Background Image
Table of Contents Table of Contents
Previous Page  29 / 40 Next Page
Information
Show Menu
Previous Page 29 / 40 Next Page
Page Background

27

Pro Medico

kwiecień 2017

notatki z podróży

ZNANE Z„WŁADCY PIERŚCIENI”

Długo łamaliśmy sobie języki i gimnasty-

kowali pamięć, chcąc najpierw wymówić,

a potem zatrzymać w głowie nazwę czyn-

nych wulkanów: Ngauruhoe, Ruapehu

czy Tongariro. Łatwiej było posługiwać

się słowem znanym z „Władcy Pierście-

ni”: Orodruina. Ngauruhoe to imponu-

jący wierzchołek wulkanu o wysokości

2291 metrów, czynnego jeszcze w 1975 r.,

mającego bardzo strome, osuwające się

zbocza, pokryte żużlem wulkanicznym.

Na szczyt prowadzi wąska, ledwo widocz-

na dróżka. Kolega, któremu udało się

osiągnąć wierzchołek i obejrzeć ziejące

wnętrze Orodruiny, opowiadał o ciężkiej

wspinaczce, typowej dla wulkanicznych

stromych ścieżek. My zdobyliśmy w tym

czasie Tongariro, obserwując kłębiące się

wyziewy, sączące się ze szczelin skalnych.

Dusiliśmy się siarkowymi gazami przywia-

nymi przez silny wiatr. W dole majaczyły

trzy jeziorka – seledynowe, turkusowe

i błękitne. Warto było przebyć ten 23 km

odcinek drogi. Szlak prowadził szczyta-

mi, czasem dnem piaszczystego krateru,

wspinał się na wulkaniczny wierzcho-

łek Tongariro. Z niego obserwowaliśmy

dymy buchające z Orodruiny, błądziliśmy

we mgle, która co jakiś czas nagle zasła-

niała cały świat. Był to bajkowy, niezapo-

mniany trekking, wyczerpujący, ale nie-

powtarzalny. (…)

NIE POMOGĄ PŁACZE

I POKAZYWANIE BILETU

Nie udało się nam wyśledzić ani jedne-

go ptaka kiwi. Kiwi żerują w nocy. Przy

pomocy latarki z czerwoną szybką moż-

na wypatrzeć w gąszczu pojedyncze ich

sztuki. W Nowej Zelandii nie ma groźnych

gadów, niebezpiecznych dla ludzi ssaków

i płazów. Nie spotyka się jadowitych pają-

ków. Można spokojnie spać i bezpiecznie

stąpać wśród zarośli. Dlatego też celnicy

tak bardzo pilnują, by obca ziemia, ziarna,

owoce czy nasiona roślin nie zostały przy-

wiezione do ich kraju. Na granicy odbywa

się bezwzględna kontrola wwożonych

rzeczy i sprzętu. Szczególnie sprawdza-

ne są buty turystyczne, kijki trekkingo-

we, namioty. Jeśli zawieruszy się gdzieś

trochę piasku czy zdechły komar – cały

sprzęt podróżnego jest zabierany i pod-

dawany tygodniowej kwarantannie oraz

dokładnej dezynfekcji. Nie pomogą pła-

cze i pokazywanie biletu na dalszą drogę.

Służby fitosanitarne są pod tym wzglę-

dem bezwzględne.

CZEGO NIE MAW NOWEJ ZELANDII

Nowa Zelandia to kraj nieznany, tajemniczy,

piękny, dziki, czysty, zadbany i umiejętnie

zagospodarowany. Jednak nie spotkamy

w nim... koszy na śmieci. W miastach, ani

na plaży, ani w punktach turystycznych

nie ma koszy na śmieci. Jak to możliwe,

w tak czystym kraju? Tu odsłania się spo-

sób myślenia obywateli Nowej Zelandii.

„Turysto, nie śmieć w naszym kraju, śmieci

zabieraj ze sobą. Gdziekolwiek jesteś, czy

w górach, w schroniskach (znajdujących się

nawet w najbardziej odludnych miejscach),

czy na plaży – nie zostawiaj nam śmieci.

To Twój problem, zabieraj śmieci ze sobą,

do swojego domu, czy do hotelu, w którym

mieszkasz”.

Dziwne podejście i sprawiają-

ce wiele kłopotu.

Nowa Zelandia to kraj gór, jezior, wulka-

nów, rzek, lodowców i jaskiń, wszystkich

krajobrazów, jakie człowiek może wymy-

ślić. Nie zaskoczyły mnie pustynie. Nie

zaskoczyły, ponieważ w Nowej Zelandii,

gdzie znaleźć można wszystkie krajobra-

zy i cuda świata, nie ma jedynie piaszczy-

stych pustyni...

Warto było przebyć długą drogę pod górę…

tekst i zdjęcia: Urszula Wilczek

W poszerzonym, internetowymwydaniu„Pro Medico”znajdą

się fragmenty opowiadania dr.

Zbigniewa Mazura

, chirurga

z Dąbrowy Górniczej, który w 1986 r. pracował jako lekarz na

statku rybackim. Spędził na morzu sześć miesięcy.

Na podstawie notatek i pamiętnika dr Mazur przygotowu-

je do druku cykl opowiadań z tego okresu, każde związane

w jakiś sposób z„przypadkiem medycznym”.

Jednym z nich jest „Budyń”. Akcja rozgrywa się w Urugwaju.

(…) W trzyłóżkowej, przestronnej sali nasz „Budyń” był jedy-

nym pacjentem i spał spokojnie lekko pochrapując. Jak się

dowiedziałem, pracował na „Likomurze” pod pokładem, jako

rybak przetwórni. Widać było gołym okiem, że „Budyń” jest

nieźle poturbowany: lewe oko zakrywał rozległy krwiak, nos

był opuchnięty, na głowie opatrunki. Obrazu dopełniały liczne

otarcia i różnej wielkości zasinienia. To co martwiło mnie naj-

bardziej, to unieruchomienie prawej kończyny górnej w szynie

gipsowej, sięgającej od śródręcza prawie do barku. (…)"

„Więcej w „Pro Medico Postscriptum”, które znajduje się

na stronie internetowej ŚIL i zawiera materiały nieopubliko-

wane w wersji papierowej. Polecamy!

G.O.

„Pro Medico” – literacko