Background Image
Table of Contents Table of Contents
Previous Page  24 / 40 Next Page
Information
Show Menu
Previous Page 24 / 40 Next Page
Page Background

Pro Medico

październik 2015

22

felieton

ciąg dalszy ze str. 21

macyjna Państwowej Inspekcji Pracy pod nazwą: „Zanim podej-

miesz pracę”, bo większość zatrudnionych na umowach śmiecio-

wych, poza składką zdrowotną (wminimalnej wysokości), nie płaci

innych składek. A z drugiej strony PIP – instytucja, która ma strzec

praw pracowniczych – promuje firmy zatrudniające pracowników

na „umowach śmieciowych”. Wyrok Trybunału Konstytucyjnego

potwierdzający, że zatrudnieni na „śmieciówkach” mogą należeć

do związków zawodowych, wymaga zmian w Kodeksie Pracy.

Nowe i pożądane regulacje prawne muszą spowodować, że BHP

(wypadkowość) nie będzie jedyną domeną inspekcji pracy, a PIP

będzie interweniowała w przypadkach naruszenia przez praco-

dawcę higieny pracy, np. gdy lekarz będzie kontraktowo dyżuro-

wał w szpitalu nieprzerwanie przez 72 godziny.

JAK DOSZŁO DO„UŚMIECIOWIENIA” ZAWODU LEKARZA?

W związku z długami szpitali i na zasadzie doraźnych transak-

cji oszczędnościowych, dyrektorzy robili wiele, aby zmniejszyć

koszty pracy i płacy. Zyskując uznanie organów założycielskich

(nagrody i premie) za pozorną redukcję zadłużenia szpitali. Zastą-

pili stałych pracowników lekarzami„z doskoku”. Rekompensatą za

degradację jest nowe nazewnictwo stanowisk pracy: kierownik

pracowni wizualizacji, koordynator, a zamiast ogłaszania konkur-

sów na ordynatorów (mających samodzielność decyzyjną) powo-

łuje się „

kierujących oddziałem”

, „

zarządzających kontraktem”

itp.

Kadrowe decyzje o zamianie etatu na kontrakt cechowała pełna

beztroska pozbawiona myślenia o przyszłości, a nastawiona na

krótkotrwałe, iluzoryczne zyski.

NIEPEŁNA ŚWIADOMOŚĆ ZAGROŻEŃ

Lekarski prekariat nie ma podstawowych gwarancji pracowni-

czych. Nie ma żadnej ochrony przed zwolnieniem, pewności

otrzymywania stałej pensji, ochrony zdrowotnej. Ograniczenia

dostępu do szerokiego rynku pracy wynikają z faktu, że lekarze

potrafią pracować w ramach tylko swojej specjalizacji, a „zabie-

gowcy” muszą mieć odpowiedni „warsztat” pracy. Lekarze godzą

się na wykonywanie prac poniżej swoich kwalifikacji. Nie mają

też warunków do tzw. reprodukcji umiejętności, dokształcania

i szkoleń. Świadomość zagrożeń wynikających z odległych kon-

sekwencji tymczasowości zatrudnienia nie jest pełna, zwłaszcza

dla młodych lekarzy. Prekariat to wybór, ale i konieczność, bo

trudno spłacać kredyt mieszkaniowy z płacy etatowej. Tyle, że

po 30 latach, gdy mieszkanie będzie już własnością, znajdą się

w punkcie zero, bo tuż przed emeryturą kapitał w ZUS-ie będzie

minimalny, tak jak składka opłacana przez wiele lat prekariatu.

W tej samej sytuacji znajdą się sprzątaczki, pracownicy ochrony

i szpitalnej kuchni, bo także są zatrudniani na umowach śmie-

ciowych. Może warto dzisiaj zapamiętać nazwisko lekarza, który,

aby za wszelką cenę utrzymać się na dyrektorskim stanowisku,

proponuje kolegom – lekarzom zamianę etatu na o wiele mniej

korzystny kontrakt? W końcu czasami pytamy pacjentów: kto ich

operował?

Tylko nielicznym dyrektorom przyzwoitość nie pozwala zatrud-

niać lekarzy na umowach śmieciowych. We wstępie do książki

G. Sendinga „Prekariat...” (PWN, 2014) Jacek Żakowski pisze: „

ba-

dania efektywności metod zatrudnienia amerykańskich lekarzy po-

kazują, że nawet stuprocentowa podwyżka lekarskich pensji opłaca

się szpitalowi, jeśli daje ona gwarancję wyłączności i długotrwałości

zatrudnienia”.

