Next Page
Information
Show Menu
Previous Page 33 / 40 Next Page
Page Background

31

Pro Medico

kwiecień 2018

Zmarły Doktor Artur w jednym z arty-

kułów sam pisze o sobie, że

„wszystko

zaczęło się nie po katolicku w drugim roku

życia: czyli chrzest, na którym kopałem

i plułem, zdecydowanie zamiast polewania

zimną wodą głowy wolałem końmi wra-

cać do domu. Urodziłem się w 1930 roku

wGórach Świętokrzyskich i wychowywałem

na wsi ze wszelkimi jej urokami...”

. To tam

zakochuje się w wodnych przygodach:

kajak, łódki, tratwy, harcerstwo wodne,

stopień sternika jachtowego, motorowod-

nego, 25 lat udziałów w regatach w klasie

H, Omega, O i Finn, potem sędziowania

podczas regat, przy tych okazjach ratu-

je od utonięcia 17 osób, czego efektem

była honorowa Odznaka Zasłużonego dla

Żeglarstwa Śląskiego i potem polskiego

oraz przekazywane córkom: Beacie, Alek-

sandrze i Anecie umiejętności i zamiłowa-

nie do żeglarstwa.

Śp. Artur, a inaczej„Tulek z Jędrowa” z uko-

chanymi Górami Świętokrzyskimi pozo-

stał związany do końca, wspominając

je w ostatnich chwilach życia. Podobnie

jak z Krakowem, w którym spędził część

edukacji szkolnej i który darzył wielkim

sentymentem. Kręte ścieżki życia nie

zawsze były tak urocze: śp. Artur pisze:

„W sierpniu 1939 r. uciekamy przed frontem

z mamą, tatą i siostrą Beatą do Równego

na Wołyniu wagonami towarowymi z czer-

wonymi krzyżami na dachu. Ostrzelani

przez junkersy głodowaliśmy, a ja kradłem

jabłka z przygotowywanych do sprzedaży

skrzynek. Na imieniny od gospodyni, u któ-

rej mieszkaliśmy, otrzymałem najwspanial-

szy prezent: pół bochenka chleba, trzy jaj-

ka i spodeczek konfitur.”

Te wspomnienia

wojenne odcisnęły się głębokim piętnem

na całym dorosłym życiu Artura – zapo-

biegliwemu i przezornemu charakterowi

oraz oddaniu harcerstwu, potem służbie

wojskowej. Dodając do tego wychowanie

w tradycji ułańskiej swojego ojca Mie-

czysława, który służył w 7. Pułku Ułanów

podczas wojny polsko-bolszewickiej, pie-

lęgnowane wartości patriotyzmu i umiło-

wania ojczyzny przekazał swoim córkom.

Jeden z pierwszych absolwentów wolne-

go Gimnazjum im. Smolenia w Bytomiu,

dostaje się w 1948 r. na medycynę i koń-

czy w 1953 r. jako pierwszy rocznik na Ślą-

skiej Akademii Medycznej. Aby zarobić

na studia, pracuje jako instruktor wykła-

dowca PCK. Zostaje wcielony do Wojsk

Ochrony Pogranicza, do Brygady Biało-

stockiej.

„Naszą opieką medyczną obejmo-

waliśmy cztery bataliony od Ełku po Chełm

do każdego batalionu należało od 5-6 Straż-

nic na granicy

– pisze Artur. –

Wszędzie

byli żołnierze, chorzy i kuchnie. Wypadki,

postrzały, zachorowania. Karetką wojsko-

wą jeździliśmy rzadko, częściej autobusa-

mi, koleją, a na granicy konno lub saniami

w zimie. Zimy w latach 1953-1955 były cięż-

kie –mroźne i śnieżne, amój ubiór stanowiły

–mundur szewiotowy, płaszcz bez podpinki,

czapka połówka. A warunki są takie: w Izbie

Chorych miałem pierwsze sulfonamidy,

aspirynę, syropy, bańki. W mojej Izbie Cho-

rych nikt nie umarł. Dwa lata mieszkałem

na terenie Izby Chorych w koszarach z cza-

sów imperium carskiego: duże, zimne sale

i piece węglowe. Moja izba to 2,5 na 3 m,

łóżko metalowe z siennikiem wypchanym

słomą, szafa, krzesło, na którym stała stara

miednica, wiaderko. Co sobotę wspólna łaź-

nia z żołnierzami. Cały tydzień zimna woda

do mycia i golenia z kranu na korytarzu.”

Takiej zimy właśnie następuje pierwszy

wypadek:

„jadę konno od chorego ze straż-

nicy. Zmęczony koń wywraca się, przygnia-

tając mi kolano do kamienia.”

