Background Image
Table of Contents Table of Contents
Previous Page  25 / 40 Next Page
Information
Show Menu
Previous Page 25 / 40 Next Page
Page Background

23

Pro Medico

październik 2015

ciąg dalszy na str. 24

felieton

Zdałem. Jak mi Bóg miły – zdałem, myśli sobie nieborak, ściska-

jąc ile sił w rękach certyfikat CEM – urzędu, który pozornie tylko

z nim skończył. Przyczai się, w uśpieniu przeczeka kilka lat, aby wy-

ciągnąć „pomocną dłoń” do doktora, który pełną gębą pracował:

nabierał doświadczenia, samodzielnie dyżurował. Co tu dużo mó-

wić – leczył. Po to jest. Pod koniec jednak wyboistej drogi procesu

specjalizacji kolejny raz w karierze nieborak dowiaduje się, żemusi

zostać przeegzaminowany. I tu zaczyna się nasza historia...

Proces specjalizacji

sam w sobie składa się z części praktycznej

i teoretycznej. Ta praktyczna okazuje się być ogromnie ważna nie

tylko dla „zabiegowców”. Bo oto kardiolog nie będzie dobrym

kardiologiem, o ile w papierach nie stanie jasno kilka tysięcy po-

świadczonych, udowodnionych analiz EKG. Podobnych sytuacji

jest sporo, choć istotą rzeczy pozostają martwe zapisy ksiąg spe-

cjalizacyjnych, które jasno wskazują, że aby uzyskać tytuł specja-

listy, wykonać należy trzy zabiegi operacyjne metodą taką a taką.

Okazuje się jednak niespodziewanie, że ostatni taki zabieg w kra-

ju, w trybie planowym, wykonano siedemnaście lat temu. Raz

jeszcze, kilka lat później, ostatni chirurg z fantazją podjął się jego

przeprowadzenia. Miał 45 lat doświadczenia zawodowego, tytuł

profesora zwyczajnego i jak się zdaje był wówczas konsultantem

krajowym. Stąd słuszna obawa narasta w człowieku – pozwolą mi

czy nie?

Jakkolwiek smutne to fakty, praktyka, jaka by nie była straszna,

zwykle pozostaje tym przyjemniejszym aktem dramatu. Teoria

zaś... Ile razy łba hydrze nie odciąć, tyle razy odrośnie. Z drugiej

strony, przychodzi na myśl przygoda – człowiek wreszcie wesp-

nie się na wyżyny wiedzy wąskiej specjalizacji. Może raz wreszcie

nauka przyniesie dawno zapomnianą przyjemność, jak wtedy,

gdy, jako kilkulatek przy kominku, z mozołem rozpoznawał go-

dziny na tarczy dydaktycznego zegarka, który ojciec stworzył

w garażu z kartonu i dwóch drucików...? Znowu nie. Kolejny raz

nadzieja umiera. To co, że ostatnia? Nie ma pewności, kiedy do-

kładnie umiera. Czy było to podczas jednego z kilkunastu specja-

lizacyjnych kursów dydaktycznych? Czy podczas zgłębiania listy

podręczników? Czy aby nie wśród ksiąg i dokumentów specjali-

zacyjnych? A może dopiero przy pierwszym podejściu do giełdy

pytań egzaminacyjnych... W jednym z tych momentów na pew-

no. Ale po kolei.

Kursy.

Jest ich kilka, czasem kilkanaście – w zależności od specja-

lizacji. Łączy je jedno: „bezpłatność”. Najważniejszy ich element

– wiedza – rzeczywiście jest darmowa. Okazuje się jednak, że

podczas kursów trzeba jeść, dobrze jest spać, no i, niestety, trzeba

na nie dojechać. I tu niespodzianka: niektóre kursy organizowane

są – pech chciał – trzysta kilometrów od domu, w mieście wo-

jewódzkim, co zmusza kursanta do opuszczenia domu, rodziny,

obowiązków, pracy, zarobków i zamieszkania w hotelu. Spokoj-

nie jednak – maksymalnie na 6-8 tygodni. Tu bezpłatność niespo-

dziewanie się kończy. Zaczyna się życie. Pozostaje nadzieja, że

wartość merytoryczna kursu jest warta tych kilku tysięcy...

Literatura.