Zapowiadane oskładkowanie i ozusowanie umówkontraktowych

ma stać się faktem w 2016 roku i spowoduje spadek realnych

przychodów z lekarskiej pracy. Należy się więc liczyć z rezygnacją

z pracy na kontraktach, co oznacza braki kadrowe w zakładach

opieki zdrowotnej i mniejszą dostępność do specjalistów. Drugą

ewentualnością jest zaspokojenie żądań płacowych lekarzy, co

wydaje się mniej prawdopodobne, gdyż nasza grupa zawodowa

nie ma skutecznego protektora w walce o poprawę sytuacji ma-

terialnej i nie jest wewnętrznie solidarna.

Warto może przypomnieć transparent sprzed Ministerstwa Pracy

i Polityki Społecznej wDniu Prekariatu:„

Policzmy, ilu nas jest, by

oni wreszcie zaczęli się z nami liczyć!

MieczysławDziedzic

Jest taka stara anegdota o studentach różnych akademii, którzy

w odpowiedzi na polecenie nauczenia się książki telefonicznej na

pamięć reagują różnie, zwykle zabawnie – jak na anegdotę przy-

stało. Skoro jednak w każdym żarcie jest troszkę prawdy (czasem

całkiem smutnej zresztą), to studenci medycyny pytają tylko „na

kiedy?” I tym pytaniem w zasadzie zamykają całość stereotypo-

wego postrzegania sztuki medycznej i jej adeptów przez ogół

społeczeństwa, skądinąd słusznie oceniającego kilka lat wchła-

niania wiedzy, która w życiu zawodowym pozostaje zwykle mgli-

stym wspomnieniem, przybierającym majaczący w bezsenne

noce w głowie wizerunek profesora, który jedną tajemniczą za-

gadką ze swej dziedziny wykosił dziewięćdziesiąt procent trzech

kolejnych roczników. Tak już miał. I choć wielu śmiałków szukało

rozwiązania, zagadka po dziś dzień pozostaje nierozwiązana. To

oczywiście już się nie zmieni.

Nie żebym był przeciwny systemowi nauczania przez wchłania-

nie opasłych tomów – toż na tym polega studiowanie. Mam jed-

nak pewne wątpliwości co do wpływu pewnych sytuacji w toku

samego jej przekazywania czy sprawdzania, które, jak się miało

dopiero okazać, nie kończą się uzyskaniemdyplomu. Otóż dopie-

ro się nim zaczynają...

Oto bowiem po zakończeniu studiów młody doktor, a właściwie

człowiek z ograniczonym prawem wykonywania zawodu, przystę-

puje do pierwszych na ogół krokówwpraktycemedycznej, których

przez sześć lat studiów zazwyczaj czynić nie było mu dane, chyba

że, mając mądrego doradcę lub sporo szczęścia, trafił w toku prak-

tyk studenckich na oddziały, które studenta traktowały jak dokto-

ra. Takie również są. Pod koniec rocznego stażu, kiedy to w umyśle

utrudzonego kilkoma latami teorii nieboraka zaczyna klarować się

obraz rzeczywistych problemów medycyny w sosie NFZ, dostaje

w łeb kolejnym, przysłowiowym obuchem. Tym razem to LEP. Eg-

zamin egzaminów. Król królów. Niezbity dowód na to, że zdanie

dziesiątków egzaminów wmurach uczelni, poświadczonych dum-

ną pieczęcią, nie jest bynajmniej równoznaczne z przyswojeniem

tej wiedzy, albo przynajmniej z rozwianiem wątpliwości łożących

na coroczną edukację przyszłych medyków. Jeżeli jest możliwość

– dlaczego nie sprawdzić po raz kolejny, czy aby człowiek, który od

przynajmniej pięciu lat obraca się – dajmy na to – w kręgu chirur-

gów, który od dziecka marzył o tej dyscyplinie, bo na ten przykład

ojciec jego i dziadek byli chirurgami, pamięta tych kilka kruczków

reumatologicznych, które czają się na każdego przecież doktora,

dając się wyprzedzić w kolejności chyba tylko szóstce w totka?

Prekariat lekarski

Z

PES

ymizmem w przyszłość...