23
Pro Medico
•
listopad 2016
wywiad
Ruch hospicyjny w Polsce miał swój początek w parafii Kościoła Arka Pana
w Nowej Hucie. Idea opieki hospicyjnej została przeniesiona do Polski z Lon-
dynu w połowie lat siedemdziesiątych. Animator Zespołu Synodalnego red.
Halina Bortowska
, przebywając w Anglii, poznała założycielkę światowego
ruchu hospicyjnego dr
Cicely Saunders
. W 1981 roku powołano w Krakowie
pierwsze w Polsce stowarzyszenie hospicyjne – Towarzystwo Przyjaciół Cho-
rych„Hospicjum”.
Według danych Głównego Urzędu Statystycznego (Zdrowie i Ochrona Zdro-
wia, Warszawa 2015), w 2015 r. w Polsce odnotowano działalność 73 hospicjów
i 69 oddziałów opieki paliatywnej (w roku bieżącym liczbę hospicjów szacuje
się na 164 – przyp. AW).
Placówki opieki długoterminowej i hospicyjno-paliatywnej dysponowały łącz-
nie 32,6 tys. łóżek, zapewniały opiekę w warunkach stacjonarnych 92,5 tys.
osobom. Struktura wieku pacjentów wskazuje, że ponad 75% korzystających
ze stacjonarnych zakładów opieki długoterminowej (łącznie z hospicjami i od-
działami opieki paliatywnej) stanowiły osoby w wieku 65 lat i więcej, z tego
ponad połowa to osoby 80-letnie i starsze. Pacjenci w wieku 41-64 lat stanowili
20% wszystkich leczonych, a osoby do 40. roku życia – niespełna 5% pacjen-
tów. W zakładach tych przebywało więcej kobiet (65,8%) niż mężczyzn. Udział
procentowy kobiet w wieku 65 lat i więcej wyniósł blisko 85% i był większy
o ponad 28% niż mężczyzn w tej samej grupie wiekowej.
W 2015 roku na leczenie pacjentów Narodowy Fundusz Zdrowia przeznaczył
w regionach łącznie kwotę ponad 64,1 mld zł.
Dr Barbara Kopczyńska: Jako lekarz hospicyjny musiałam przewartościować wiele spraw.
Dr Barbara Kopczyńska – lekarz, specjalista medycyny paliatywnej oraz anestezjo-
log; prezes Stowarzyszenia Opieki Hospicyjnej i Paliatywnej „Hospicjum” w Chorzo-
wie. Z Hospicjum związana 20 lat – od początku jego działalności.
Założycielka i członek Katolickiego Stowarzyszenia Lekarzy Polskich, Oddział Śląski.
Motywacja religijna ułatwia tę pracę?
Tak, bo wiem, wierzę, że śmierć nie koń-
czy wszystkiego. To nie jest czarna dziura,
to początek czegoś innego, taka brama,
przez którą musimy przejść. Oczywiście,
nie uważam siebie za tytana wiary na mia-
rę Matki Teresy czy św. Jana Pawła II, ale
dla mnie światełko w tunelu wciąż świeci.
Czasami mocniej, czasami słabiej, ale jest
tam. Bardzo szanuję osoby, które w pracę
hospicjum angażują się z pobudek czysto
humanistycznych, ale z doświadczenia
wiem, że jest im trudniej. Wiara ułatwia
nam wiele. Głęboko wierzący nie „wypa-
lają się”.
Poza wiarą, jakie inne uwarunkowania
powinien spełniać wolontariusz?
Powinien mieć poczucie humoru. Nie
wesołkowatość, tylko pogodę ducha.
Umiejętność uśmiechu do kogoś, kto tego
bardzo potrzebuje. To nie tylko da się zro-
bić, to jest w takim miejscu jak hospicjum
po prostu konieczne. Leczenie odnosi lep-
szy skutek, gdy sfera psychiczna pacjenta
jest we względnej równowadze. Jeśli ból
psychiczny jest nieukojony, to terapia bólu
somatycznego jest trudniejsza do kontro-
lowania. Nie można zatem tylko „wpadać”
na wizytę. Choremu trzeba towarzyszyć.
Dlatego naszym podopiecznym dajemy
swój numer telefonu i odwiedzamy ich
regularnie.
Kandydatom na wolontariuszy powtarza-
my, że w tej pracy nie można być ani z ka-
mienia, ani z gąbki. Zwykle dość szybko je-
steśmy w stanie ocenić, czy ktoś się nadaje
do tej pracy, czy nie. Zdarza się, że prosi-
my o rezygnację, ponieważ motywacja
jest dla nas niejasna lub naszym zdaniem
Hospicja w Polsce
błędna. Bywa i tak, że ktoś już przez nas
zaangażowany odchodzi bez słowa...
Nie wytrzymuje ciężaru?
...albo sytuacja rodzinna, życiowa, go zmu-
sza do tego. Rzadko jednak zdarza nam się
sytuacja„wypalenia”. Pamiętammoże kilka
takich przypadków.
A Pani? Jak Panią zmieniły te doświad-
czenia?
Musiałam zmienić sposób myślenia. Jako
lekarz anestezjolog miałam cel bezpiecz-
nego przeprowadzenia pacjenta przez
operację, zobaczenie go w stabilnym sta-
nie opuszczającego szpital. Jako lekarz
hospicyjny, musiałam przewartościować
wiele spraw. Oswoić myśl, że tych pacjen-
tów w większości ocalić się nie da. Tu nie
ma mowy o agresywnej walce o życie.
Tu jest opieka i dawanie poczucia bez-
pieczeństwa, czasami słuchanie rozmów
jak przy konfesjonale, czasami akcepta-
cja agresji, bo każdy z nas inaczej reaguje
w sytuacji ostatecznej. Na ogół nasi pa-
cjenci wiedzą, że ich choroba jest nieule-
czalna, że oznacza koniec życia. Staram się
mówić im prawdę, co nie oznacza, że mu-
szę mówić wszystko. Nigdy natomiast ich
nie okłamuję.
A rodzina?
Gdy wiadomo, że pacjent odchodzi,
że to będzie lada moment, uwagę należy
zwrócić na rodzinę. Wesprzeć ją, okazać
empatię, musimy tej rodzinie towarzyszyć,
ale nie możemy wchodzić w jej kompeten-
cje. Z takiego wsparcia można skorzystać
w naszym Hospicjum. To nie tylko msze
święte w intencji zmarłych, ale również
spotkania rodzin osieroconych czy opieka
psychologa. Dzieci osierocone wysyłamy
na kolonie, organizujemy wycieczki, spo-
tkania z okazji świąt z drobnymi prezenta-
mi, fundujemy korepetycje... Staramy się,
by nie było sytuacji, że wraz ze zgonem
podopiecznego zamykamy historię cho-
robową i dokumenty odkładamy na półkę.
W czasie choroby przecież stajemy się nie-
jako częścią rodziny chorego, wchodzimy
ciąg dalszy na str. 24
Fot.: Z archiwum Hospicjum Chorzów




