17
Pro Medico
•
luty 2016
Nasi Seniorzy
czej. Wieloletni kierownik gabinetów
ZOZ-u:
„OPUSZCZAŁAM GABINET
W POŚPIECHU”
Zdawała sobie sprawę, że ze względu
na wiek i lata pracy może już przejść na
emeryturę, jednak telefon z księgowości,
potwierdzający ten fakt zasmucił ją. Miała
mieszane uczucia. Czuła się nadal sprawna
i kompetentna. W tamtych czasach osoby
odchodzące na emeryturę nadal mogły
kontynuować pracę w swoich rodzimych
zakładach – dorabiając do emerytury. Tak
więc pani doktor niezauważalnie przeszła
na emeryturę, choć pozostała pracowni-
kiem ZOZ-u. W międzyczasie ruszyła fala
przekształceń prywatyzacyjnych. ZOZ-y
stomatologiczne byłymasowo prywatyzo-
wane.WNZOZ-ach nikt nie zatrudniał leka-
rzy dentystów.
Nikogo nie interesowało, czy
będę pracować, czy przejdę na emeryturę.
Otworzyłam własny gabinet dentystyczny.
Kończąc jednak swoją współpracę z ZOZ,
nie usłyszała słowa „dziękujemy”, ani nie
dostała żadnego listu pożegnalnego czy
okolicznościowego. Otrzymała dokument
wypowiadający jej pracę jako emerytowi.
Opuszczała gabinet w pośpiechu. Pona-
glano ją nawet, ze względu na planowany
remont obiektu, zdeterminowany jego
prywatyzacją. Pani doktor tłumaczy:
więk-
szość lekarzy dentystów takmiała. Było cięż-
ko, czułamogromny dyskomfort psychiczny,
bo po tylu latach pomocy pacjentomnikt tej
pracy nie zauważył.
Nikt jej nie docenił, nie
zaznaczył, że na emeryturę przechodzi
wieloletni, sumienny pracownik, kierow-
nik. Pani doktor dodała:
być może w szpita-
lach, w dużych ośrodkach wyglądało to ina-
czej, ale w małych zakładach, na prowincji,
gdzie ciężko harowaliśmy, udzielając dzien-
nie pomocy nawet 40-50 pacjentom, nikt
nie zwracał uwagi na to, że ktoś przechodzi
na emeryturę, że znika. Nikomu nie przyszło
do głowy, żeby takim osobom jak ja dawać
jakieś odznaczenia, dziękować czy nawet
o nich wspominać
. Pani doktor nie wpadła
jednak w rozpacz. Swoje miejsce i nowe
powołanie odnalazła w strukturach samo-
rządu lekarskiego, Śląskiej oraz Naczelnej
Izby Lekarskiej, gdzie prężnie działała, z
powodzeniem integrując środowisko le-
karskie, podtrzymując więzi między leka-
rzami zepchniętymi „w nicość”, w wyniku
zawirowań prywatyzacyjnych, jak i tych
związanych z nabyciem uprawnień eme-
rytalnych.
Lekarz dentysta, specjalista I
o
stomatolo-
gii ogólnej:
„MUSZĘ CIĄGLE DORABIAĆ,
ŻEBY PRZEŻYĆ”
Pracując wNZOZ sama zdecydowała o wy-
korzystaniu szansy na przejście na emery-
turę w wieku 55 lat (zgodnie z uprawnie-
niami pracowników kolei państwowych).
Precyzyjna praca w pozycji przymusowej
przez kilkadziesiąt lat, niestety, nie po-
zostaje bez wpływu na stan zdrowia. Po
28 latach pracy pani doktor zdecydowała,
że to będzie jej decyzja, nie będzie czekać,
aż organizm zmusi ją do tego kroku. Na
raut pożegnalny zaprosiła swoich przeło-
żonych i współpracowników. To było miłe
spotkanie. Przechodziła na emeryturę
z ulgą, że dobrze trafiła i mogła spokojnie
odejść z pracy na zasłużoną emeryturę,
choć nie wiązało się to (jak w większości
NZOZ-ów) z satysfakcjonującą odprawą.
Otrzymała miesięczne pobory.
To była że-
nada. Właściwie to żadna gratyfikacja. To
śmieszne, że tyle dostaje lekarz na zakoń-
czenie pracy. Emerytura też jest niska. Więc
po jakimś czasie znów podjęłam pracę, żeby
poprawić kondycję budżetu rodzinnego.
Takie są nasze polskie realia. Przez wiele lat
pracowałam bardzo ciężko, a teraz jeszcze
muszę dorabiać, żeby przeżyć. Moje kole-
żanki i koledzy, którzy przeszli na emerytury
z NZOZ-ówwcześniej lub później, mają takie
same doświadczenia.
