Background Image
Table of Contents Table of Contents
Previous Page  27 / 40 Next Page
Information
Show Menu
Previous Page 27 / 40 Next Page
Page Background

25

Pro Medico

luty 2016

stomatologia

stomatologia

ciąg dalszy ze str. 25

felieton

Ten tytułowy zwrot nie bez przyczyny przypomina slang

sportowy, bo czyż życie nasze nie jest wyścigiem?

Mniej więcej po sześćdziesiątce zrodziła się i owładnęła mnie sku-

tecznie, jak się później okaże, idea odbycia podróży życia – być

może za sprawą reliktów instynktu wędrownego lub pod wpły-

wem czytanych lektur np. Paulo Coelho, Kazimierza Nowaka czy

opowieści Kamińskiego. Moment ten i przyczyna jest dla mnie

nadal zagadką. Przypuszczam, że zwykli śmiertelnicy, niepozba-

wieni ciekawości świata i naturalnych skłonności podróżowania,

podobnie jak onegdaj, np. w średniowieczu, rycerze wędrujący

do miejsc świętych, jak i dziś węgorze do Morza Sargassowego,

tak i ja pomyślałem w pewnym momencie swego życia o piel-

grzymce do Santiago de Compostela. Temperament chyba zde-

cydował o tym, że miast pieszo lub konno, bowiem wierzchowca

miałem wówczas jeszcze zbyt młodego, postanowiłem jechać

rowerem. Tym bardziej, że byłem w dobrym zdrowiu, formie

i kondycji, a także zacząłem odczuwać przesyt jednodniowymi

i jednoetapowymi„wyczynami”kolarskimi o jakich w naszej bran-

żowej prasie pełno i głośno.

Tymczasem na etapie logistycznych przygotowań do wyprawy

sprawa okazała się bardziej skomplikowana. Otóż szlaki piel-

grzymki do Santiago przez Europę są często szutrowe i wyma-

gają rowerów trekkingowych, a nie kolarskich. Posiadając niezły

rower kolarski, a nie mając innego, musiałemprzyjąć inny wariant

podróży, odpowiadający także moim młodzieńczym pasjom ko-

larskim, pamiętającym takich championów z tamtych lat jak Kró-

lak, Klabiński, Vesely, Chertari, Różiczka i inni. Jak wspominam

rowery, na których ścigaliśmy się wówczas jako chłopcy z naszej

paczki, to łzy mi się w oczach kręcą.

Przygotowania do wyprawy zaplanowałem, wydaje mi się, me-

todycznie, tzn. z rozsądnym wyprzedzeniem. W I etapie postano-

wiłem sprawdzić się, a szczególnie zdrowie i formę w warunkach

krajowych, które wydawały mi się bezpieczne, bo w eskorcie

„wozu technicznego” z rodziną, jakby nie było, lekarską załogą.

Wybrałem trasę z Tarnowskich Gór na Bornholm przez Kołobrzeg,

podzieloną na pięć etapów i szósty wokół wyspy. Ten ostatni już

notatki z podróży

Inni wiedzieli, co mają robić, ja czekałam, opierając się o ścianę.

Okienko kobiecym głosem tak powiedziało: czekać tu, aż przyj-

dzie lekarz, osoby nie było widać. Mijali mnie zaaferowani, zabie-

gani ludzie, albo inaczej, idący powoli i zamyśleni. Nikt do mnie.

Trwało to długo. W końcu usłyszałam głos lekarza:

Idzie za mną.

Przez krótką chwilę sądziłam, że mówi o sobie i o kimś, kto go śle-

dzi. Spojrzałam w głąb korytarza, ale nikt nie szedł. Zrozumiałam,

że to było polecenie. Poszłam.

Mijaliśmy w milczeniu korytarze i piętra. Zastanawiałam się, co

by powiedzieć, ale nie wpadłam na żaden pomysł. Zatrzymał się.

Ja też.

Niech tu siądzie i czeka

– zadysponował i zniknął za szklanymi

drzwiami, otwieranymi identyfikatorem. Nie byłam pewna czy

wróci. Nie zapamiętałam, czego brak w ściskanej od dawna kart-

ce. Za każdym razem, kiedy ktoś otwierał drzwi, podrywałam się

w gotowości, wyciągając dłoń z kartką. Mijały kwadranse. Pojawił

się jednak.

Ja tego nie załatwię. Niech czeka.

Poszedł dalej. W końcu odkleiłam się od krzesła i wróciłam, przez

korytarze i piętra. Stanęłam przed tym samym okienkiem. W dłu-

giej kolejce. Mijał czas. W końcu byłam tylko ja. Wyciągnęłam

kartkę, pokazałam.

– Nie jest uzupełnione. Mówiłam, czekać, aż przyjdzie lekarz. Na-

stępny!

Wyszłam przed budynek. Słońce oświetliło burą ziemię, zajaśniał

wymięty papier, promień padł na wypisane pogrubioną czcion-

ką słowa: Karta zgonu pacjenta. Spojrzałam jeszcze na popiersie

wielkiego lekarza humanisty, zdobiącego hol przy wejściu.

Poszłam przed siebie.

Grażyna Ogrodowska

Felieton krótki, za to niewesoły

Felieton prawie sportowy

Mój wyścig z metryką

(reminiscencje kolarsko-narciarskie)

Kazimierz Klecz na mecie Biegu Piastóww Jakuszycach.

w innym tempie, bo w celu raczej krajoznawczym i w towarzy-

stwie licznej rodziny z wnuczętami włącznie. Głównym założe-

niem była próba ciała i sprzętu na wyprawie wieloetapowej, któ-

rej dotychczas, mimo dobrej formy i zdrowia, nigdy nie odbyłem.

Wybór padł na okres letniego urlopu wypoczynkowego, a dopin-

giem była chęć spędzenia go ze szwedzką częścią rodziny, ocze-

kująca dziadka w porcie jachtowym Svaneke, gdzie zacumowała

w rejsie ze Sztokholmu. Podróż rowerem przez nasz piękny i przy-

jazny kraj poprzedziły godziny spędzone nad mapami. Jakże on

inny widziany z wąskiej asfaltowej drogi, niż ten oglądany zwykle

z okien samochodu i ruchliwej magistrali!

Wędrówka była pełna wrażeń, nieprzewidzianych przygód i nie-

zapomnianych do dziś niespodzianek, godnych oddzielnych

opowieści. Jedyny defekt roweru, zmuszający do wymiany dęt-

ki dopiero w Białogardzie, świadczy dobrze o jakości sprzętu

Z archiwum prywatnego Kazimierza Klecza