Pro Medico
•
wrzesień 2014
28
notatki z podróży
Czasem warto zejść z utartych szlaków,
zapuścić w przysłowiową „dzicz” i za-
pomnieć choć na chwilę o wszystkich
dobrobytach cywilizacji. Wymazać z pa-
mięci schemat życia wpleciony między
pracę, dyżury i domowe obowiązki.
Zgodnie z tą maksymą, nasz wyjazdowy
wybór padł na góry Ruwenzorii wAfryce
Środkowej, na granicy Ugandy i Konga.
Masyw Ruwenzorii to antyczne Góry Księ-
życowe – opisane przez Ptolemeusza jako
„niedostepne śnieżne szczyty w sercu Afy-
ki, które śniegami swymi karmią jeziora sta-
nowiące źródła Nilu.”
Przez następne setki lat były zupełnie zapo-
mniane i nieznane europejskimgeografom
i podróżnikom – jak cały środek kontynen-
tu, stanowiły białą plamę na ówczesnych
mapach. Dopiero w połowie XIX w. odkry-
to wewnętrzne morze wewnątrz Czarnego
Lądu – czyli dzisiejsze Jezioro Wiktorii, nie-
co później ponownie odkryto Ruwenzorii,
gdy z lasów wyżyn Ugandy sir S. Stanley
dojrzał śniegi lodowców na ich szczytach.
ZIELONY OGRÓD AFRYKI
Minęły czasywielkich podróżników, a przez
ostatnie sto lat w środku Afryki wiele się
zmieniło – dzisiaj do Ugandy dolecimy rej-
sowym samolotem, na głównych drogach
w kraju mamy asfalt (co w subsaharyjskiej
części kontynentu standardem jeszcze nie
jest), a wiecznie zielone wyżyny Ugandy
pokrywają plantacje bananów, herbaty
i kawy. Imieniem Stanley'a nazwano naj-
wyższy masyw gór Ruwenzorii i wiemy
już, że Nil ma swe źródła nieco dalej w Ru-
andzie.
Sielankowe krajobrazy wokoło, ale rejon
Ruwenzorii jest jednak niespokojny poli-
tycznie, a dżungla wokół gór to baza dla
ugandyjskich i kongijskich rebeliantów.
Toczą oni czasami mało znane i mało nagła-
śniane w mediach wojny, z których relacji
raczej nie znajdziemy na pierwszych stro-
nach gazet.
Te, które znajdziemy, piszą zwykle o okru-
cieństwie
żołnierzy,
wykorzystywaniu
do walk dzieci i lokalnych katastrofach hu-
manitarnych...
Ale od kilku lat panuje pokój, a patrząc
na idylliczny krajobraz sawanny w Ugan-
dzie, prawdziwy zielony ogród Afryki, wy-
daje mi się, że nic złego nas tu spotkać nie
może.
NAJWAŻNIEJSZE SĄ KALOSZE
W wiosce Nyakalengija – punkcie startu
wyprawy w góry, już koło 11.00 upał staje
się niemożliwy. Szeroka, pylista, w środku
osady, ścieżka wyschła na pieprz. W cieniu
drzew chowają się miejscowi, w powietrzu
czuć typowy afrykański zapach gorącego
powietrza, palonego drzewa i rozgrzane-
go na ogniu oleju. Trochę ciężko w tych
warunkach pomyśleć, że podstawowym
sprzętem, który musimy zabrać w drodze
do góry są... kalosze.
Bo Ruwenzorii to kilometry wysokogór-
skich bagien, rwące potoki i codzienne po-
południowe ulewy. „Ruwenzorii” to prze-
cież znaczy las deszczowy.
Pierwsze dwa dni marszu są w slangu wspi-
naczkowym – lajtowe.
Droga prowadzi przeważnie niezbyt stro-
mo do góry, przez gęste lasy ze wspania-
łą roślinnością. Wiecznie zielone drzewa,
bambusy, pokryte mchem konary i mnó-
stwo kwiatów. W konarach drzew biegają
małpy, a kto ma szczęście, może spotkać
nawet leśne słonie. Potężną rzekę prze-
kraczamy po wiszącym moście, a lodowce
na szczytach wydają się już całkiem blisko.
Góry Ruwenzorii – między Ugandą i Kongiem
Chodzenie po bagnach
wciąga
Przeprawa przez bagna.
Góry Ruwenzorii.