Lekarz, specjalista I
o
pediatrii:
„ZWOLNIĆ MIEJSCE DLA MŁODYCH”
Przeszła na emeryturę (z możliwością
okresowego zatrudnienia) na mocy prze-
pisów o lecznictwie kolejowym, po 33 la-
tach pracy, ukończywszy 55. rok życia. Nie
było żadnego pożegnania. Pracowała tam
jeszcze 1,5 roku, ale w pewnym momen-
cie dyrektor przestał przedłużać umowy
z emerytami, aby zwolnić miejsca pracy
dla młodych lekarzy. Po kilku miesiącach
ponownie podjęła pracę, żeby „dorobić”
do emerytury. Rozpoczęła pracę w PZOZ
w Gliwicach. Tam podpisywała kolejne
umowy okresowe. Po ośmiu latach pracy
sama potrzebowała pomocy lekarskiej.
Poddała się operacji, a okres rekonwale-
scencji był długi. Kolejna umowa okreso-
wa wygasła. Kiedy zwróciła się z pytaniem
o ewentualną jej prolongatę, uzyskała in-
formację, że umowa wygasła i nie będzie
przedłużona. Na jej stanowisko zatrudnio-
no już wcześniej innego lekarza pediatrę.
Współpracowników wspomina jako ludzi
sympatycznych, z którymi dobrze jej się
pracowało. O dyrektorze też wypowiada
się pozytywnie.
Ale pożegnania ani podzię-
kowań żadnych nie było... Po tylu latach pra-
cy. Podziękowania – nie pamiętam, żebym
dostała, żeby było jakieś spotkanie, zebranie
pożegnalne, żeby mi ktoś dziękował. Co wię-
cej, część dokumentów z mojego zakładu
pracy zaginęła – nie byłam w stanie przed-
łożyć do ZUS pełnej dokumentacji dotyczą-
cej okresów zatrudnienia i dodatkowych
dokumentów z innych miejsc zatrudnienia.
Przez 10 lat pracowałam dodatkowo
m.in.
w pogotowiu ratunkowym. Były również
inne uwarunkowania, które powinny być
wzięte pod uwagę przy obliczaniu wysoko-
ści emerytury. Dopiero w postępowaniu są-
dowym udało mi się wywalczyć korektę do
naliczenia wysokości świadczeń emerytal-
nych. Gdybymwiedziaławcześniej, że kiedyś
te dokumenty będą potrzebne, bardziej bym
ich pilnowała.
Lekarz, specjalista I
o
dermatologii i we-
nerologii:
„NIKT NAS NIE ŻEGNAŁ.
TAK SIĘ ZŁOŻYŁO”
Lekarz SP ZLA w Katowicach. Po 33 latach
pracy uzyskała uprawnienia emerytalne
z możliwością okresowego zatrudnienia.
Podjęła decyzję o skorzystaniu z tego
rozwiązania na podstawie przeanalizo-
wanych we własnym zakresie przepisów
prawa, po konsultacjach i rozmowach
z koleżankami. Ponieważ wyliczone w ra-
mach emerytury wartości świadczenia
były minimalne, postanowiła niemal od
razu podpisać umowę czasową w rodzi-
mym zakładzie pracy. Pracowała w po-
radni do czasu jej likwidacji w 2005 r.
Zostałam wtedy „na lodzie” –
mówi pani
doktor. –
To nie była moja inicjatywa, żeby
zakończyć współpracę z tym zakładem. Po
prostu – prywatyzacja. Nowy właściciel nie
podpisał umów z częścią personelu, z sobie
tylko znanych względów, co zresztą jest jego
prawem. Nikt nas jednak wtedy nie żegnał.
Tak się jakoś złożyło.
Pani doktor nadal
pracuje. Obecnie od kilkunastu lat w po-
radni specjalistycznej jednego z katowic-
kich szpitali. Mówi, że kocha swój zawód
i kontakt z ludźmi, że praca wpływa na nią
pozytywnie, mobilizująco i dodaje sił wi-
talnych. Zapytana, czy gdyby zapropono-
wano jej odpowiednie warunki finansowe
na emeryturze zrezygnowałaby z pracy,
odpowiada: nie wiem, co bym wtedy zro-
biła.
Losy bohaterów zebrała i opisała
Bogna Blecharz.
Całość opracowała
Grażyna Ogrodowska
Imiona i nazwiska oraz miejsca pracy do
wiadomości redakcji.
W małych zakładach na prowincji, gdzie
ciężko harowaliśmy, udzielając dziennie
pomocy nawet 40-50 pacjentom, nikt nie
zwracał uwagi na to, że ktoś przechodzi
na emeryturę, że nagle znika…




