15
Pro Medico
•
marzec 2015
wywiad
ciąg dalszy na str. 16
wojewody katowickiego, generała Jerzego
Ziętka. Ku mojemu zaskoczeniu, przyznał
mi wsparcie finansowe w wymiarze o wiele
wyższym, niż wnioskowałem. Byłembardzo
szczęśliwy, wiedziałem wtedy, że mój po-
mysł wywarł wrażenie na generale i szkołę
uda się stworzyć. Remont odbył się bardzo
szybko, łącznie trwał niespełna trzy miesią-
ce. Otwarcie takiej szkoły wywołało duży
rozgłos w środowisku, sprawą zaintereso-
wały się media. Zajęcia w szkole cieszyły się
niezwykłym zainteresowaniem. Po jakimś
czasie zacząłem prowadzić szkolenia dla or-
ganizatorów szkół rodzenia z innych miast,
które w szybkim tempie zaczęły powstawać
wwojewództwie śląskim. Po kilku latach od
założenia mojej placówki istniało już 26 ta-
kich szkół na Śląsku, m.in. w Rudzie Śląskiej,
Chorzowie, Katowicach.
W 1983 r., czyli 10 lat po założeniu szkoły
rodzenia w Bytomiu, odebrałem w Atenach
największą nagrodę, jaką w swoim życiu
zawodowym dostałem. Było to członko-
stwo honorowe Światowego Towarzystwa
Psychoprofilaktyki Porodowej. Nagrodę tę
otrzymałem za organizowanie szkół rodze-
nia na Śląsku i w Polsce oraz za wydanie
wspólnie z profesorem Fijałkowskim książki
na temat szkoły rodzenia.
– Pan Profesor został także wyróżniony
za zasługi dla województwa opolskiego
za wkład w uruchomienie szkół rodzenia
na Opolszczyźnie, tak więc ten wątek
stanowi duży rozdział w Pana karierze
zawodowej. Jakie wymierne korzyści
ma, w Pana ocenie, zwiększająca się licz-
ba szkół rodzenia w Polsce? Czy jest to
znak nowoczesnego sposobu patrzenia
na poród, na przygotowanie się do niego
matki w sposób świadomy?
– Na pewno dzięki szkołom rodzenia po-
szerzyła się wiedza na temat prawidłowych
zachowań w ciąży, kobiety mogą bardziej
skutecznie zapobiegać porodom przed-
wczesnym, ograniczać ryzyko powikłań
poporodowych, ale przede wszystkim
przygotować się do porodu. Pracę w szkole
rodzenia udało mi się wykorzystać do pro-
wadzenia wspomnianych wcześniej badań.
– Prowadził Pan takżebadanianaAkade-
mii Wychowania Fizycznego w Katowi-
cach, czy dotyczyły one również wysiłku
porodowego?
– Na AWF prowadziłem badania naukowe,
które posłużyły mi do napisania pracy habi-
litacyjnej. Było to podyktowane faktem, że
ta uczelnia była wyposażona w pracownię
do badań wysiłkowych dla olimpijczyków.
Dodatkowo, na AWF w Katowicach pra-
cowali moi koledzy z fizjologii, docent Jan
Piaskowski, doktor Ewa Piaskowska, doktor
Jadwiga Pędzikiewicz-Strzała, doktor An-
drzej Szulc. Ten zespół umożliwił mi pro-
wadzenie badań. Oczywiście, była też na to
pełna zgoda kierownika katedry i rektora.
Moje pacjentki ze szkoły rodzenia zawozi-
łem na badania do Katowic. Sprzęt, którym
dysponowała uczelnia, posłużył mi do wy-
kazania, że ćwiczenia prowadzone w szkole
rodzenia podnoszą wydolność wysiłkową
podczas porodu. Moje badania udowod-
niły, że pacjentki uczęszczające do szkoły
rodzenia mają dużo większe przystosowa-
nie do wysiłku, aniżeli te, które nie ćwiczyły.
Dzięki wiedzy fizjologicznej, mogłembadać
wysiłek mięśniowy i zmiany biochemiczne.
Muszę zaznaczyć, że do dzisiaj powstają
prace doktorskie na tematy podobne do
mojej habilitacji, m.in. prace doktora Macie-
ja Jędrzejko oraz doktora Piotra Buchacza.
– Jak dalej potoczyła się droga zawodo-
wa Pana Profesora?
– W latach 70. powstał Szpital Wojewódzki
w Tychach, a uczelnia zorganizowała tam
klinikę i wówczas przeniosłem się z Bytomia
doTychów, wraz z profesoremAdamemCe-
kańskim. W tym miejscu pracuję już 36 lat,
obecnie w charakterze konsultanta. Dzisiaj
jest to Wojewódzki Szpital Specjalistyczny
wTychach Sp. z o.o. MEGREZ.
– Jakie postacie w Pana życiu zawodo-
wymodegrały znaczącą rolę?
– Przede wszystkim profesor Mieczysław
Krause, docent Henryk Skałba, profesor
Franciszek Kokot, profesor Adam Cekański,
z którym w 1979 r. przeniosłem się do Ty-
chów i po którego odejściu na emeryturę
w 1992 r. objąłem funkcję kierownika kliniki
i funkcję tę sprawowałem 21 lat. Wspania-
łym nauczycielem był dla mnie również
profesorWłodzimierz Fijałkowski, który pro-
wadził szkołę rodzenia w Łodzi. To za jego
sprawą i przykładem postanowiłem założyć
szkołę rodzenia w Bytomiu.