Ciekawa sprawa z tymi podręcznikami. Okazuje się

bowiem, że lista podręczników figlarnie obejmować może pozy-

cje od połowy ubiegłego stulecia, aż do podręczników, których

wydanie planowane jest, dzięki Bogu, mniej więcej na czas czę-

ści pisemnej egzaminu. Mając jednak w pamięci brodatą aneg-

dotę z książką telefoniczną, nabieramy uzasadnionego spokoju

– wszak nie ma takiej książki, której czterystu stron litego tekstu

nie można wpoić człowiekowi w trzy... no – cztery dni. Miejmy

również na względzie pozycje zagraniczne. Jeżeli coś zostanie

nam z darmowego kursu, to bez kłopotu kupimy podręcznik ze

Stanów Zjednoczonych. Trzysta pięćdziesiąt dolarów to nie pie-

niądze dla doktora. Doktora – poligloty, dodać należy. Bo ten

biedak był akurat na lektoracie z francuskiego. Ma zatem dwa

wyjścia – ryzykowne – odpuścić kompendium wiedzy rodem

z mekki medycyny, albo łatwiejsze – metodą Callana opanować

angielski – wszak blisko mu do łaciny, a nocne przerwy w nauce

do egzaminu dobrze jest jakoś zagospodarować. Od snu już się

odzwyczaił.

Dokumenty specjalizacyjne

. Jakby tego było mało, przycho-

dzi chwila, kiedy – chciał nie chciał – przerwać trzeba naukę.

Nieubłaganie bowiem zbliża się godzina zero, kiedy to z drże-

niem rąk udaje się człowiek do urzędu. Tak, do urzędu. W urzę-

dzie tym bowiem zdać należy owoc kilkuletniej pracy, w postaci

kartonowego pudełka, zawierającego setki stron potwierdzeń

odbycia kursów, staży, przeczytania ksiąg, wykonania zabiegów.

A najważniejsza pośród nich jest księga specjalizacyjna, której to

każda ze stron z mozołem, odręcznie zapisana jest historią życia

zawodowego, a każda linijka niemal, na każdej stronie, potwier-

dzona jest pieczęcią jedną lub dwoma. Zawiłość tego dokumentu

jest tak ogromna, liczba pieczęci tak przytłaczająca, że ani chybi

zważenie go przed rozpoczęciem specjalizacji i po jej zakończe-

niu dałoby wyraźny efekt zysku masy. Fizyczny lub astralny.

Tak oto, niełatwym z wyżej wymienionych powodów krokiem,

udajemy się do pokoju, w którym na ręce urzędnika składamy ży-

cie nasze zawodowe. On zaś z niewzruszoną miną bierze to nasze

życie i zamaszystym ruchem obu – z uwagi na wagę – rąk, ciska je

między złożone wcześniej na podłodze owego pokoju życia na-

szych towarzyszy niedoli. I ono tam leży. Patrzy z pudełka. I nie

wiadomo dokładnie, co z nim będzie dalej. Ono niepewne i my

niepewni. O siebie i o nie. O nas. A urzędnik... No nic. Bo niby co?

Przecież potwierdzenia odbioru całego życia się nie da dać. Bo

niby jak?

Wracamy zatem. Uczucia mieszane. Z jednej strony się udało.

Urzędnik przyjął nas w urzędzie. Przyjął nawet nasz karton. Jed-

nak z wpajanym latami pesymizmem spoglądamy w przyszłość.

Kalkulujemy, kombinujemy. Jak się nie obrócić, wychodzi nam, że

zgodnie z instrukcją CEM, zawiadomienie o dopuszczeniu do eg-

zaminu pisemnego otrzymamy pocztą najpóźniej na dwa tygo-

dnie przed jego terminem. Zatem okazać się może, że po trzech,

góra czterech miesiącach nauki, wyrzeczeń, bezrobocia, z takich

czy innych powodów nie zostaniemy dopuszczeni do egzaminu.

Może to nastąpić nieco zbyt późno, aby zareagować. Nikt jednak

tego pod uwagę nie bierze. Jak sobie nawet doktor nie popracuje

kwartał, to z głodu nie umrze. Najwyżej mu samochód zabiorą,

bo jak nic miał leasing.

Giełda pytań.

Listę ciekawostek zamyka prawdziwy smaczek.

Bo oto wpływ nań mają nie tylko zasłużeni stażem medycy, ale

przede wszystkim my – płotki, których pamięć bywa zawodna

Depositphotos.com/DrukarniaChroma.CollageKatarzynaWiśniewska-Lewicka