33
Pro Medico
postscriptum
•
luty 2017
literatura
dy przyjdzie im zdawać egzamin specjalistyczny i staną przed
obliczem profesora. Niechybnie obleją... „Stosunek profesora
do oddziału będzie zależał przede wszystkim od nas...” – powta-
rzałem uspokajająco.
W umówionym dniu i o określonej godzinie zameldowałem
się w klinice. W krótkich słowach przedstawiłem przygotowa-
nia i prosiłem o opiekę nad oddziałem. Profesor przyjął mnie
z umiarkowaną życzliwością. Zasłużyłem. Przyjdzie mi długo
pracować nad naprawieniem błędu. Z przedstawionych poczy-
nań zainteresował się łóżkami dla chorych wenerycznie i dzieci,
których w województwie brakowało. Obiecał pomoc. Po kilku
miesiącach zgłosiłem akces i wraz z asystentami zostaliśmy przy-
jęci do Śląskiego Oddziału Polskiego Towarzystwa Dermatolo-
gicznego.
O ile akceptacja profesora Chorążaka dla struktury oddziału
(w zakresie wenerologii) była nam pomocna, o tyle poglądy nie-
których związkowców górniczych i części lokalnej społeczności
okazały się niechętne. W dodatku szpital górniczy (centralny)
włączył do swej struktury oddział psychiatryczny, co także nie
znajdowało szerszego przyzwolenia. Oddział był otwarty (poza
pomieszczeniem dla szałowych), drzwi miały klamki, niezakrato-
wane okna, a pacjenci mogli się swobodnie poruszać i kontakto-
wać z innymi chorymi. W oknach wstawiono płyty pleksiglasowe
zamiast szyb. W dniu oddania oddziału i podejmowania gości
entuzjasta dr Sybielak pokazywał także wytrzymałość owych
okien. Podchodził i uderzał głową w pleksi. Tymczasem w jego
gabinecie szyby nie zostały zmienione. Ku ogromnemu zasko-
czeniu i rozbawieniu zebranych, próba wypadła nader głośno.
Pacjenci oddziału wypisani do domu otrzymywali zwyczajne kar-
ty informacyjne, a nie „żółte papiery”, jak z zamkniętych, dużych
zakładów psychiatrycznych w Rybniku, Toszku, Lublińcu. Byliśmy
drugą placówką, po Instytucie Psychoneurologicznym pod War-
szawą, która zdecydowała się na taki eksperyment. Następną
nowością, zapewniającą kontynuację leczenia pacjentów wypi-
sanych do domu, było zorganizowanie tak zwanego oddziału
dziennego.
„Górnicy nie powinni się leczyć z wariatami, a na dermatologii
przebywać z muzykantami (chorzy wenerycznie)”. Takie powie-
dzenia słyszeliśmy na co dzień. Z problemem uporali się najszyb-
ciej sami chorzy. Chorzy psychicznie zachowywali się nadzwyczaj
spokojnie, unikali konfliktów.„Czy tutaj leczą się również wariaci?”
– pytali przeważnie odwiedzający. Chorzy wenerycznie wymyślili
oryginalny sposób wtapiania się w szpitalną społeczność. Zakła-
dali sobie opatrunki na dłonie, bandażowali głowę, zawijali szyję,
aby się upodobnić do chorych dermatologicznie lub pacjentów
pozostałych oddziałów. Wyjątkowo pomysłowy chory postarał
się o ciemny okulistyczny opatrunek na oko. I choć pielęgniarki
bardzo się gniewały, że podbierają im materiały opatrunkowe,
nie reagowałem.
Dla śląskiego środowiska medycznego byłem kimś nowym. Tutaj,
poza doktorem Powroźnym oraz doktor Bogumiłą Szymczykową
(była swego czasu w mojej klinice na stażu), nikt mnie nie znał.
Uzyskanie akceptacji, przekonanie do swych możliwości i chęci
współpracy ze wszystkimi uważałem za pierwsze i najważniejsze
zadanie. W drugim roku istnienia oddziału otrzymaliśmy propo-
zycję zorganizowania wojewódzkiego posiedzenia szkoleniowo-
naukowego. Na Śląsku, poza kliniką, posiedzenia organizowały
również duże oddziały dermatologiczne: w Katowicach, Rybni-
ku, Zagórzu, Gliwicach, Chorzowie, Częstochowie. Doceniając
wyróżnienie, zdając sobie sprawę z odpowiedzialności za poziom
i zgromadzenie nadających się do demonstracji przypadków
chorobowych, poprosiłem profesora o zmianę terminu. Zyskali-
śmy w ten sposób więcej czasu na przygotowania. Teraz nada-
rzyła się okazja zrealizowania podjętego kiedyś zobowiązania.
Zebranie postanowiłem zorganizować inaczej. Tłoku nie będzie.
Pacjentom zapewnimy poczucie intymności, a lekarzom swobo-
dę badania i rozmowy z chorymi.
Tymczasem oddział wzmocnił się kadrowo, przybyły nowe asy-
stentki: Bogusława Pieniakiewicz z pierwszym stopniem specja-
lizacji, Maria Wiercińska, potem Halina Bażanowska-Nowak, Kry-
styna Zagórska i Bożena Wieczorek-Brinkmann (…).
Po dokonanych już zmianach pozostał jeszcze problem: przyj-
mowania na oddział chorych przewlekle i w podeszłym wieku
(nad czym wcześniej już ubolewałem). Takich nieszczęśników
żaden szpital nie chce długo trzymać. A jeśli już któryś z przy-
czyn życiowych zostanie przyjęty, szybko wypisuje się go
do domu. A w domu... często na niego nie czekają. Nikt nie chce
się podjąć trudów opieki i dalszego leczenia. Pobyt w szpitalu
dla młodego to konieczność, dla starego nadzieja. Postanowili-
śmy, że na naszym oddziale chory będzie przebywał tak długo,
jak jest to, ze względów zdrowotnych, dla niego korzystne. Kwa-
lifikacje przyjęcia na oddział będą wyłącznie medyczne – żad-
ne inne. Zalecenia biurokratyczne o tak zwanej przelotowości
oddziału, maksymalnym wykorzystaniu łóżek, a tym bardziej
dociekania, kogo leczymy: górnika, rodzinę górniczą czy jeszcze
kogoś innego, nie będą mieć znaczenia. Zasada Hipokratesa
Pri-
mum non nocere
(przede wszystkim nie szkodzić) nie wystarcza.
O wiele bardziej odpowiednia wydaje mi się zasada druga:
Salus
aegroti suprema lex esto
(dobro chorego najwyższym prawem).
Medycyna nie jest niczyją dobrą wolą, lecz wypełnianiem należ-
nych choremu praw... Okrutne, brzmiące jak wyrok: „nadaje się
do wypisu...”, choć stan chorego i jego odczucia wymagałyby
dłuższego pobytu, na moim oddziale nie będzie miało miejsca
(…).
Eugeniusz Czubak
„W pogoni za przeznaczeniem.
Od Krakowa do Bytomia. Wspomnienia lekarza”,
wyd. ALATUS, Katowice, 2011 r.




