Pro Medico
postscriptum
•
luty 2017
32
literatura
Organizowanie oddziału od podstaw pozwalało na realizowanie
własnych koncepcji. Zmieniłem całkowicie sposób prowadzenia
wizyt. Ustawianie pacjentóww kolejce, nakazywanie impodcho-
dzić pojedynczo do siedzącego profesora, ordynatora, otoczo-
nego gronem lekarzy i pielęgniarek uważałem za brak szacunku
należnego choremu. Ileż to razy, kiedy siedząc po prawej stronie
profesora i referując, odnosiłem wrażenie, że jestem członkiem
jakiegoś gremium orzekającego, dzierżącego pełnię władzy nad
chorym, a nie człowiekiem mającym mu nieść pomoc. Pacjent
nie potrzebuje rozgłosu. Wręcz przeciwnie, stara się ukryć swój
defekt – w jego mniemaniu krępujący, a bywa, że odrażający
wygląd. Stojąc przed grupą ludzi w białych fartuchach czuje się
osamotniony i bezradny. Nasz chory mógł leżeć we własnym
łóżku (mimo że większość pacjentów to ludzie w pełni sprawni,
chodzący), a ordynator i asystenci wraz z oddziałową przycho-
dzą do niego.
Wystąpiłem o zakup maszyn do pisania historii chorób i kart
informacyjnych (w dobie komputerów to brzmi anachronicz-
nie, ale byliśmy pierwszym oddziałem, na którym dokumenty
pacjenta pisało się na maszynach!). Z kolei opatrunki miały być
wykonywane tak, żeby zostawała zachowana funkcjonalność
dłoni, czyli z pozostawieniem wolnego kciuka, nie„na makówę”.
Wreszcie kwestia dla oddziału niezwykle ważna: nie wyobraża-
łem sobie pracy i rozwoju bez dostępu do literatury medycznej.
Dyrektor Dutkiewicz rozumiał tę potrzebę, dlatego zatwierdził
wniosek. Oddział dostawał: „Przegląd Lekarski”, „Polski Tygodnik
Lekarski”, „Przegląd Dermatologiczny” oraz czasopisma zagra-
niczne: „Wiestnik Dermatologii i Wenerołogii”, „Dermatologische
Wochenschrift”,„British Journal of Dermatolog”,„Ceskoslovenska
Dermatologie”. Idealna sytuacja. Byłbym bardzo niesprawiedli-
wy, gdybym nie wyraził wielkiego uznania dyrektorowi za jego
starania o medyczną literaturę dla całego szpitala. Każdy oddział
miał przynajmniej jedno czasopismo specjalistyczne i jeden
ogólnolekarski periodyk.
Oddział podzieliłem na wzór kliniki: łóżek męskich – 43, kobie-
cych – 22, dla chorych wenerycznie – 21, dla dzieci – 14. Na ścia-
nach sal dziecięcych namalowaliśmy ulubione przez dzieci sceny
z bajek Disneya. Rzucane na ściany powiększalnikiem sylwetki
wypełniałem dobranymi kolorami, aby jak najwierniej odpowia-
dały oryginałom. Konsultacje pediatryczne zapewniał Szpital
Dziecięcy w Bytomiu na zasadzie wzajemności.
Na początku wizyty na stułóżkowym oddziale prowadziłem
codziennie. Potem ich częstotliwość zmalała do dwóch razy,
a następnie do jednego razu w tygodniu. W stosunkowo krótkim
czasie najzdolniejsi asystenci uzyskali większą samodzielność
w prowadzeniu chorych.
Na parterze w wydzielonym pokoju urządziłem pracownię
mikologiczną, której prowadzenia podjęła się dr Bazała. Szybko
opanowała technikę pobierania materiału do badania mikrosko-
powego i posiewów. Odtąd rozpoznania grzybic weryfikowali-
śmy badaniami laboratoryjnymi. Jedna duża sala na pierwszym
piętrze została przystosowana na jadalnię. Ściany wyłożono
boazerią, ustawiono stoły i krzesła, a posiłki roznosiła i podawała
pielęgniarka.
Każdy odcinek dysponował pokojem zabiegowym czystym
i brudnym, czyli smarowalnią z parawanami dla pacjentów.
W tym miejscu wspomnę wydarzenie z okresu, zanim wszyscy
nauczyli się zachowań dermatologicznych i odpowiedniego
wykonywania zabiegów. Pewnego dnia pod koniec pracy przy-
biegł do mnie ogromnie zdenerwowany pielęgniarz.
