Background Image
Table of Contents Table of Contents
Previous Page  27 / 40 Next Page
Information
Show Menu
Previous Page 27 / 40 Next Page
Page Background

25

Pro Medico

lipiec/sierpień 2017

medycyna bez granic

i pracował w szpitalach wiejskich, bez-

płatnie lecząc ubogich. Wydana drukiem

rozprawa doktorska uzyskała nagrodę

Uniwersytetu Warszawskiego (ówcześnie

carskiego). Ze względu na chorobę żony

(gruźlica) w 1916 r. wyjechał do Tasz-

kientu, obejmując funkcję głównego

chirurga szpitala miejskiego. W 1921 r.

uzyskał święcenia kapłańskie. Dwa lata

później został ordynariuszem eparchii

taszkienckiej i turkiestańskiej. Po śmier-

ci żony, złożył śluby mnisze, przyjmując

imię Łukasz. Łączenie funkcji duchowne-

go i chirurga nie podobało się nowej wła-

dzy radzieckiej. Walenty Wojno-Jasienicki

był wielokrotnie prześladowany: aresz-

towany wkrótce po nominacji biskupiej

został uwięziony i zesłany do Jenisejska,

pozwolono mu jednak pracować w szpi-

talu. Do Taszkientu powrócił w 1927 r., ale

już w roku 1930 został ponownie aresz-

towany i więziony bez wyroku, po czym

zesłany do Archanielska. Po powrocie pra-

cował w Taszkiencie, ale będąc czynnym

biskupem tamtejszej eparchii w 1939 r.

został ponownie uwięziony. Ze względu

na stan zdrowia trafił ponownie na zsyłkę

na Syberię.

LAUREAT„NAGRODY STALINA”

W czasie II wojny światowej Wojno-Ja-

sienicki napisał list do Józefa Stalina,

przedstawiając mu swoją książkę

„Zarys

chirurgii przypadków ropnych” („Oczerki

gnojnoj chirurgii”)

. Był to ówcześnie naj-

ważniejszy podręcznik chirurgii wojen-

nej, stosowany przez lekarzy na wszyst-

kich frontach Armii Czerwonej. Autor

został nagrodzony w 1942 r. najwyższą

radziecką nagrodą – „Nagrodą Stalina”.

Przeniesiono go do Leningradu i ofia-

rowano katedrę chirurgii. Wielki chirurg

nie porzucił jednak stanu duchownego

i na wykłady przychodził w sutannie,

co – jak nietrudno sobie wyobrazić – nie

było do zaakceptowania przez system

stalinowskiej Rosji. Znowu dotknęły go

represje, ale fakt bycia laureatem Nagro-

dy Stalina prawdopodobnie uratował mu

życie. Od 1944 r. cerkiew przeniosła go

do Tamborowa i na Krym. Był aktywnym

duchownym, a jakiś czas mógł pracować

jako lekarz. Zmarł w 1961 r. w Symferopo-

lu, a w 2000 r. Sobór Rusi uznał go za świę-

tego (jako święty Łukasz Symferopolski,

czyli św. Łuka Krimskij). Może w jego życiu

i pasji, z jaką realizował swój zawód, a tak-

że w oddaniu religii chrześcijańskiej, było

trochę przekornej polskiej natury, jaką

odziedziczył po ojcu?

Eugeniusz Józef Kucharz

Fragmenty obszernego reportażu dr Urszuli Wilczek z trzyosobowej kobiecej wy-

prawy do Indii. Bohaterki zastajemy 300 km na południe poniżej miasta Ćiennay,

w Madrasie, w Indiach południowo-wschodnich, gdy decydują się na ciąg dalszy

podróży koleją.

LADIES ONLY…

(...) My, trzy dzielne kobiety, postanowiłyśmy

tym razem odbyć podróż pociągiem. Zaku-

piłyśmy bilety, bardzo tanie, jak na nasze

wyobrażenia o cenie, i udałyśmy się na dwo-

rzec kolejowy dobre półtorej godziny przed

odjazdem. Chciałyśmy zająć wygodne

miejsca siedzące. Wiedziałyśmy, że pociągi

w Indach są bardzo przepełnione. Wiele razy

już podróżowałyśmy tam różnymi środkami

lokomocji, a to pociągami, a to autobusa-

mi, a to turystycznym busem z miejscami

do leżenia. Innym razem jechałyśmy przez

kilka godzin na dachu rozklekotanego auto-

busu, czasem „wiozłyśmy się” luksusową

taksówką lub rykszą. Jednak tym razem nie

wszystko poszło „jak z płatka”. Próba wej-

ścia do jakiegokolwiek wagonu i przedziału

okazała się niemożliwa. Wszędzie kłębili się

podróżni z tobołami, małymi dziećmi, z róż-

norakim towarem, traktowanym jako bagaż

osobisty. Obarczone wielkimi plecakami,

próbowałyśmy szturmować kolejne wago-

ny, ale nie mogłyśmy nigdzie się wcisnąć.

Jacyś uprzejmi Hindusi poradzili, by udać

się na koniec tego bardzo długiego składu,

do tzw. wagonudla kobiet. O istnieniu takich

wagonów, przyznajemy, nie wiedziałyśmy

wcale. A tu proszę, jest, a nawet dwa ostat-

nie składy, podpisane „Ladies only”... Tam

dopiero znalazłyśmy upragniony kąt. Pleca-

ki powędrowały na górne półki, a życzliwe

kobiety, ubrane w tradycyjne sari, z uśmie-

chem odstąpiły nam miejsca na dolnych

ławkach. Same przeniosły się zgrabnie

nawyższe półki. Obliczyłyśmy, że na ławkach

notatki z podróży

Tłok był taki, że zajęte były nawet półki na bagaże...

ciąg dalszy na str. 26

i półkach części wagonu, tworzącego jakby

jeden, nieodgrodzony „przedział”, na prze-

strzeni o wymiarze 1,5 x 2metry, miejsce sie-

dzące znalazło aż 16 osób. Na każdej ławce

dolnej, naprzeciwko siebie siedziało po pięć

kobiet. Nad naszymi głowami, machając

bosymi stopami, umiejscowiły się z każdej

strony po trzy. Na półkach mieścił się dodat-

kowo ich bagaż. O przejściu do toalety nie

byłomowy...

Z powodu niezmiernego tłoku, dworcowi

handlarze żywnością nie mogli wewnątrz

pociągu sprzedawać swych posiłków. Cho-

dzili więc po peronie i głośno zachwalali

towary: ryż z sosem z soczewicy, smażone

warzywa, nieznane nam płynne sosiki, sma-

kołyki pakowane w małe woreczki. Podpa-

trywałyśmy, co jedzą inne kobiety w wago-

nie.Wkońcu też zakupiłyśmy tacki i woreczki

z nieznanym jedzeniem. Łyżek nie podawa-

no. W wagonie panował okropny upał, brak

było wentylacji, a o higienie nie wspomnę.

Za to jedzenie okazało się pyszne i sycące.

Warto było odważyć się na jego kupno.

Miasteczka, do którychdotarłyśmy, a których

nazwmusiałyśmy siędługouczyć napamięć,

okazały się pełne uroku. Zwiedzaliśmy nowe

miasteczka i okoliczne świątynie, a deszcz

nadal nam towarzyszył. Padał codziennie,

choć z krótkimi przerwami. Do następnej