– Co dała Panu profesorowi praca w kli-
nice?
– Przede wszystkim rozwój zawodowy.
Miałem okazję wyjeżdżać za granicę i pod-
patrywać technikę tamtejszych lekarzy.
Uczyłem się m.in. u profesora Andrzeja
Łysikiewicza w Nowym Jorku. Tam posze-
rzałem zagadnienia z perinatologii. Uczy-
łem się także w Waszyngtonie u profesora
Adama Ostrzeńskiego, gdzie przeszedłem
szkolenie w zakresie laparoskopii, której
wówczas w Tychach jeszcze się nie robiło.
Po powrocie do kraju zaprosiłem profesora
Ostrzeńskiego do nas, doTychów, i profesor
pokazał operację laparoskopową, co zachę-
ciło dyrektora szpitala, profesora Szczepana
Łukasiewicza, do tej metody i mogliśmy
rozwinąć laparoskopię w naszej klinice.
Potem jeszcze wielokrotnie wyjeżdżałem
do Stanów Zjednoczonych na szkolenia,
oczywiście nie mogłem tam operować, ale
mogłem się uczyć, ćwiczyć na fantomach,
obserwować operacje doświadczonych
kolegów. Był to dla mnie czas ogromnego
rozwoju zawodowego.
– 4 stycznia 1994 r. Pan Profesor prze-
prowadził pierwszą w Polsce i praw-
dopodobnie też w Europie, operację
wewnątrzmaciczną na płodzie z wodo-
głowiem. Jaki oddźwiękw świeciemedy-
cyny perinatalnej miało to wydarzenie?
–W 1993 roku, w połowie grudnia do kliniki
w Tychach zgłosiła się pacjentka w 27 tygo-
dniu ciąży z wodogłowiem płodu. Nie było
szans na uratowanie takiego wcześniaka.
Jedyną nadzieją było odbarczenie wodo-
głowia w łonie matki. Kobieta wyraziła zgo-
dę na taką operację. Dwa dni przed opera-
cją zebrała się Komisja Bioetyczna Akademii
Medycznej, która także zgodę wydała. Bar-
dzo pomógł mi wówczas profesor Broni-
sław Wieczorkiewicz, który był chirurgiem
dziecięcym i pracował w Chorzowie. Sama
operacja trwała zaledwie 50 minut. W ope-
racji uczestniczyli: prof. Bronisław Wie-
czorkiewicz, dr Krzysztof Mandat, dr Jacek
Sypniewski i ja. Udało nam się odbarczyć
wodogłowie. Płyn mózgowo-rdzeniowy
z mózgu płodu został wyprowadzony do
jamy otrzewnowej matki.Wdrugimdniu po
operacji niestety łożysko się odkleiło. Pró-
bowaliśmy jeszcze ratować dziecko i pod-
jęliśmy decyzję o cięciu cesarskim, próby
reanimacji dziecka po narodzinach zakoń-
czyły się, niestety, niepowodzeniem. Wszy-
scy lekarze uczestniczący w operacji poszli
razem zemną na sekcję zwłok tego dziecka,
mózg noworodka był cały rozprężony. Infor-
macja o naszej pionierskiej operacji obiegła
cały świat. Był to ogromny sukces. Pomimo
faktu, że dziecka nie udało się uratować,
operacja stała się bardzo ważna, ponieważ
„przetarliśmy szlak” w tej dziedzinie medy-
cyny. Dostałem liczne gratulacje ze świata,
to było bardzo budujące. W sierpniu tego
samego roku byłem w Stanach Zjednoczo-
nych u wspomnianego wcześniej profe-
sora Adama Ostrzeńskiego, który zaprosił
mnie na swój wykład ze studentami. Kiedy
przedstawił mnie i opowiedział o operacji,
wszyscy studenci zaczęli stukać w stoliki, co
było oznaką gratulacji i ogromnej aprobaty.
Niezwykle miły gest, który zapamiętam na
zawsze. Ta operacja wywarła duże porusze-
nie w Centrum Zdrowia Matki Polki w Ło-
dzi. Rozpoczęły się tam badania i ośrodek
ten wyspecjalizował się w operacjach we-
wnątrzmacicznych.
– Leczenie in utero jeszcze do niedawna
traktowane były jako eksperyment me-
dyczny, jednak w ostatnich latach wzra-
sta liczba zabiegów wewnątrzmacicznej
korekty wad płodu. Zabiegi te budzą
wiele kontrowersji, zarówno w sferze
moralnej, jak i medycznej. Czy taka mo-
ralna obawa może, Pana zdaniem, być
wystarczającym powodem zahamowa-
nia postępu w tej dziedziniemedycyny?
– Najważniejsze jest zdanie rodziny, matki,
jeśli ona domaga się pomocy dla dziecka,
lekarz ma „otwarte ręce”, musi działać, jego
zadaniem jest pomóc. W składzie Komisji
Bioetycznej w 1994 roku byli dwaj księża.
Pamiętam, że mieli wątpliwości i zastana-
wiali się nad zasadnością tego zabiegu.
Pamiętam też, że jeden z nich zapytał mnie,