– Panie ordynatorze! No co ja mam teraz z nim zrobić? – mówił
zrozpaczony.
– Z kim? – spytałem.
– Z pacjentem. Wykonałem zabieg, nałożyłem maść, a chory nie
chce się ruszyć z miejsca.
Pobiegliśmy do smarowalni. Na metalowym taborecie stał nagi
mężczyzna wymalowany od stóp do głowy pastą z fioletem
gencjany. Niebieski człowiek był jak zaczarowany. Przylepiony
do stołka bał się zrobić jakikolwiek ruch. Patrzył na mnie błagal-
nie, oczekując pomocy. Sytuacja była tak zaskakująca i komicz-
na, że tylko siłą powstrzymałem się od zrobienia jakiegoś niesto-
sownego gestu. Przybrałem więc groźną pozę i powiedziałem:
– Choremu trzeba pomóc zejść, wykąpać go, a potem nałożyć
maść jak należy! – Na korytarzu dodałem: – Cóż pan najlepszego
zrobił?
– Panie ordynatorze! – obruszył się. – Na wizycie powiedział pan
tylko jedno słowo – fiolet...
Istotnie – nie wskazałem dokładnie miejsc, na które należa-
ło nałożyć maść (fiolet gencjany miał w dermatologii szerokie
zastosowanie). Później dowiedziałem się, że pielęgniarz był
w czasie wojny sanitariuszem wWermachcie. Wiedział, co to roz-
kaz. W pracy był dokładny i oszczędny – szanował materiały opa-
trunkowe. Ceniłem go bardzo.
Przybysza z Krakowa dziwiło wiele. Zachwyciła śląska gwa-
ra, zawierająca także archaizmy językowe. Nade wszystko zaś
ogromnie pracowici, zdyscyplinowani i lojalni ludzie. Trudno
znaleźć równie obowiązkowe, staranne, dbające o czystość
salowe. Ich uczciwość była wręcz rozbrajająca. Dam banalny,
ale jakże wymowny przykład: znajdowane w czasie sprzątania
gabinetu monety (które wypadły mi przypadkiem z kieszeni)
były zawsze dokładnie poukładane na biurku. Pielęgniarki? Wzór
obowiązkowości, ścisłego, według wymogów i poleceń wykony-
wania zabiegów. Uderzał stosunek do ludzi starszych: nikt by się
nie odważył odezwać inaczej, jak tylko per „wy”. Obowiązywała
zasada trójstopniowości: „ty” w stosunku do rówieśników, „wy”
do osób starszych i rodziców, „oni” do dziadków i ludzi hierar-
chicznie stojących wyżej. Ja, ordynator, byłem zawsze „oni”.
W czasie pierwszej wizyty w Bytomiu obwoziłem profesora Lej-
mana po mieście i okolicy.
– Kolego! – zauważył w pewnym momencie ze zdumieniem –
Tutaj w każdym oknie wiszą firanki!
– Gardiny, panie profesorze – poprawiłem byłego szefa.
Wizytę u profesora Chorążaka, kierownika Kliniki Dermatologicz-
nej w Zabrzu, odkładałem do momentu urządzenia wszystkiego
jak należy. Profesora widziałem po raz pierwszy w czasie Zjazdu
PTD w Krakowie i zapamiętałem jako starszego, dystyngowane-
go pana. Wygłosił wtedy ciekawy wykład z dziedziny kolagenoz.
Nawet by mi na myśl nie przyszło, że kiedyś znajdę się w jego
pobliżu i zależności od niego. Kiedy zostałem ordynatorem,
musiałem niezwłocznie udać się do kliniki i przedstawić profe-
sorowi. Odkładałem tę powinność z przyczyny, a może przede
wszystkim, z powodu atmosfery, jaka zapanowała wokół mnie
natychmiast po zainstalowaniu się na miejscu. Nie miałem poję-
cia, kto ze mną startował do konkursu i nie zamierzałem tego
dochodzić. A tymczasem okazał się nim adiunkt kliniki w Zabrzu,
w dodatku były dyrektor Wojewódzkiego Wydziału Zdrowia,
o czym chętnie donieśli „życzliwi”. „Poczekaj, poczekaj – profesor
się z tobą jeszcze porachuje!” – słyszałem. Gorzej – złowróżbne
gadania udzielały się również asystentkom. Drżały na myśl, kie-
Pogoń za przeznaczeniem
ciąg dalszy ze str. 31