Śp. Artur

dosłużył się w wojsku polskim stopnia

majora.

Po stażach z dermatologii w Gliwicach

i Klinice Dermatologicznej w Zabrzu uzy-

skał I i II stopień z dermatologii i obronił

doktorat. W tym czasie musi zapewnić byt

i opiekę rodzicom, żonie i córce Beacie,

z którymi mieszka w Bytomiu. Wyma-

ga to ciężkiej pracy: dojeżdżając koleją

do Gliwic pracuje od 7.00 do 14.00, potem

w higienie szkolnej, i dodatkowo bierze

3-4 dyżury tygodniowo w Pogotowiu

Garnizonowym i cywilnym. Ze względu

na dyżury, często nie wraca do domu.

Jak wspomina:

„kierowca podwozi mnie

pod bar mleczny przy dworcu po 0,5 litra

mleka (90 gr) i dwie suche bułki, kupione

gdzie indziej, bo tańsze. Takie obiado-ko-

lacjo-śniadanie musi mi wystarczyć, więc

często jestem głodny. W czasie wezwań, gdy

dojazd trwał dłużej niż 7-10 minut, zasypia-

łemw karetce, by pod domem chorego obu-

dzić się wyspanym. Pogotowie to twarda,

ciężka praca. Każdy lekarz winien ją przejść.

Wymaga zdecydowania szybkiej diagnozy

i decyzji.

To oddanie pacjentom trwa 55 lat, w zasa-

dzie do ostatnich dni. Gotowy do pomocy

o każdej porze, służy pacjentom, pracując

od 5.30 jako lekarz w Spółdzielni Niewido-

mych w Białymstoku, Zakładach dla Dzie-

ci Upośledzonych w Białymstoku, lekarz

przemysłowy Zakładów Przemysłowych

w Białymstoku, lekarz sportowy klubów

żeglarskich, lekarz wojskowy w Gliwi-

cach, lekarz Szkoły Górniczej w Gliwicach,

kierownik Przychodni Dermatologicznej

w Rudzie Śląskiej, czy wreszcie lekarz Spół-

dzielni Inwalidów w Bytomiu. Od 1958

roku wiąże się już na stałe z Przychodnią

Specjalistyczną Górniczego Zakładu Opie-

ki Zdrowotnej przy Kopalni „Rozbark”,

pracując tam ponad 40 lat. Współpracując

z placówkami badawczymi dla górnic-

twa, przyczynia się do poprawy jakości

odzieży ochronnej, hełmów górniczych,

w szczególności lamp akumulatorowych.

Śp. Artur zostaje powołany do Zespołu

Doradców do spraw Ochrony Zdrowia

przy Ministrze Górnictwa i otrzymuje tytuł

Dyrektora Górniczego z prawem noszenia

munduru górniczego, jako jeden z pierw-

szych lekarzy specjalistów pracujących

dla górnictwa. Za te i inne dokonania Śp.

Artur otrzymał liczne odznaczenia pań-

stwowe, resortowe i górnicze.

Zmarły Artur nigdy nie rozstał się z zawo-

dem – powołany do ratowania życia

innym, do końca kształcił się, nigdy nie

odmawiając bezinteresownej pomocy

pacjentom. Jeszcze do niedawna otrzymy-

wał telefony z prośbą o konsultację, będąc

znanym jako wysoce kompetentny i sza-

nowany „judymowski” lekarz „starej daty”

o holistycznym podejściu do pacjenta. Jak

o sobie mawiał:

Laudator Temporis Acti –

Chwalca dawnych czasów

.

Niespotykana już uczciwość, rzetelność

i oddanie to cechy, które Go również

wyróżniały na niwie rodzinnej. Absolutne

i przykładne oddanie i poświęcenie żonie,

z którą spędził 44 lata życia oraz córkom,

które nauczył, jako wymagający i surowy

Ojciec, przede wszystkim zamiłowania

do nauki, pracy u podstaw, Gór Święto-

krzyskich, ale i też jazdy samochodem,

strzelania, żeglowania, czy udzielania

pierwszej pomocy. Ostatnie Jego słowa

skierowane do najbliższych na chwi-

lę przed odejściem podsumowują jego

życie:

„Trzymajcie się. KochamWas. Dzięku-

ję, że z Wami byłem.”

Aleksandra Wentkowska

wspomnienia, nekrologi

Śp. Doktor Artur Wentkowski

(1930-2018 r.

)

„Trzymajcie się. KochamWas. Dziękuję, że z Wami byłem.”